THE BLACK WATER PANIC PROJECT – To powinna być tylko zabawa…

Bats: Melodies and Lullabies For Samal to czwarta płyta tajemniczego tworu  The Black Water Panic Project, za którym aktualnie stoi tylko jedna osoba – Paweł Siwochowicz alias Nightmare Animal, mistrz tatuażu ze skłonnościami do mrocznej muzyki. I taka jest też nowa produkcja The BWPP – ciemna, zdominowana przez elektronikę, miejscami agresywna, to znowu eksplorująca typowo gotycki dół. Aby zrozumieć ten materiał warto zapoznać się z obszernymi zeznaniami autora, z którym rozmawiamy muzyce, tatuażu, działaniu w pojedynkę i rzecz jasna – nowej płycie, o której kilka słów znajdziecie gdzieś w środku wywiadu. Zapraszamy.

Na początek jedno dosłownie pytanie historyczne: jak zaczęła się cała twoja zabawa z muzyką?

Oho, no ładnie, będę musiał się w końcu przyznać (śmiech).  Zabawa z muzyką miała początek w słuchaniu zagranicznych piosenek z magnetofonu Unitra i z Trójki za dzieciaka, udawaniu wokalistów i darciu ryjka w domu, jak nikt nie słuchał, ale wszystko tak naprawdę zaczęło się dziwnie, bo od przypadkowego spotkania na zielonogórskim rynku siedemnastoletniego mnie z Maciejem Niedzielskim (Artrosis). Niedziela, którego znałem z jakichś imprez, bo jak się nie znać, jeśli mieszka się w jednym, małym mieście, podszedł do mnie na deptaku z jakąś gazetą w dłoni, nie pamiętam, chyba Teraz Rock, pokazał mi którąś ze stron z reklamą „Ukrytego Wymiaru” promowanego wtedy i powiedział „zobacz, jestem w gazecie” (śmiech).  Potem rozmawialiśmy o jakichś błahostkach i skończyło się na tym, że idziemy do niego bawić się sprzętem. Nagraliśmy wtedy w trzy dni materiał na pełną płytę, coś, co nazywało się Shadow of the Whore i to właśnie był mój pierwszy, poważny zespół, bo wszystkie poprzednie przy tym wypadały blado. Niestety, SotW nigdy nie ukazało się na rynku.

Zatem na początku była elektronika… Zawsze fascynują mnie wykonawcy, którzy zaczynali nietypowo. Czyli bez punk rocka czy metalu, ale od razu plastikowe pudełeczka. Co ciebie w elektronice zafascynowało? Łatwość tworzenia muzyki czy raczej możliwości brzmieniowe?

Nie, nie, źle mnie zrozumiałeś  – był punk rock, był metal, były zespoły, które o to zahaczały; grałem z innymi ludźmi, ale właśnie wtedy zobaczyłem, jak można było pracować z muzyką. Niestety, byłem wtedy o wiele za biedny na mój własny sprzęt, bo już od 15 roku życia nie mieszkałem w „domu rodzinnym”. Nagrywanie SotW było pierwszym kontaktem z elektroniką i tym sposobem pracy studyjnej, który wykonuję teraz. Samą elektronikę zacząłem robić bardzo niedawno, bo jakieś sześć lat temu. Do tej pory byłem jedynie zainteresowany śpiewaniem swoich tekstów, nie dotykałem instrumentów zbytnio, chyba, że tylko po to, żeby grać skale przy ćwiczeniach wokalu.

To powinna być tylko zabawa...

To powinna być tylko zabawa…

Kiedy ukształtował się Twój pomysł na The Black Water Panic Project?

Jeśli chodzi o stronę muzyczną, to zaraz po tym, jak po raz drugi materiał, który po wielu latach nagrałem znowu z Niedzielą nie ujrzał światła dziennego. HEX (bo tak został ochrzczony ten zespół) był efektem sesji nagraniowej zespołu N.O.(Nic Optymistycznego), w którym tylko śpiewałem i pisałem teksty (piosenki są nadal dostępne na myspace). Jak to bywa w zespołach z żywymi muzykami o wyraźnych osobowościach, grającymi grunge/rock alternative, zaczęły się konflikty interpersonalne i wszystko poszło w diabły, czyli skończyło się na ponownym nagrywaniu elektroniki z Maciejem, który w tym czasie zaczął mi wbijać do głowy teorię muzyki, czytanie nut, posługiwanie się bel canto oraz granie na klawiszach. Oczywiście, nic z HEXa nie wyszło, a ja mega wk…y postanowiłem być niezależny i zacząłem się uczyć gry na gitarze, pianinie i śpiewu u prywatnych nauczycieli.

Taka sytuacja jak z dowcipu o Jasiu Niemowie. Znasz? Jasio miał już 5 lat, a jeszcze nic nie mówił. Pewnego dnia mama podaje mu obiad, a Jasiu wrzeszczy: – A gdzie kompot?! Mama zdziwiona: – Jasiu, to ty umiesz mówić! Umiem – odpowiada Jasio. Mama: – To dlaczego dotąd nic nie mówiłeś. – Bo zawsze był kompot!

Zawsze ktoś inny robił muzykę, a ja tylko krzyczałem i śpiewałem, stad moje ciągoty teraz do instrumentalnych kawałków, jest to nadal dla mnie świeże i kocham to robić dla samej zabawy (śmiech). Potem obsługa warszawskiego Studia Gagarin z Kwazarem, Markiem Szymczykiem i Chudym na czele pokazała mi, do czego można użyć innych elektronicznych zabawek i tak powstało „Fight for Oxygen” TheBWPP, na którym znalazła się większość tekstów z HEXa. Jeśli chodzi o samą genezę pomysłu na nazwę, to miało to miejsce w szpitalu na oddziale chirurgii, gdzie leżałem, ale opowiadałem o tym już tak wiele razy, że chyba możemy sobie to darować…

Wnioskuję, że The Black Water Panic Project to „one man project” właśnie dlatego, że ciężko się dogadać z całym zespołem; lubisz mieć wszystko pod kontrolą?

TheBWPP to „one man project” dlatego, że ludzie są zawodni i patrzą przez pryzmat swojego ego. Jest to oczywiste i w pewnym sensie naturalne. Pracowałem z osobami, które mają rodziny, swoje życie prywatne, pracę i pasje, ciężko to zgrać, możesz mi wierzyć, a ja to rozumiem i nie lubię się narzucać. Jeśli ktoś nie chce grać, to niech nie gra (śmiech). Nawet nie wiesz, jak ciężko znaleźć dobrego bębniarza, który potrafi grać z maszynami, albo skrzypaczkę i wokalistkę, która nie odejdzie na trzy dni przed koncertem, bo nie może znaleźć opiekunki do dziecka, chociaż od kilku miesięcy wie, że trzeba to zorganizować… Albo gitarzystę, któremu nie urodziło się dziecko i wszystko inne się nie liczy (śmiech). Albo basistę, który nie pracuje w Antyradiu i ma dużo czasu… Maszyny za to są niezawodne i jeśli umiesz z nich korzystać, to można z nich wycisnąć mnóstwo toksycznego beatu z hell popowym groovem (śmiech). Dodaj do tego gitary i masz TheBWPP… a Ty, Drogi Czytelniku, jeśli to czytasz i masz ochotę, a co najważniejsze umiejętności, żeby pograć, to daj znać.

Oj, bije z twojej wypowiedzi trochę gorycz. Znam ten ból, wiem, że maszyny jak się zepsują można naprawić, a relacji i życiowych przypadków nie zawsze. Na scenę też wychodzisz sam, czy też w takim wymiarze swojej twórczości będzie się jednak posiłkował żywymi, ułomnymi istotami?

Hej, hej, hej, nie nazywaj moich tancerek ułomnymi, to świetne laseczki (śmiech). Ale tak na serio, to można zrobić dobry show samemu, jeśli masz dobrą obsługę techniczną, a tak się składa, że ja taką posiadam – live-stage.pl, StreamOnline – Broadcast Everywhere, czy np. Adaś Matyjek, który robi akustykę u Pani Steczkowskiej to naprawdę profesjonaliści. Viva-System oprawia pirotechnicznie większość eventów sportowych w tym kraju, m.in. KSW. Uwierz mi, są doskonali, zresztą możesz się o tym przekonać oglądając dostępne na necie koncerty TheBWPP.

Skoro wiemy coś na temat kontekstu, wróćmy do samej nowej płyty, bo to ciekawy przyczynek na temat dyskutowanej tu i ówdzie kwestii pt. „czym jest gotyk”. Zatem… czym jest gotyk?

Stylem życia i postrzegania rzeczywistości, dość pokręconym, ale z całą pewnością nie nudnym (śmiech).

Kołysanki

THE BLACK WATER PANIC PROJECT – Bats: Melodies and Lullabies For Samal  Elektronika niejedno ma imię. W dobie dominacji drone’ów, ambientów, wszelakich eksperymentów, formuła, jaką proponuje The BWPP może w pierwszym momencie wydawać się ryzykowna, jednak po dłuższym obcowaniu z nietoperzami mogę przyznać, że konsekwencją ten projekt wygrywa. Oczywiście, jak sam autor dzieła niejednokrotnie podkreśla, ma duszę rock’n’rollowca, zatem trudno się dziwić pewnej szorstkości charakteryzującej tę płytę. To już kolejne wydawnictwo The BWPP, ale pierwsze zrealizowane przez Pawła Siwochowicza w pojedynkę. Pewnie stąd całkowite oddanie elektronicznym zabawkom. Bardzo ważna jest formuła – to nie piosenki, ale praktycznie pozbawione wokali, elektroniczne petardy. Przede wszystkim liczy się tu klimat. Mroczny, gotycki, szorstki, choć podszyty lekko romantycznym kontekstem („Seventh Bat”). Składniki, z jakich pichci swoje kompozycje TheBWPP są pozornie oczywiste – twarda elektronika w stylu Nine Inch Nails (zresztą, jedna z większych inspiracji Siwochowicza…), industrial, lekkie smagnięcia nojzu, szczypta The Prodigy. Im dłużej słucham tej płyty, tym bardziej doceniam kunszt kompozycyjny. Być może próby przestraszenia mnie nie są do końca udane, ale za to dobrze się bawię. Cieszą nieoczywiste aranżacje („Bat before tomorrow, before we die”), cieszy wyskakująca  na powierzchnię agresja i napięcie, które towarzyszy odsłuchowi do samego końca, dobrze podkręcona jest strona rytmiczna nagrań. Co ciekawe, te dźwięki powinny się spodobać maniakom gitarowego gruzu. Posłuchajcie tej płyty głośno i zobaczycie jaki będzie efekt. Nie rewolucją a ewolucją w 2017 roku stoi TheBWPP bo „Bats: Melodies and Lullabies For Samal” jest w moim odczuciu jednym z ciekawszych ochłapów niekomercyjnej, elektronicznej produkcji ostatnich miesięcy. A jeśli dodać do tego, że mr Siwochowicz spreparował to wszytko w pojedynkę, wylewając z własnej głowy te wszystkie mroczne wizje, szacunek musowy. Wejdźcie do świata nietoperzy i spróbujcie się z nimi zmierzyć.

Nie ukrywam, że gotyk prezentowany przez The Black Water Panic Project jest mi najbliższy, bo szeroko pojęta elektronika jest idealnym wręcz narzędziem do kreowania takiej muzyki. Zatem – masz swoich protoplastów w temacie inspiracji? I dlaczego Alien Sex Fiend? 

W moim przypadku było to zawsze NIN! Od dwudziestu lat słucham produkcji Trenta i to, co robi podoba mi się z wiekiem co raz bardziej. Alien Sex Fiend też jest w pytę, „Maximum Security” rozwala mi banię swoją prostotą i brutalnością. Gary Numan też wymiata. Lubię też bardzo Machines of Loving Grace i Stabbing Westward. Jednak w moim przypadku to, co mnie inspiruje to również metal. Uwielbiam Cradle of Filth, stare i nowe albumy to geniusz i mistrzostwo tematu, Satyricon, Slayera, Tiamat, Burzum, Marduk… Ze sceny doomowej na pewno Black Sabbath, Kyuss, Windhand, Sleep, Electric Wizard… Uwielbiam Depeche Mode, drę ryja do The Cult i innych klasycznych kapel. Trudno mi określić „protoplastów” , bo takim samym szacunkiem darzę The Cure, co np. Björk i Masona, czy ToN. Dawno temu przestałem szufladkować wykonawców, słucham po prostu muzyki, która mi się podoba, nie staram się tego nazwać, nazywanie zabija całą zabawę ze słuchania, zostawiam to dziennikarzom (śmiech).

Nazywanie w Polsce jest jednak ważne, bo… nie bałbyś się np. zagrać muzyki z nowej płyty na koncercie stricte metalowym?

Potrafię, spróbowałem przecież… myślę, że oprawa video, tancerki i ogień zrobiłyby dobrą robotę. Pamiętaj, że nie mam problemu, by do elektroniki zagrowlować (śmiech). Ostatni koncert, który zagraliśmy w warszawskim Voodoo Clubie 2 listopadzie ubiegłego roku był przecież koncertem metalowym, grało przecież post black metalowe Frigoris z Niemiec i janusze matalu, jak sami siebie nazywają, czyli Ametria (śmiech). Oba zespoły mega sprawne i brutalne na scenie.

Mimo wszystko, takie projekty jak twój, budzą zainteresowanie, bo są inne, nie przystają do tego zwyczajnego światka w stylu:  „płyta/promocja/koncert”. Jest mrok, jest pewne niedopowiedzenie, strach, nietoperze itp. Do kogo w zasadzie adresujesz płytę/muzykę? Z jakiej strony jest największy czy najciekawszy odzew?

Szczerze powiem, nie śledzę tego, mam za dużo zajęć, żeby siedzieć i googlować swoje nazwisko, albo nazwę zespołu, interesuje mnie granie i tworzenie, reakcja ludzi to efekt uboczny mojego dobrego flow w studio i na scenie. W obu przypadkach kocham to robić i cieszę się, kiedy ktoś po koncercie podchodzi i mówi, że „zaje…..e się bawił i chce jeszcze raz, bo dobra jazda”, uwielbiam, kiedy reagują, słuchają, przychodzą i jest mi zupełnie obojętne z jakim gatunkiem się identyfikują najbardziej, na poziomie biologicznym jesteśmy wszyscy tacy sami… dlatego też np. udostępniam wszystko za darmo, to powinna być tylko zabawa, a nie maszynka do robienia hajsu.NA1

Skoro tak, to opowiedz trochę o swoim warsztacie: jak tworzy się takie mroczne pejzaże? Wprowadź nas do swojej muzycznej „kuchni”…

Ostatnio gram na gitarach od LTD, bardzo podpasowało mi ich brzmienie, podłączam to wszystko w linie, (przymierzam się do zakupu Hectora od Eryka LaBoga, bo jednak brak mi tego lampowego sprzęgania), ale najpierw przepuszczam przez Bossa GT-8, a jeśli mam ochotę nagrać żywy bas, to mam customowego, lutniczego mordercę, którego podłączam do paczek i głowy, którą podobno poprzedni właściciel odkupił od naszego rodzimego Defektu Muzgó. Nagrywam na lampową pojemnościówkę Sputnik od M-Audio, nie narzekam, tylko klawiatury sterujące mogliby doszlifować, poza tym jeśli chodzi o mikrofony, to uwielbiam mojego oldscoolowego Shura Unidyne 5575LE, a Boss Vocal Performer ve‑20 zawsze leży koło statywu podpięty. Elektronika to zupełnie osobny temat, mikser Xenyx UFX1204 od Beringhera ma wpięte w siebie TB3, TR-8 Rolanda, Korga Electribe 2, Virusa b i Virusa TI2. Jeśli mam ochotę pograć na czymś innym, to zawsze mogę wpaść do Gagarina i poprosić Kwazara o klucze, on ma zupełnie inne instrumentarium. Mogę też korzystać ze sprzętu w Black Orange Mateusza Telegi, jest tam go niemało, więc ostatnio bawiłem się też syntezą modularną. Pracuję na Abletonie i Pro Toolsie… jeśli coś jeszcze Cię interesuje, to pytaj śmiało.

Bardziej w tym momencie interesuje mnie ogólny klimat tworzenia; Ty piszesz o warsztacie, czyli stronie technicznej, a mnie interesuje to co dzieje się w Twojej głowie jako kompozytora, w jakich okolicznościach powstaje twoja muzyka, czy musi być ku temu np. sprzyjający klimat itp?

Zapytałeś o „kuchnię”, więc napisałem Ci jakie mam „garnki”(śmiech).  Nie wiem, jak odpowiedzieć na to pytanie, niestety, mogę tylko spróbować, bo jest to dla mnie też nie jasne… to się po prostu dzieje(śmiech)… mogę Ci za to opowiedzieć jak wygląda mój dzień: wstaję rano, robię pompki, rozgrzewam stawy i rolluje się, jeśli mam mega zakwasy od treningu z poprzedniego wieczora, piję kawę, siadam do kompa, albo instrumentów, jeśli oczywiście nie muszę dziarać, spędzam tak czas do późnego popołudnia, potem trenuję, jeśli jestem poza ZG, to sam, jeśli w domu, to w Iron Church…taaaak, Zack Wylde ma swój Iron Dungeon, ja mam Iron Church(śmiech), żarcik, to klub sportowy…  potem oglądamy jakieś filmy, albo seriale, a ja opalcowuję sobie nową skalę, albo ćwiczenie na gitarę lub piano. Jeśli chodzi o teksty, to jest to zawsze impuls z zewnątrz, jakaś sytuacja, która mnie inspiruje, słowa pojawiają się same, opisuję sytuacje, zdarzenia, schematy zdarzeń, czyjeś historie, wszystko, co moje ID uzna za interesujące.

Wspomniałeś o tatuowaniu – to też bardzo ciekawy temat, szczególnie, że pasuje do twojego stylu bycia: tak jak wolisz samotnie tworzyć muzykę, tak tatuowanie to też dyscyplina skupiająca się na jednostce a nie zespole jako takim…

Tatuowanie jest jak najbardziej jednostkowe, uważam, że każdy klient zasługuje na customowe podejście, bo powinna być to ekspresja indywidualności, zarówno tatuatora, jak i osoby, która oddaje skórę, a nie kopia kopii kopii  czegoś, co zostało znalezione w odmętach internetu zazwyczaj przez osobę, która poddaje się modzie na akurat aktualne wzory.Sprzęt

Czy dobra ręka do rysunku przekłada się na grafiki zespołu czy zlecasz to jednak komuś z zewnątrz?

To zależy od czasu, jakim dysponuję. Pierwsza okładka została zaprojektowana przez Miss Lakune, przeuroczą osobę, którą możecie również znać np. z okładki „Jesiennych Demonów” Pana Grzędowicza (obecnie jednego z moich ulubionych autorów sci-fi/fantasy, zaraz obok Dukaja), z powodu braku czasu, resztę zaprojektowałem i wykonałem sam, „Alpha Pro Broken Machines” to np. dodatkowo przetworzona dziara na klacie ówczesnego basisty TheBWPP. „I’d rather lick public lavatorys floors…” ma na okładce instalację, którą stworzyłem zafascynowany czaszką stworzoną przez Alexandra Mc Queena oddając mu hołd po jego bezsensownej śmierci z własnej ręki. „Bats:…” to moje rysunki…

To wszystko ładnie brzmi… ale czym jest dla ciebie muzyka? Hobby? Wyzwaniem, które ma kiedyś przynieść zyski? Relaxem? Gdzie tak po prawdzie tkwi to koło zamachowe, które zmusza cię do działania na tym polu?

Muzyka jest sposobem na pełne wyrażenie siebie, jest ucieczką i celem samym w sobie. Nie potrzebuję jakiegokolwiek uzasadnienia, żeby ją tworzyć. Muzyka jest sacrum, nawet jeśli do jej wykonywania podchodzi się od strony profanum.

Jak to sacrum zamierzasz promować?

Nie mam ciśnienia na granie za wszelką cenę, na wkupywanie się w scenę, czy jakiekolwiek tego typu aktywności. Nie mam ochoty starać się o supporty u większych zespołów. Koncerty, bo zapewne o nie pytasz, o ile chcę je grać, mają sprawiać mi przyjemność i nie będę tego zmieniać startując w wyścigu szczurów, jakim stał się przemysł muzyczny.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum TheBWPP/Animal/Samal