TERRIFIC SUNDAY – Najlepsze rzeczy

Okazuje się, że nawet ja mam czasami rację. Wywiad z Terrific Sunday, jaki przeprowadziłem w lipcu minionego roku, wzbogaciłem przypuszczeniami o wielkiej karierze, czekającej być może poznaniaków. Minęło kilka miesięcy i okazuje się, że faktycznie, przyspieszenie, jakiego doznał Terrific Sunday, może zaskoczyć. Grupa jest zapraszana na największe festiwale, występuje min. na Spring Break Festival, zalicza Openera, przed nimi występ na Orange. Grupą interesują się tacy uznani artyści jak Rojek czy grupa Hey, wreszcie pojawia się kontrakt z Sony Music Polska, kręcenie teledysku w Barcelonie, nagrania w renomowanym Custom 34 oraz współpraca z producentem Marcinem Borsem. Klęska urodzaju? Na wrzesień planowana jest premiera dużej płyty a dzisiaj – skoro jeszcze nie trzeba przebijać się do zespołu przez tłum managerów – zapraszam na pogawędkę, ponownie z perkusistą grupy, Arturem Chołoniewskim.

Przyznam, że tempo waszej kariery zdumiewa. Powiem więcej – wielu wcale nie takich małych wykonawców pewnie skrycie Wam zazdrości. Ja już wcześniej wiedziałem, że coś takiego się stanie. Zatem pytanie – jak to się robi w Polsce? Klasyczny przypadek i łut szczęścia czy mozolna praca? Coś jeszcze? Pamiętasz moment, kiedy poczułeś, że wszystko zaczyna rwać się do przodu?

Ciężko powiedzieć, nikogo nie pytałem, czy zazdrości, ale domyślam się, że może tak faktycznie być. Gdybym wiedział jak to się robi w Polsce, to otworzyłbym firmę szkolącą zespoły w osiąganiu sukcesów. Wierz mi, to się po prostu działo – dzieje. Bardzo dużo szczęścia, na pewno więcej niż ciężkiej pracy – ale jej też było sporo. Poczułem, że to idzie do przodu już parę razy, za każdym razem coraz bardziej; chyba pierwszy raz to był Opener, potem kontrakt, wybór producenta, wejście do studia aż po premierę klipu i jego dzisiejszy oddźwięk. Dzięki, że w nas wierzyłeś!

Jak wygląda kontrakt – oczywiście w zakresie, że tak to ujmę, etycznym – znaczy: nie boicie się, że wielka wytwórnia może próbować wywierać na was wpływ? Już niejednokrotnie byłem świadkiem tzw. formatowania artysty przez stajnię. W dobie kultu niezależności i artystycznej wolności, taki ruch może być ryzykowny.

Niczego się nie boimy. Na dzień dzisiejszy jesteśmy już w końcowej fazie tworzenia naszego „debiutu”, w skład którego wchodzi teledysk, płyta, grafiki i cała otoczka promocyjna – nikt nic nie robił wbrew sobie, nikt się do niczego nie zmuszał; na zasadzie wymiany poglądów podejmowaliśmy decyzje wspólnie, ale ostateczne zdanie należało zawsze do nas.

Do całokształtu wpisuje się także nagrywanie w Custom34 (chyba najlepsze studio w Polsce) i praca z Marcinem Borsem – uznawanym dzisiaj za jednego z najlepszych realizatorów w Polsce. Czy słowo „najlepszy” nie pojawia się w Waszym kontekście zbyt często?

Te dwie kwestie to zdecydowanie „najlepsze” z czym mieliśmy styczność. Custom34 jest po prostu perfekcyjnym miejscem do nagrań jeśli chodzi o warunki techniczne, ale i atmosferę, no a o Marcinie wszyscy wszystko wiedzą i słyszą rezultaty jego pracy, więc chyba nic nie muszę dodawać. Wydaje mi się, że to w sumie jedyne, „najlepsze” rzeczy w naszym kontekście.

Właśnie, Marcin – przyznam, że rezultaty jego prac zaskakują, często nawet same zespoły. Kiedyś, dla żartu opisywałem Marcina jako Marcin „wytnij gitary” Bors. Dajecie mu wolną rękę, czekając, co zrobi z Waszą muzyką? Jaki jest podział prac?

To fakt – Marcin to najlepsze nożyczki w tym kraju. U nas jest nieco inaczej, ale są stałe zagrania Marcina jeśli chodzi o podejście do nagrań. Mieliśmy akurat to szczęście (choć niektórzy twierdzą, że to nieszczęście…) nagrywać płytę na ” setkę”, do czego przekonał nas Marcin, efektami samego nagrania jesteśmy zachwyceni. Marcin robi tak, żeby każdemu wydawało się, że ma wolną rękę, ale z reguły jest tak, że osiąga zamierzony plan. Robota z Marcinem to coś co polecam każdemu!

Najlepsze rzeczy

Najlepsze rzeczy

Nauka pokory?

Nauka pokory, nauka nie przyzwyczajania się do tego co się zrobiło do tej pory, nauka pokazywania, że można coś zrobić zupełnie inaczej i też będzie fajnie, nauka używania instrumentów i tak dalej i tak dalej. Chłop jest księgą wiedzy i dobrego podejścia…

Mówisz dużo o pozytywach itp., czyli gładko i miło. Ja jednak szukam chropowatości. Były takie momenty, kiedy mieliście pod górkę, kiedy był stres i jakieś wątpliwości? W sumie taki natłok wrażeń/wydarzeń w krótkim czasie Wam musiał nieźle wywrócić życie do góry nogami…

Oczywiście, każda zmiana, którą proponował Marcin była za każdym razem zamieniona w dyskusję i „ale dlaczego?„, „przecież to co graliśmy jest fajniejsze„, „ale ja nie chcę tego tak grać„… Za każdym razem dochodziło do tego, że graliśmy dane partie zgodnie z wizją Marcina i okazywało się, że miał rację. Nie, chyba nie wywróciło, jeszcze aż tak dużo się nie dzieje, zresztą – mamy plan, żeby w ogóle nic się nie wywróciło. Cierpliwie i z zimną krwią będziemy robić swoje i zobaczymy, co z tego wyniknie.

Wypłynęliście też na koncertowy ocean – zapraszają Was na duże imprezy itp. Jak czujecie się w takich miejscach? Jeśli miałbyś porównać festiwale z koncertami klubowymi chociażby…

To chyba działa tak, że im więcej, tym lepiej, ale nie chcę mówić, że festiwale są z założenia lepszym miejscem do grania koncertów, w klubach też jest świetnie, ma to swoją niepowtarzalną atmosferę i jakiś taki klimat, do którego chce się wracać. Na festiwalach czujemy się bardzo dobrze i w klubach czujemy się bardzo dobrze, wiadomo, że z innych powodów, ale ciężko powiedzieć gdzie jest lepiej…

Który koncert będziesz na pewno wspominał, powiedzmy, za dwadzieścia lat?

Na pewno występ przed Arturem Rojkiem, kiedy Piotrkowi wyskoczył bark w trakcie koncertu. Na pewno Opener, bo to był taki koncert najskrytszych marzeń, no i mam nadzieję, że tegoroczny Orange Warsaw i jeszcze parę innych.

Po sieci hula teledysk. I nie mam co do niego wątpliwości, profeska itp, ale… Ale zastanawiam się na ile był potrzebny lot do Barcelony? Bo tak po prawdzie, widzę tu bardziej „chłyt marketingowy” niż faktyczną potrzebę. Oczywiście, rozumiem: wycieczka, miłe chwile itp. Obroń ten wyjazd.

He, he, z przyjemnością obronię. Zaczynając od tego, że miłymi chwilami nie można nazwać codziennego wstawania o 5, żeby na 6 dojechać 20km w miejsce, gdzie trzeba uchwycić wschodzące słońce, potem 12-13 godzin nagrań, jeżdżenia metrem, chodzenia aż do zachodu słońca, potem powrót do mieszkania około 20, piwko, spacer, kąpiel, wyro o 1 w nocy i o 5 od nowa. Klip musieliśmy nagrać w styczniu, scenariusz dotyczył jakiegoś słonecznego miejsca, w którym będziemy mogli poruszać się w jakichś lekkich ciuchach. U nas wtedy było z -7 stopni, tam po 15-19 i maksymalnie dużo słońca. Trzeba też pamiętać, że tej Barcelony w tym teledysku poza słońcem to nie ma – korzystaliśmy tam bardziej ze street artu, murali, graffiti. Poznałbyś po obejrzeniu klipu, że był kręcony w Barcelonie?

W zasadzie nie. W tym temacie to zastanawiam się jeszcze nad znaczeniem promocyjnym klipu, w sensie stosunku włożonego wysiłku/kasy do tzw. efektu, szczególnie dzisiaj, kiedy w sieci króluje milion klipów robionych metodą chałupniczą kamerkami cyfrowymi?

Generalnie pomysłodawcą był Piotr Onopa z Papaya Films, któremu bardzo dziękujemy za realizację i taką robotę. My jesteśmy bardzo zadowoleni z rezultatów i chyba nikt nie zwracał w tej sytuacji uwagi na to, że jest wiele klipów robionych w domowych warunkach kamerką cyfrową. Nie wiem, co mam Ci powiedzieć – zrobiliśmy to co chcieliśmy, nie patrząc na to co robią inni.IMG_1783

Jednym słowem – praca idzie z gazem, że zacytuję klasyka; co jeszcze przed Wami – jakie kolejne wyzwania, pomijam tu rzecz oczywistą, jaką jest premiera płyty?

Kolejny singiel, parę koncertów – o niektórych możemy już mówić, o niektórych jeszcze nie. Zamierzamy nie zwalniać i zacząć niebawem pracę nad nową płytą.

Na koniec coś na temat rzeczy najważniejszej – płyta: jaka będzie, szczególnie w stosunku do ostatniej ep-ki? Będzie klasyczny indie rock czy coś więcej? W jaką stronę idziecie? Czy kawałek z teledysku jest tu jakimś drogowskazem?

Teledysk i klip zupełnie nie są, niestety, drogowskazem. Płyta będzie brzmieć zupełnie inaczej, bliżej jej będzie na pewno do „In my arms” niż „Bombs Away”. Aczkolwiek będzie słychać, że to my.

Czy w związku za ogólną sytuacją planujecie piękne i bombastyczne wydanie „Tonight”? Np. jako bonus do płyty?

Wydaje mi się, że temat naszych poprzednich ep-ek jest już zamknięty, ale kto wie, może zrobimy jakiś mix naszej dotychczasowej twórczości przed płytą…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/mat. promocyjne Sony Music Poland