THE DEAD GOATS – Strzał kulką w sztuczną cipkę berlińskiej drag queen

The Dead Goats przebojem wdarł się na salony naszej sceny. Na pewno miał w tym udział fakt, że za zespołem nie stali ludzie anonimowi a muzycy znani i co tu dużo mówić lubiani, ale przede wszystkim zespół wręcz idealnie trafił w czas i miejsce z muzyką jaką chciał objawić światu. Kozły udowadniają, że truchło o nazwie „szwedzki death metal” ciągle czuje się dobrze i wbrew pozorom ma w sobie jeszcze wiele witalności. Na rynku jest już dostępna, oczekiwana winylowa ep-ka „Children of the Fungus” dlatego zapraszam was na zapis rozmowy przy piwie i kawie ince z błonnikiem, na moje pytania odpowiadały Kozły trzy…

Witajcie Kozły! Na początek musicie złożyć dwa słowa wyjaśnienia w pewnej kwestii – dlaczego wydanie nowego materiału opóźniło się o kilka długich tygodni? Zawinił wydawca, wakacyjne lenistwo a może wasz perfekcjonizm w dążeniu do tego by „Children of the Fungus” na 110% spełniał wszystkie oczekiwania jakie w nim pokładaliście?

Witajcie, przede wszystkim zależało nam na tym, aby wystawić cierpliwość Instant Classic, w tym naszego kochanego Maćka, na próbę – ile jest w stanie wytrzymać i jak bardzo zależy muGoats Logo na współpracy z nami (śmiech). A całkiem poważnie, po usłyszeniu test pressa całość nie brzmiała tak, jak naszym zdaniem, powinna brzmieć. Stąd decyzja o ponownym masteringu, co automatycznie opóźniło wydawnictwo o, jak się okazało, kilka dobrych miesięcy. A czy materiał spełnia w 110% nasze oczekiwania? Pewnie tak. I masz rację, w wakacje strasznie leniuchowaliśmy.

Wydawca zdał ten egzamin? Instant nie jest labetem, który był kojarzony ze sceną metalową stąd też interesuje mnie jak oceniacie pracę firmy z temacie promocji The Dead Goats?

Skoro płyta ujrzała w końcu światło dzienne, chyba zdał (śmiech). Instant jest niedużą, niezależną firmą, którą ciężko skojarzyć z jakimś konkretnym gatunkiem muzycznym. Chłopaki zajmują się wydawaniem płyt po godzinach, niekiedy zarywając noce, robią to szczerze, z zaangażowaniem i sercem. Nam to wystarczy. A jako młodzi adepci sztuki muzycznej nie mamy powodów do narzekań. Kilka osób za granicami kraju słyszało nasz materiał, miejmy więc nadzieję, że nowa płyta zbierze swoje żniwo.

Jesteście zadowoleni z tego jak materiał dopieścił Piotrek z Thaw, odpowiedzialny za powtórny mastering? Co było nie tak w pierwszej wersji?

Pierwsza wersja masteringu brzmiała bardzo garażowo, co w jakiś sposób na pewno nam odpowiadało, ale nie sprawdziło się na czarnym placku. Ze łzami w oczach przesłuchiwaliśmy materiał na przeróżnych sprzętach, nie obyło się przy tym bez totalnej dewastacji jednego z adapterów, za co właściciela serdecznie przepraszamy. Wydawca podsunął nam pomysł powtórnego masteringu, tym razem powierzając nagrania w ręce Piotrka z Thaw. Stwierdziliśmy, że warto zaryzykować, wstrzymać proces produkcyjny i zobaczyć co będzie on w stanie zrobić z całością. Ku naszej uciesze, okazało się to strzałem kulką w sztuczną cipkę berlińskiej drag queen. I oto jest.

Nie wiem jak brzmiał „Children of the Fungus” w wersji, której nie chcieliście pokazać światu, ale to co słyszę na materiale promo po prostu zwala z nóg. Nowe brzmienie TDG to maksymalnie skoncentrowany sound z debiutu mocno podlany wielobarwnym sosem, oprócz charakterystycznego szwedzkiego gruzu słyszę tu sporo siarczystego punka czy nawet grindu. Jest pełno syfu, ale też wszystko słychać; jak tworzy się tak doskonały, old schoolowy sound?

Dobrze się tworzy (śmiech). Mieliśmy okazję – po raz kolejny – współpracować z jednym z najbardziej błyskotliwych i utalentowanych inżynierów dźwięku w powiecie białostockim, zaraz obok Ricka Rubina i Ricka Moranisa z Ghostbusters II, Piotrkiem Polakiem. Wiedział, jak całość ma brzmieć, zaproponował też całkowicie nowe dla nas rozwiązanie w postaci rejestrowania instrumentów w Filharmonii Białostockiej, co naszym skromnym zdaniem zdało egzamin i leje na odlew. Dodatkowo, tęsknimy za Neuropathią stąd grind (śmiech)

Strzał kulką w sztuczną cipkę berlińskiej drag queen

Strzał kulką w sztuczną cipkę berlińskiej drag queen

Receptą na doskonałe brzmienie debiutu miały być alkohol, papierosy i specyficzny efekt gitarowy. Zastanawiam się, które ze wspomnianych elementów towarzyszyły wam również podczas nagrań w Filharmonii Białostockiej? Nagrywanie w tak niecodziennych okolicznościach przyrody trochę deprymuje czy wręcz przeciwnie, tylko nakręca do działania?

Tym razem odeszliśmy od wyżej wspomnianych elementów na rzecz garniturów, pantofli i partytur (śmiech). Materiał nagrywaliśmy pod osłoną nocy, pod czujnym okiem dozorcy, a jedynym ograniczeniem był nieubłaganie upływający czas. Musieliśmy skończyć sesję, zanim na sali pojawi się pani z wiolonczelą. Ale pobyt w tym miejscu wspominamy bardzo pozytywnie, efekt z kolei można usłyszeć na LP.

Wydaje mi się, że o ile debiut był takim ukłonem w stronę dobrze wszystkim znanych bandów z północy to na ep-ce próbujecie ugryźć ten temat trochę inaczej i szwedzki old school death potraktowany został przez was bardzo autorsko, bardzo po swojemu? Więcej tu Neurophatii niż Entombed… Skoro tęsknicie za Neurophatią to może czas by zespół ten wrócił z niebytu. Macie dziś energię na to by ciągnąć dwa pełnoprawne, działające na pełnych obrotach bandy?

Jeżeli ktokolwiek, słuchając nagrań The Dead Goats, odnajduje w nich elementy charakterystyczne dla Neuropathii to jedynym logicznym uzasadnieniem wydaje się fakt, iż dobrych parę lat, przynajmniej część z nas, udzielała się w grind’n’rollowej ekipie i angażowała się w pisanie numerów na kolejne materiały. Jak widać, przed przeszłością nie da się uciec (śmiech). Energii prawdopodobnie by nam nie brakowało, zważywszy jak istotnym dla naszej przygody z muzyką był to zespół. Natomiast na chwilę obecną nie planujemy wskrzeszenia Neuropathii, koncentrując całą uwagę na naszym nowym dziecku. Może kiedyś…

Oprócz brzmienia zdecydowanie da się zauważyć też podkręcenie tempa kompozycji i większe skupienie na tym by kopać jeszcze mocniej niż do tej pory. Takie było założenie? Chcieliście nagrać krótszą formę, która będzie niczym innym jak mocną fangą prosto w ryj?

Musieliśmy wybrać krótszą formę, z uwagi na ograniczone miejsce na winylu. Stąd kawałki, które trwały po 12-13 minut, odeszły w zapomnienie. Zasiadając do pisania materiału nie zakładaliśmy sobie z góry jakichœ wytycznych, podeszliśmy do tego tak samo jak do debiutu czyli pozwalaliśmy inspiracjom płynąć niczym rzeka w powieściach Paulo Coelho. Wszystko to jest jedna wielka, kontrolowana improwizacja, tyle.

nasza trójka fantastycznie się bawi

nasza trójka fantastycznie się bawi

Myślicie o tym jak będzie wyglądał drugi duży album TDG? Która z muzycznych, kontrolowanych improwizacji bliższa jest waszemu wyobrażeniu muzycznego absolutu by TDG?

Możemy Ci zagwarantować, że kolejna pełna płyta spełni oczekiwania – nasze na pewno (śmiech). Uwierz nam na słowo, nie zastanawiamy się jak całość ma zostać skonstruowana, jakie numery znajdą się na kolejnym materiale. Jedyną, pewną rzeczą jest to, że rewolucji personalnych i brzmieniowych nie przewidujemy.

Niestety, nie jest mi po drodze z waszymi koncertami – nie dojechaliście na marcowy gig z Rotten Sound, dla odmiany w czerwcu gdy graliście przed Converge dotarłem do klubu ledwie na ostatni kawałek, dlatego też o waszej formie koncertowej czerpię wiedzę jedynie z plotek. W lecie pograliście trochę sztuk w związku z tym domyślam się, że nowy materiał macie nieźle ograny? Jak ludzie pod sceną reagują na nowe numery?

Na marcowy koncert nie dojechaliśmy z racji niesprzyjających warunków pogodowych, a także braku zimowego ogumienia w pojeździe. Przykro nam niezmiernie. Natomiast gps pokazywał nam planowany czas dojazdu do stolicy na 3:00 w nocy, więc po konsultacji z ekipą organizującą potańcówkę, odpuściliśmy. Na koncert z Converge jednak przyjechaliśmy, w przeciwieństwie do Finów (śmiech). A jak się bawią? Cóż, gościnnie na to pytanie odpowie Cyjan z Dead Infection: „Ludzie pod sceną reagują albo dobrze albo nie reagują”.

Przy okazji debiutu mówiliście, że w The Dead Goats chodzi przede wszystkim o dobrą zabawę, gracie w miejscach bardzo różnych: na squatach, konwentach tatuażu, w mniejszych i większych klubach… Gracie z zespołami punkowymi, metalowcami i zespołami hc. Nie jest trochę tak, że w ten sposób nostalgicznie wracacie do korzeni takiego grania, gdzie każdy grał z każdym a liczyło się by było głośno?

Rozszyfrowałeś nas! Prawdopodobnie w naszej zabawie pod szyldem Martwych Kozłów nic się nie zmieniło: najważniejsze, że nasza trójka fantastycznie bawi się wymyślając nowe rzeczy, spędzając ze sobą godziny w aucie podróżując na koncerty (na które zawsze mamy daleko), robiąc z siebie idiotów. Sami słuchamy punk rocka, hard core’a, death metalu więc nie widzimy najmniejszego problemu w dzieleniu sceny z kapelami stylistycznie odmiennymi, a hołdującymi jedynej słusznej zasadzie: „nazi punks fuck off”!. A życie pokazuje, że odczuwamy największą jednak rozkosz grając w mniejszych miejscach.

Waszym zdaniem dziś można z czystym sercem powiedzieć, że The Dead Goats odniósł w polskim undergoundzie sukces? Czytając wpisy na waszym profilu fb jak na dłoni widać, że dorobiliście się sporego grona oddanych die hard fanów…  Czy przy dzisiejszej kondycji muzycznego świata sukcesem jest liczba podniesionych kciuków na fb? Ilość wpisów na forach i wyprzedany nakład pierwszej płyty?

Bezsprzecznie nie spodziewaliśmy się takiego odzewu i zainteresowania naszą trójką. Jakkolwiek banalnie to nie brzmi, nie chodzi nam o sukcesy, gramy muzykę przede wszystkim dla siebie, a jeżeli przy okazji ktoś œinny czerpie z tego taką samą radochę jak my – możemy się tylko cieszyć. Nie zachęcamy do zabawy na koncertach kierując pod adresem zgromadzonej audiencji okrzyki „hey, hey, hey” a mimo to na nudę nie narzekamy.

Goats LiveCo by nie mówić w krótkim czasie osiągnęliście tyle, że niejeden zespół pewnie zazdrości wam pozycji jaką dziś macie. Chciałoby się rzec: co dalej? Jak zamierzacie pokierować zespołem, który tak udanie wystartował? Może czas by The Dead Goats szerzej zaistniał również poza polską? Czy „Path of the Goat” ukazał się europejskich dystrybucjach?

Będziemy robić swoje, czyli świetnie się bawić, dalej spotykać się na próbach w zatęchłym schronie, śmiać się z mało śmiesznych dowcipów (śmiech). W nadchodzącym roku postaramy się wypuścić dwa wydawnictwa. Rozpoczęliśmy też wstępne przygotowania do pokazania się za granicami naszego kraju, na bliższe szczegóły, niestety, musimy poczekać. A debiut? Owszem, pojawił się w europejskich dystrybucjach, ale stety/niestety chyba w zbyt dużych.

W wywiadach mówicie o tym, że oprócz szwedzkiej surowicy kręcą was również horrory, poproszę zatem na zakończenie wywiadu o krótką listę produkcji, które najbardziej cenicie. Dzięki za rozmowę!

W czasach, kiedy filmy w klimatach gore/horror nie były tak szeroko i ogólnodostępne w Internecie, a kwitła undergroundowa scena vhs-trade’owa, mogliśmy się uważać za maniaków, szeroko czerpiąc inspiracje – przykładem czego cała masa wstawek filmowych na płytach Neuropathii. Podobny pomysł mieliśmy z debiutem Kozłów, niestety ku naszej rozpaczy, Fox International bądź inny Universal nie wyrazili zgody. Obecnie uważamy się pasjonatów kina rozrywkowego: zaczynamy dzień Bogartem, a kończymy Carpenterem. Dziękujemy serdecznie! Do zobaczenia gdzieś kiedyś!

Rozmawiał Wiesław Czajkowski

Zdjęcia: archiwum zespołu/Studio Wasabi

Grafika: Rafał Kruszyk