SYNCHROTRONY – Zaklinanie węży

O debiutanckiej płycie Synchrotronów piszę w dobrym tonie gdzieś obok, zatem nie ma sensu po raz kolejny wyjaśniać o co chodzi i czego dotyczy sytuacja. Dość, że mamy na świecie kolejny, doskonały zespół, grający jazz i okolice. A że muzykanci są nietuzinkowi, parają się swoją robotą nie od dziś i wiedzą, na czym ma to polegać, to i dźwięki są przednie. Jeśli ktoś chce się jednak dowiedzieć, po co komu kolejny zespół, co to jest ten akcelerator, co tam w transie słychać i dlaczego nie warto walić w ch… z artystami, może zagłębić się w poniższą rozmowę, w której udział wziął kolektywnie cały zespół. Zapraszam. 

Po co jest wam potrzebny kolejny zespół – jaki obszar swojego „ego” dzięki tej kolaboracji zaspokajacie?

Krzysiek Topolski (perkusja): Zacznę od tego, że praca w zespole to raczej sztuka rezygnacji z “ego”, takie są moje doświadczenia. Jeśli ta sztuka udaje się choć trochę, to ma szansę powstać zespół, oddolny kolektyw albo demokratyczny konglomerat osobowości. Tak właśnie jest w przypadku Synchrotronów. I to jest w zespołach najfajniejsze. Synchrotrony to nie jest kolaboracja, współpracujemy od około trzech lat. Było kilka przeszkód do pokonania, np. to, że nie mieszkamy w jednym miejscu, to może bardzo utrudniać współpracę.  Właśnie wychodzi nasza pierwsza płyta. Uważam to za sukces. Sukcesy są czasamiArszyn gra De Marię_The Artists 2016 potrzebne w życiu.

Maciek Rodakowski (saksofon tenorowy): Nie traktuję tego zespołu jako kolejnego. A jeśli kolejny zespół, to jest jak kolejny udany spacer czyli niezbędna czynność kogoś kto zajmuje się muzyką. Nie gramy też w dziesięciu zespołach jednocześnie, choć każdy gra lub grywa w różnych składach. Chemia między nami jest na tyle żywa, że pogramy z tym zespołem długo i będzie kontynuacja tego co dopiero zaczęliśmy pierwszą płytą.

Jacek Steinbrich (kontrabas, bas elektryczny): Ciekawe pytanie. Nigdy nie podchodziłem do grania muzyki jak do „wypełniacza ego”. Dla mnie granie różnej muzyki z różnymi ludźmi jest rzeczą naturalną. Gdybym tego nie robił, nie miałbym okazji rozwijać się muzycznie. Większość moich muzykujących znajomych, których cenię, lubię, i z którymi chcę grać, ma podobne podejście do grania muzyki i dobrze im/nam z tym.

Szczególny typ akceleratora cyklicznego, w którym cząstki są przyspieszane w polu elektrycznym wzbudzanym w szczelinach rezonatorów synchronicznie do czasu ich obiegu” – co wspólnego ma jazz z synchrotronami?

K: Wiesz co, od lat zajmując się muzyką improwizowaną, mam głębokie przeczucie, że jednak bardzo dużo. Nie wyjaśnię Ci tego oczywiście, bo to przeczucie, a nie pewność. Powiedzmy, że to też takie niewinne art&science w dziedzinie nazw i tytułów. Napisałem nawet do polskiego Synchrotronu Solaris, o tym, że wychodzi taka płyta, bardzo się ucieszyli, że nauka inspiruje artystów muzyków.

M: Jak to fajnie ujął Krzysiek, to niewinna zabawa w art&science. Muzyka to zaklinanie węży i rzeczywistości a nauka jest w stanie to jakoś ująć i opisać. Oczywiście, jest to luźne skojarzenie i powiązanie u nas na poziomie nazwy. Ale fakt, że mamy błogosławieństwo polskiego Synchrotronu Solaris, jest dla mnie symboliczny i trudno będzie o lepsze referencje (śmiech).

Miałem przez moment problem ze zdefiniowaniem waszej muzyki – przede wszystkim z „jazzem”, który słychać przy pierwszym kontakcie, ale im dłużej słucham płyty, tym bardziej od jazzu się oddalam – czym dla was jest ten zespół, macie jakąś własną, zespołową definicję?

K: Rozumiem, że chodzi o definicję i określenie co to za muzyka? Definicji nie znam i nawet nie zamierzam jej konstruować. Może ktoś kto się zajmuje pisaniem o muzyce jakoś ładnie to kiedyś opisze, coś usłyszy, zbuduje jakieś ciekawe analogie. Bardzo chętnie czytam takie rzeczy, ciekawe, rzetelne recenzje pisane przez osoby co się na muzyce znają. Czasami są bardzo zaskakujące i inspirujące. To co mówisz, że to jednak nie jest jazz, raczej mi pasuje i chyba wiem o co Ci chodzi, chociaż występują czytelne, jazzowe inspiracje. Tylko co to jest teraz jazz ? Jako perkusistę najbardziej fascynuje mnie oczywiście jazz a dokładnie stylowy be-bop, ale ten sprzed 60-70 lat – tego najwięcej słuchałem przez ostatnie kilka lat i słucham nadal. Oczywiście, to co rozgrywam perkusyjnie na płycie to zupełnie inna sprawa. Zajmując się zestawem, ćwicząc, całkowicie zagrzebuję się w historii. Uwielbiam studiować stare style grania, jak swing, shuffle, be-bop. Kocham to stare, otwarte brzmienie bębnów. Tamci starzy mistrzowie naprawdę potrafili grać. Zresztą, wpisuję się z tym podejściem całkowicie w obecną modę na vintage, czy tzw. retro-manię.

M: Definicji i założenia nie ma. Też chętnie się dowiem jak słyszą to inni. Natomiast idea minimalistycznej sekcji, na tle której snuję różne melodie na saksofonie bardzo mi odpowiada i w jakimś sensie będziemy się pewnie trzymać tej konstrukcji. Podoba mi się, że jest w tym sporo melodii, proste tematy i zabawa formą, w której szczegóły są bardzo ważne, czyli tak jak powinno być.

J: Definiowanie gatunków muzycznych przypomina mi trochę termin „no-jazz”, powstały m.in. dzięki The Lounge Lizards, którzy humorystycznie i w bardzo przewrotny sposób pokazali, że definiowanie muzyki nie jest konieczne, a może prowadzić do bardzo wesołych aka psychodelicznych rezultatów, w których zespół „anty-jazzowy” zostaje zdefiniowany jako zespół jazzowy, ale jednocześnie nie-jazzowy, ponieważ nie gra jazzu jazzowo, a jak wszyscy wiemy, to nie uchodzi (śmiech). Dla mnie Synchrotrony to okazja do wspólnych poszukiwań, wspólnego grania i tworzenia dobrych rzeczy w dobrym towarzystwie.

Synchrotrony_Black Metal Blues_ Mila Nowacka

Zaklinanie węży

Nie sposób rozmawiać o Synchrotronach w oderwaniu od kontekstu współczesnej sceny alternatywnej, która całkowicie wsiąknęła w klimaty improwizowane – czy taki stan rzeczy jest waszym zdaniem związany z tym, że rock alternatywny – czyli z definicji poszukujący – dotarł do ściany a improwizacja stała się dla niego czymś w rodzaju wybawienia z coraz większej stagnacji?

K: Na płycie cały czas improwizujemy, ale są też dokładnie napisane tematy, oraz zaaranżowane, przegadane i ustalone struktury. Z rocka alternatywnego lubię taki stary band This Heat. Niesamowity trans.

M: Muzyka improwizowana jest wciągająca, ale może z powodu mody atrakcyjna bywa często tylko dla wykonawców. Nie mam nic przeciwko temu, też śledzę i lubię, a jeśli trafi się dobry koncert lub płyta to jest lepiej niż świetnie. A rock chyba nie powinien niczego specjalnie poszukiwać, bo formuła dobrej piosenki rockowej jest dla mnie niezmienna od lat, czyli dobre brzmienie, sekcja, tekst. Jednym słowem, musi być poezja (śmiech) i nie ma tu znaczenia, że nie ma w tym nic nowatorskiego, bo ta forma dobrze zagrana zawsze się dla mnie obroni, ponieważ w swojej kategorii jest doskonała. Trudno mi umieścić Synchrotrony na tle Maciek_Rodakowski(fot. CiekaweBrzmienie)tych dwóch kategorii. Na pewno nie gramy rocka, ale też nie gramy muzyki improwizowanej w tym znaczeniu w jakim pytasz, czyli współczesnej sceny alternatywnej. Formy są w większości poukładane, tematy zagrane, improwizacje, mimo, że otwarte, to jednak na konkretnych formach, pomijając krótkie wycieczki poza.

J: Wydaje mi się, że „stara” alternatywa, przynajmniej ta, której słuchałem, zawsze była improwizowana, przynajmniej w jakimś stopniu. Teraz poszukiwania skręciły w trochę inną stronę i moim zdaniem muzyka alternatywna nabiera bardziej minimalistyczno-repetytywnego charakteru. Czy Synchrotrony to improwizacja? Rock? Jazz? Alternatywa? Minimalizm? Nie wiem i nie wiem czy chcę wiedzieć. Zaczynam definiować! Następne pytanie proszę!

Elementem, który podkreśla wydawca i z którym się zgadzam, jest trans, jako element spajający i definiujący puls tej płyty. Jednocześnie trans kojarzyć się może z monotonią co z kolei zaprzecza idei improwizacji – czym zatem jest ów mityczny „TRANS’ dla was jako muzyków?

K: Pierwsze słyszę, że trans przeczy improwizacji, cały be-bop, shuffle, to dla mnie trans, groove! Improwizacja to nie zawsze jest erupcja mega ekspresyjnej gęstwiny na pełnym diapazonie. Można improwizować na jednym dźwięku (śmiech).

M: Trans jest podstawowym elementem, przez który muzyka oddziałuje. Można to też inaczej nazywać, ale pewnie chodzi o to samo. Jeśli muzyka jest go pozbawiona to raczej jej nie słucham. No i można go uzyskiwać na różne sposoby, więc dla mnie to podstawa.

J: Trans i improwizacja absolutnie się nie wykluczają. Improwizacje muzyków, których lubię i słucham, dla mnie zawsze były kontrolowanym transem. Taylor, ICP, scena związana z AACM, Coltrane, Mingus, tańczący Monk – dla mnie to trans, chociaż inni mogą to inaczej odbierać, ale to dobrze. Różni różnie różne odbierają i interpretują; niech tak pozostanie.

Na wesoło – co to za polityczna poprawność, że zniknął tytuł „Nie wal w chuja z artystami”?! To było przepiękne a teraz jest „Na moczarach”. Czego się przestraszyliście?

K: Skoro o tym mówisz, znaczy, że nie zniknęło. Uważam, że to dobry tytuł. Wymyśliłem go w czasie pewnego, delikatnie mówiąc “zatoru płatniczego” (przemilczę szczegóły). Wszyscy, którzy pracują niezależnie w tzw. kulturze, mają za sobą pewnie takie przygody, niestety. Stwierdziliśmy, że chyba lepiej nie przeklinać w tytułach, oraz koledzy mi to wyperswadowali. Ale tytuł, jak widać, żyje własnym życiem i bez muzyki (śmiech).  Jednak “Na moczarach” bardziej pasuje do tego kawałka.

M: Ja się bałem ministra kultury, że nas do Czechosłowacji nie puści na koncert życia. (śmiech)

J: A ja przestraszyłem się pogo na naszych koncertach bo mam astmę i jak ludki ze sceny skaczą przede mną na widownię to mi się źle oddycha. Mam wtedy artykulację kontrolowaną nierównym oddechem i robię dużo glissów: wdech – w górę, wydech – w dół (śmiech).

Płytę wydaje Gusstaff Records, który reklamuje się jako wytwórnia „muzyki niepotrzebnej”. Oczywiście, przekora itp., ale można iść tym tropem i zadać pytanie – dla kogo jest wasza muzyka? Czujecie, że są odbiorcy, którzy zatrzymają się na dłużej przy waszej płycie? A jeśli tak, to jakie to środowiska?

K: Pewnie będą to ludzie, co troszkę już muzyki posłuchali w życiu, może lubią jazz, improwizację, może lubią sambę, może lubią ładne melodie… Ciekawe to jest, bo moje dzieci nucą sobie niektóre tematy, zresztą, ja też.

M: Nie wiem, jakie środowiska. Ktoś kto interesuje się muzyką może jej posłuchać i znajdzie dużo wątków. Nie jest to muzyka trudna w odbiorze, jest sporo ładnych melodii, dużo zabawy i nie ma spięcia, że gramy tutaj nie wiadomo co. Podoba mi się, że bawimy się muzyką w tym trio i to słychać – ta zabawa jest najważniejsza.

J: Odpowiadając przekornie, mogę powiedzieć, że w dzisiejszych czasach zatrzymać się „na dłużej” oznacza maksymalnie na minutę, tylko, że jeżeli ktoś zatrzyma się przy Synchrotronach na minutę to niewiele usłyszy. Dlatego nasza płyta jest dla ludzi,Jacek którzy są strasznie wolni i się nie śpieszą.

Synchrotrony to zderzenie trzech silnych i poszukujących osobowości – w jaki sposób organizujecie sobie zespołową higienę, żeby wszystko dobrze rezonowało? Ambicje indywidualne zostawiacie za drzwiami? Narzucacie sobie jakieś normy współpracy czy idziecie na żywioł?

K: Norm nie ma, jest współpraca, jest ciągły dialog. Muzycy tak mają, że jak chcą ze sobą bardzo grać, to się raczej dogadają.

J: Nam się po prostu dobrze razem gra i pracuje, dlatego nie ma konieczności narzucania jakiejkolwiek norm. Tak jak powiedział Maciek – jest fajna chemia. Ambicja indywidulana w zespole to sprzeczność lekka, no chyba, że zespół nazywa się np. The Best of the best Jan Kowalski Kwintet (śmiech).

Nie ukrywam, że zawsze ciekawi mnie egzystencja muzykantów, w przestrzeni publicznej, prywatnej, tzw.  rzeczywistości – jak sobie radzicie z faktem, że z waszej muzyki – przepraszam za trywializowanie – nie da się utrzymać? Czy zmaganie się z taką oporną, życiową materią was napędza, daje kopa?

K: W zasadzie w przypadku tak postawionej tezy, można by od razu zakończyć całą dyskusję. Cały czas słyszę to tu, to tam, że się nie da. Muzykanci i artyści generalnie mają w naszym kraju delikatnie mówiąc trochę bardziej pod górkę. Systemowo raczej niczego nie widać na horyzoncie, a w takiej branży zwycięzca bierze jednak wszystko. Ale jeśli na samym początku wyjdziemy z założenia, że się nic nie da, to raczej na sto procent się nie da. Jak sobie mocno wbijesz do głowy, że ze swojej działalności nie uzyskasz żadnych przychodów to dokładnie tak właśnie będzie. Jesteś usprawiedliwiony bo się nie da i możesz w sumie nic nie robić. Zmieńmy więc optykę, przestańmy słuchać malkontentów i róbmy swoje.

M: Mamy świetnego menadżera – Krzyśka mam na myśli – super wydawcę, wspaniałą okładkę i równie wspaniałe video. Koncerty w nadchodzącym czasie i ambitny plan na ciąg dalszy. Do tego błogosławieństwo Synchrotronu Solaris i niewiele więcej mi potrzeba. Jak będzie trzeba, to pojedziemy do czakramu w Krakowie.

J: Tak naprawdę wszystko się da, ale trzeba być konsekwentnym, systematycznym, metodycznym i zdecydowanym realistą.

Muzyka jest środkiem, czy celem… Do czego?

K: Muzyka jest Życiem!!

M: Środkiem do celu.

J: Muzyka jest po prostu potrzebna.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu

Grafika: Mila Nowacka

Awatar: fragment okładki autorstwa Piotra Rubieckiego ( „Misterium Manewrów” 2015)