THE DOG – Bycie w świecie

The Dog to taki pies, którego lepiej nie zaczepiać. Bo zaszczeka wkurwiony, a może nawet ugryzie. I po co nam to? Na szczęście, to tylko teoretyczne rozważania, ale dobrze puentują nową, drugą płytę wrocławskiego kwartetu – nadal jest hardcore, nadal jest violence, tylko zmienił się – w stosunku do  materiału „The Devil Comes At Night” – sposób przekazu. Zamiast chaosu i niekontrolowanej agresji, mamy poukładane, precyzyjne wymierzane ciosy, niekoniecznie w tempach ekstremalnych, ale owo wyczyszczenie – i produkcji i kompozycji – sprecyzowało atak i pokazało, że The Dog to nie tylko chwilowy kaprys, ale prawdziwy i przeznaczony do wielokrotnego użytku twór. Polecamy płytę „I Am You” i zapraszamy na obszerną pogadankę z wokalistą De Psa – Igorem Grudzińskim.

Początek będzie może dość głupi, ale chyba na czasie – „dojrzałość hardcore’owca”, to coś co nas dopada. Jak się czuje Igor, dorosły człowiek, który w tym popieprzonym życiu kieruje się pewnymi zasadami, nazwijmy to, niezależnymi, hxc itp?

Z wiekiem staje się coraz bardziej wyznawcą opcji braku jakichkolwiek zasad (śmiech), więc z trzydziestką-czwórką na karku czuję, że bardziej przemawia do mnie Poison Idea niż Crass. Wiadomo, że bycie dorosłym człowiekiem raczej jest gorsze niż nim niebycie, ale jedną z największych zalet hardcore’a jest właśnie to, że można się dzięki niemu nieźle zahibernować. Masz prawo nosić młodzieżowe ciuchy, obracasz się w gronie innym niż Janusze, no i wciąż masz kontakt z młodszymi ziomkami. Ludzie zazwyczają dają mi na wygląd mniej lat niż faktycznie mam – no chyba, że nie chcą mi sprawiać przykrości – więc czuję się całkiem nieźle jako podstarzały punkowiec. Tak trochę na opak dodam, że to to popieprzone życie raczej skłania mnie, żeby krytycznie patrzeć na elementy związane z zasadami, o których wspomniałeś.

Czujesz, że kiedy jesteś na scenie, nadal potrafisz złapać kontakt z tymi młodymi, nastolatkami, którzy dopiero wchodzą na drogę niezależności i badaja teren? Może to dziwnie zabrzmi, ale czy dzisiejszy punkowiec-nastolatek, jest taki jak np. 20 lat temu, czy ten cyber świat, gdzie informacja przepływa przez łącza z szybkością światła, zmienił dzisiejsze, sceniczne realia?

Kurde, sam nie wiem. Na naszych koncertach pojawiają się młodzi ludzie – od czasu do czasu (śmiech) – i widzę w ich oczach jakąś iskrę, więc chyba tak. Przyjaźnimy się dość mocno z bardzo młodą ekipą z Torunia, ze Slug Abuse, ex-Suicidebycop, i świetnie się z nimi rozumiemy, więc potwierdzam, że złapanie kontaktu jest możliwe. Dzisiejsi nastolatkowie są natomiast zupełnie inni niż ci 20 albo 30 lat temu. Tego zdają się nie rozumieć niektórzy Zbowidowcy, którzy z jednej strony narzekają na brak młodych twarzy na koncertach, a z drugiej raczej nie pomyślą, że punk rock w takiej formie, w jakiej go sobie kiedyś utrwalili, może być już zupełnie nieatrakcyjny dla współczesnego świata. The Dog czasem dostaje po dupie za swój domniemany brak punkowego etosu i zazwyczaj od kolesi w naszym wieku, jakby z rozpędu na syndromie „kiedyś to było”. Nawet wczoraj przeczytałem, że mamy przycięte u barbera fryzurki, co strasznie mnie zabolało, bo za strzyżenie płacę maksymalnie 15 zł, a zazwyczaj 10 zł.

Bycie w świecie

Bycie w świecie

Paradoksalnie, na scenie hc odnoszę wrażenie, jest więcej zazdrości, kłótni i „przypierdalania się” niż na każdej innej. Teraz dostanie się wam, że odwracacie się trochę w stronę lat 90. Że niby „retro” dopadło The Dog…

Jeśli w XXI wieku komuś naprawdę chce się komentować wygląd kapeli, to chyba faktycznie coś jest na rzeczy (śmiech). Nie chciałbym aż tak demonizować tego zjawiska, bo w organizacji zazwyczaj wszystko wypada nieźle. Grasz koncert, śpisz u organizatora na chacie, jesz z jego lodówki, przytulacie się na pożegania – to są fajne sprawy. Ale w Internecie, gdy już coś się zaczyna kręcić wokół zespołu, jak wydasz płytę, zrobisz klip, to czasem naprawdę robi się przykro, jak okazuje się, że dobrzy kumple obrabiają ci dupę za jakieś totalnie śmieszne rezczy, które pewnie mieliby gdzieś, gdybyś nigdzie nie grał. To też może być po prostu domena polskiej kultury narzekania, pieniactwa i marudzenia – coś, co się wysysa z mlekiem matki. Na komplement nie jesteś w stanie się zdobyć, choćby cię smagali rozgrzanym prętem, ale do heheszków wszyscy zawsze pierwsi.

Ale przy tym wszystkim, wydaje mi się, że The Dog jest trochę z boku tej całej, rozwrzeszczanej, zideologizowanej sceny. Bo w zasadzie trudno mówić o was jako o zespole hc, grindowcami też nie jesteście, a teraz, przez te wszystkie zwonlnienia, to nawet gdzieś porównania do Biohazard się pojawiły. W zasadzie teraz jesteście jeszcze większą zagwozdką, niż po wydaniu debiutu…

Na pewno jesteśmy zespołem hardcore. Każdy z nas prywatnie siedzi w scenie od kilkunastu dobrych lat i tutaj kierujemy cały swój potencjał. Muzycznie faktycznie ciężko nas zaszufladkować, bo niby to powerviolence, choć ze zwolenieniami jak z Trapped Under Ice, ale to akurat coś, co zaliczam nam na plus. Faktycznie, jesteśmy z boku tej silnie zideologizowanej części hardcore’a, ale to prawdopodobnie kwestia naszych temperamentów i zainteresowań, a nie świadomego dystansowania się z powodu jakiś waśni albo konfliktów poglądowych. Na pewno mamy pod górkę, bo pod względem treści nie poruszamy się po tematach, po których zwykło się poruszać, nikt nie powie, że jesteśmy „zaangażowani”, cokolwiek miałoby to znaczyć, bo przecież każdy człowiek jest w coś zaangażowany, ale też nie powiedziałbym nigdy, że teksty The Dog są błahe albo bez – trochę się pocę, używając tego słowa – przekazu… Środek ciężkości jest gdzie indziej.

No to tu cię mam – PRZEKAZ. W zasadzie, wiesz, że tego nie mozna w tym całym kontekście uniknąć. Zdaję sobie sprawę, że czasy, kiedy każdy się podniecał słuchając tekstów o Libanie, minęły i dzisiaj jest zupełnie inny styl pisania, ale… no właśnie. Jak w 2018 roku pisać teksty do takiego zespołu jak The Dog, by z jednej strony uniknąć bezsensownej, czyli śmiesznej agitki, a z drugiej nie popaść w banał?

Chyba wystarczy pisać o tym, co rzeczywiście zaprząta ci głowę, a nie o tym, o czym ktoś już pisał wcześniej i wydaje ci się, że tak wypada. Jeśli dbasz o to, żeby zrobić coś dobrze, przykładasz się do tekstu, nie piszesz go pod publiczkę, to ten warunek wystarczy.

No to dalej jedziemy – co zaprząta głowy The Dog? Szczególnie w kontekście czasów, w których żyjemy. W czasach patriotycznej agitki, czasach dziwnych, bo zwiastujących niedobrą przyszłość. A może przesadzam?

Bycie-w-świecie (śmiech). Czasy są bardzo niepokojące, ale czy kiedykolwiek były inne? Chyba w tym sęk. Czasy zawsze były niepokojące, każdego człowieka otacza pustka, jesteśmy skazani na wolność, podejmujemy wybory, na mocy których sami siebie stwarzamy, możemy w tym osiągnąć suckes albo stać się ludzkim gównem, a świadomi metafizycznego absurdu pod postacią istnienia, które nie wiadomo z jakiego powodu zostało nam dane, uciekamy w autodestrukcję albo przemoc. No i wojny. Te rzeczy zaprzątają głowę The Dog (śmiech).Band

Nie obawiasz się, że to co dzieje sie aktualnie u nas, antagonizowanie społeczeństwa, pogłębianie podziałów itp w końcu może i tu doprowadzić do tej wojny? Domowej?

Takie sytuacje zazwyczaj mają dramatyczne skutki w momencie, kiedy państwo zostanie zaatakowane przez inne. Jeśli nie istnieje jedność polityczna, a w Polsce jej aktualnie nie ma, to jest to sytuacja faktycznie niebezpieczna, choć w obecnej rzeczywistości chyba średnio możliwy jest scenariusz poważnej wojny w Europie. W żadną wojnę domową z kolei nie wierzę. Pomimo diametralnych różnic światpoglądówych w dwóch głównych obozach, w obrębie których toczy się spór, nie są to różnice na tyle silne, żeby wywołały chęć zorganizowanej przemocy. Na ulicach ścierają się ekstremy, to też jest zjawisko stale obecne w świecie… Przed wojną przecież normalne było to, że każda partia miała swoje bojówki, które lały się po mordach, ale dopóki statystyczny człowiek nie odczuje, że jego byt jako obywatela jest w jakiś sposób zagrożony ze względu na istnienie wroga, to raczej nic się nie wydarzy.

Ok, uspokoiłeś mnie, zatem, wracamy do płyty. W pierwszej kolejności chciałem zapytać o oprawę graficzną. Wymyśliłem sobie, że teraz , po tej szalonej jeździe z debiutu, przenieśliście sie z lasu na blokowiska, i to pasuje do koncepcji. Muzyka jest bardziej okiełznana, choc na pewno nie ucywilizowana. Czy taka zależność między muzyką a okładką, ma w tym przypadku sens?

Dopóki mi nie zasugerowałeś takiego powiązania, to nie byłem tego świadomy (śmiech). Ale faktycznie – nowy album brzmi mocno miejsko, w jakimś takim właśnie płyty-blokowym wydaniu, podczas gdy jedynka żyła prawem wilka, nawet pod względem dzikiej prokucji, lekko black metalowej na swój sposób… Do tego tym razem w masce stoi kobieta, a nie mężczyzna, co także może sugerować, że w środku znalazło się coś bardziej finezyjnego i harmonijnego. Dzięki za pomysł. Będzie to teraz nasze hasło marketingowe, liczę na solidne pieniążki.

(śmiech). Przynajmniej się na coś przydałem. Ale także sama muzyka, choć ucywilizowana, pokazuje, że nawet wśród bloków, nadal jesteście wściekli i szaleni. Choć w bardziej dojrzały sposób. Zastanawiam się, czy ta energia, którą generujecie, jest łatwa do okiełznania na koncertach, do, że tak to ujmę, odtworzenia za każdym razem, kiedy wychodzicie na scenę?

Na koncertach zdecydowanie gorzej nam wychodzi okiełznanie tej energii, co z pewnością mógłbyś zauważyć, stojąc ze stoperem albo z metronomem (śmiech). I tak wychodzi nam to dzisiaj o wiele lepiej niż w początkach, kiedy np. zdarzyła się sytuacja, że Łukasz – perkusista – był już przy 3/4 utworu, podczas gdy reszta dopiero wychodziła z intra albo kiedy jedna połowa z nas zagrała inny numer niż druga połowa. Kiedy wchodzisz na scenę, to dostajesz mocnego strzała z adrenaliny, który przy tak szybkiej muzyce, jaką gramy, działa czasem niekorzystnie na dyscyplinę. Jeśli jednak jesteśmy w stanie się przekatować z metronomem, zagrać z nim kilka prób z rzędu, to od razu to słychać. Jak człowiek sporo ćwiczy, to będzie w stanie w fajny sposób nawet wysadzić się w powietrze.

Powiedziałeś „przy tak szybkiej muzyce”, a to nie do końca tak jest… bo na płycie mamy też najwolniejsze partie w waszej historii, że o końcówce „Drunk with life” wspomnę. Czy to odreagowanie debiutu, czy jakiś inny pomysł stoi za tymi wszystkimi walcami?

To przyszło naturalnie za pośrednictwem riffów, które na próby przynosi Maciek – gitarzysta. The Dog powstał trochę z potrzeby chwili. Zgadaliśmy się ze sobą z takim o zamierzeniem: „dawajcie, kurwa, pogramy szybki hardcore„. Pograliśmy go na trzech materiałach, ale kiedy okazało się, że zależy nam na tym zespole trochę bardziej niż się spodziewaliśmy, to zaczęliśmy się bardziej przykładać do robienia nowych rzeczy. A jak się bardziej przykładasz, otwierasz serce i grasz coś, czym się w duszy jarasz, to przy okazji pojawia się finezja. No i stąd ten niesamowicie finezyjny album.

Dopracowany i – o zgrozo – momentami nawet przebojowy (śmiech). Planujecie udać się do radiów wszelakich?

Tak, planujemy, ale z pewnością radia nie planują, żebyśmy my się do nich udali, więc punki mogą spać spokojnie (śmiech). Dzięki, że to zauważyłeś, swoją drogą… Ja lubię przebojową muzykę. Jaram się ostatnio Drakiem i mam nadzieję, że słychać to w The Dog (śmiech).

Opole wam nie grozi (śmiech). Ale jak to u was wygląda – jak daleko jesteście w stanie posunąć tzw komercjalizację The Dog? Są jakieś granice?

Na pewno nie mielibyśmy żadnych problemów emocjonalnych, grając na niepunkowych imprezach. Nie wiem, czy ktoś chciałby nas kiedykolwiek na takie zaprosić, więc na razie to tylko snucie się po bezkresnym oceanie wyobraźni, ale czemu nie? Ciężko mi postawić sprawę jasno i określić, gdzie leży granica obciachu, ale dopóki masz pełną dowolność przy tworzeniu muzyki, mówieniu rzeczy ze sceny, wyglądaniu itd., to chyba wszystko jest w porządku. Zresztą naprawdę mamy tak mało kanałów, po których możemy się poruszać, że zarzut „komercjalizacji” jest dla mnie tak daleki, że chyba nawet, jakbym miał statek lecący z prędkością światła, to bym do niego nie doleciał.

W tym przypadku docieramy do granic niezależności chyba. Bo chęć komercjalizacji wiąże się z  porzuceniem tegoż niezalu. Ale przecież historia zna przykłady, gdzie punkowe załogi dochodziły do niezłych pieniędzy i dzisiaj są uznanymi gwiazdami estrady. Pytałem już o granice komercjalizacji, a jakie są granice waszego poświęcenia dla zespołu? W sensie priorytetu. Wybór „nie idę do pracy bo kroi się fajna trasa” jest w zasięgu waszych radarów?

Gdyby moje życie miało się zawalić, to znaczy musiałbym zrezygnować z pracy albo przestać zarabiać pieniądze, żeby jechać w trasę, to na pewno bym tego nie zrobił, bo jeść muszę, a grać nie. Niestety, mam kredyt mieszkaniowy, więc nie mogę sobie pozwolić na choćby miesiąc bez pensji, bo oczywiście jak przystało na prawdziwego człowieka XXI wieku nie posiadam żadnych oszczędności. Gdyby z kolei ktoś mnie zapewnił, że z grania w zespole będę mógł się utrzymać, to zacząłbym to poważnie rozważać, nawet biorąc pod uwagę zmianę stylu grania, ubierania, czyli wszystkiego tego, o czym przy poprzednim pytaniu mówiłem, że nigdy bym tego nie zrobił (śmiech).

Ot i czlowiek renesansu (śmiech). Wyciągnę twoją wypowiedź w stosownej chwili (śmiech). Czy The Dog jest dla was czymś więcej niż „zespołem hardcore”? Czy to taka klapa bezpieczeństwa, żeby codzienność nie spowodowała u was trwałych uszkodzeń mózgów?

Tak, zdecydowanie zespół to dla nas coś więcej niż hobby. Ja bardzo poważnie traktuję teksty i za ich pośrednictwem trochę się wypruwam na zewnątrz – z pewnością nie jest to zabawa konwencją. I tak jak napisałeś, trochę nas ten zespół broni przed codziennością, bo – jak się zapewne domyślasz – jesteśmy dosyć sfrustrowani życióweczką. Odskocznia, którą daje nam hardcore, naprawdę ma walory terapeutyczne. Raz, że coś tworzymy. Dwa, że na koncertach nas ponosi. A trzy, że od czasu do czasu ktoś nas to za chwali.Band1

Troszkę zmienię temat – rozmawiamy o tym wszystkim w dniu, kiedy odszedł od nas Robert Brylewski, który pod wieloma względami, może czasami trochę wbrew własnej woli, uosabiał prawdziwą niezależność i wolność, nawet, jeśli musiał za nią zapłacić…

Tak, zdecydowanie był uosobieniem punkowego indywidualizmu, co nie raz kończyło się krytyką ze strony samych punków. Jak np. wtedy, gdy wystąpił na imprezie organizowanej przez narodowców. Pamiętam, że autentycznie rozczulił mnie jego komentarz, w którym stwierdził, że chciał spróbować, chciał sprawdzić, czy choć mikro część tych ludzi da się stamtąd wyrwać. Nie wiem, na ile był to przejaw uroczej naiwności, a na ile chwilowy zanik zmysłu społecznego… Taki chyba urok wybitnych jednostek, że wymykają się jednoznacznej ocenie. Szczególnie wtedy, gdy tę wystawiają ludzie z uśrednionej masy. W tym sensie był wręcz człowiekiem nietzscheańskim. Nie chciałbym z kolei popadać w nastrój medialnej żałoby – jak po śmierci papieża – bo poza Armią nie byłem wielkiem fanem żadnego z jego projektów. „Legendę” uważam za najlepszą płytę hardcore w historii polskiej muzyki. Nikt nigdy nawet nie zbliżył się do poziomu tego wizjonerstwa – to na pewno. Lubię Falarek Band, Brygadę Kryzys i Kryzys szanuję, ale większość nagrań, które po sobie zostawił, traktuję jako ciekawostkę. Zmarł w tragiczny sposób, co też – zdaje się – jest często domeną wielkich postaci.

Jeśli mnie coś irytuje, to fakt, że po jego śmierci nagle wszyscy stali się jego przyjaciółmi, fanami i powiernikami. Ale taki to już lajf. Teraz spodziewam się wysypu tribut-koverów Armii czy Brygady. Może i wy coś nagracie w tym temacie?

Jeśli ktoś zaproponowałby nam, żebyśmy nagrali jakiś cover z „Legendy”, to prawdopodobnie na kolanach błagałbym kolegów z zespołu, żeby to zrobić. Ten album naprawdę zajmuje wyjątkowe miejsce w moim sercu. Pewnie będzie tak jak mówisz – za moment ruszy machina, nowe płyty, książki, filmy… Tak to zazwyczaj się odbywa. Kiedy Dylan dostał Nobla, to też nagle wypłynęli jego wielcy fani, którzy wcześniej musieli bardzo cicho słuchać tego Dylana, bo jakoś w ogóle ich o to nie podejrzewałem (śmiech). Bez wątpienia Brylewski był wielką postacią, a teraz zaistniała szansa, żeby się do niego przyczepić. Trochę to jednak zrozumiałe.

Wracamy zatem do żywych, czyli De Psa – powiedz, przychodzi czasem zwątpienie?

Tak. Czasem każdy z nas się zastanawia, po co my to w ogóle robimy, bo przecież poza kilkoma recenzjami, wywiadami i komentarzami na FB, niewiele namacalnej korzyści z tego spływa. Jeśli zatem czytacie te słowa, to skupcie się teraz: dajcie nam więcej lajeczków albo się zabijemy! Nie no, żartuję. Pojawiają się wątpliwości, ale w stosunku do zapału mają się jak – powiedzmy – 2 do 10.

Zejdźmy zatem na ziemię – co z trasą? Planami koncertowymi? Zamierzacie mocno poorać sceny z tym materiałem?

Raczej będziemy celowali w rozszerzone weekendówki – we wrześniu prawdopodobnie zrobimy dwie takie akcje w kraju. Trasy są wymagające czasowo, a jesteśmy tak małym zespołem, że granie dla 2 osób pod sceną we wtorek, jak jest bardzo zimno na dworze, bywa dosyć demotywujące i to właśnie wtedy pojawiają się wątpliwości, o które pytałeś w poprzednim pytaniu (śmiech). Nie wiem, czy w dzisiejszych czasach granie koncertów ma w ogóle jeszcze jakiś promocyjny sens, ale wiesz – zawsze istnieje szansa, że dostaniesz coś dobrego do jedzenia i wykąpiesz się w czyjejś wannie. Jeśli trafi się jakiś niesamowity pomysł wyjazdu z jakąś fajną kapelą, to będziemy to robić.

A propos koncertów – wyznajecie nadal stricte hc zasady czy zamierzacie – razem ze zmieniającą się muzyką, wzbogacić popisy sceniczne?

Zawsze mi się marzyło, żeby zagrać na tle telebimu, na którym będzie emitowany Nascar, ale może być to ciężkie do dopasowania, bo Nascar trwa chyba, kurwa, tydzień, a my gramy 18 minut. Nie no, żartuję. Raczej niczego nie planujemy. Na tym polega urok hardcore’a, że na scenę wychodzą normalnie ubrani goście, którzy ruszają się tak, jak wydaje im się, że jest spoko, a zazwyczaj nie jest (śmiech). Te wielkie, teatralne oprawy, godne prawdziwych misterów, to chyba coś, co zawsze będzie nas odróżniało od metalowców.

Ok, zatem, na koniec – ostatnie słowo zostawiam Tobie…

Gdzie są pieniądze na moją emeryturę?! Pytam się! No dobra, nie jestem najlepszy w ostatnich słowach. Dziękuję bardzo za wywiad.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Dawid Schindler