SWANS – Płonący świat łabędzi…

Nie myślę, aby naszą misją było nauczać kogokolwiek…

This money’s flesh in your hand. When you pay, you’re a servant… Nic mądrzejszego nie przyszło mi do głowy, niż sentencja z utworu “Money Is Flesh” z płyty “Holy Money” legendarnej formacji SWANS. Dlaczego wracam do prehistorycznego nagrania z 1986 roku? Przecież dla współczesnego, młodego odbiorcy to czasy absolutnie zamierzchłe, przykryte tak olbrzymią warstwą kurzu, że trudno im dostrzec choćby kontury epoki, w której swoje obrazoburcze wizje przedstawiały nowojorskie Łabędzie. Powód jest bardzo prosty – zespół powrócił i nawet jeśli uznamy ten powrót za co najmniej kontrowersyjny, warto cofnąć się do wydarzeń sprzed lat i muzyki, która do dzisiaj budzi zrozumiałą konsternację i grozę…

Zęby, ślina i krew…

Trudno w krótkim tekście opowiedzieć historię tego niesamowicie barwnego zespołu, trudno ująć w kilku zdaniach idee, perypetie i dokonania kolektywu, który poruszył skostniałą muzykę punk, by wydobyć na światło dzienne zręby industrialu. Zacząć należy od nowojorskiego podziemia. Podziemia, które, jak żadne inne potrafiło generować dekadenckie potwory, obrócić muzykę do góry nogami, zdematerializować, by w końcu zbudować ze szczątków zupełnie nową jakość. Nieprzypadkowo w tym samym miejscu i czasie swoje poszukiwania rozpoczynali wizjonerzy z Sonic Youth. Trudno pominąć wspólną historię, bo każdy z tych zespołów stworzył własny, łatwo rozpoznawalny kanon muzyczny, który do dzisiaj nie został przez nikogo podrobiony. Wracając do SWANS. Liderem, mózgiem, jedynym, niezmiennym członkiem i guru pozostaje Michael Gira. Jego postać wychynęła z mroków, pojawiając się na nowojorskiej ulicy z bagażem doświadczeń, które w dużej mierze zdecydowały o środkach wyrazu, jakie znalazły się na pierwszych krążkach SWANS. Gira to niepokorny syn punka, chuligan, który przemierzał w wieku nastu lat stopem Europę, kradł, ćpał, w końcu wylądował w izraelskiej kopalni, skąd trafił do więzienia. Przeżycia za kratkami wygenerowały pierwsze przemyślenia – „Jest to dla mnie miejsce ograniczone – wspominał po latach – wyizolowane a jedyną rzeczą, jaką posiadasz na własność, jest czas. Czas jako wyizolowana próżnia. Zawsze uciekałem od ludzi i pobyt w więzieniu pewne rzeczy mi uwypuklił...”

Kiedy w 1982 roku pojawił się w Nowym Jorku, oprócz życiowych doświadczeń miał także muzyczne – zdążył zagrzać miejsce w punkowych zespołach o nic nie mówiących nazwach Little Criples czy Circus Mort, studiował na akademii sztuk pięknych i udzielał się jako dziennikarz w lokalnych magazynach muzycznych w Los Angeles. W NY krótko współpracuje z Lydią Lunch i Glennem Branca, by wreszcie stanąć na drodze Normana Westberga i Roli Mossimanna.

Nie można owijać w bawełnę. Debiutancki album SWANS „Filth” to esencja zła, brudu i wyzwania rzuconego upadającemu punkowi, zapowiedź eksplozji noise a także bezkompromisowe odarcie sztuki z niepotrzebnego lukru i tłuszczu. To dźwiękowy opis ludzkiego upodlenia, poniżenia, beznadziei, dźwięki dominacji i poddaństwa. „Każdy ma pewien pokład bólu i chęć wyrażenia jego zwierzęcej natury – tłumaczył przed laty Gira – bierzesz esencję nędzy twojego życia i wkładasz ją w to, co robisz. Podstawą tego, co robię jest chęć wyplucia represji i ucisku, ze mnie i z innych ludzi

Teksty sprowadzają się do komunikatów, deklamacji i pojedynczych słów, które stanowią esencję przekazu muzycznego – „Powtarzam cały czas te same słowa – opisuje swoje podejście Gira – to jest jak wbijanie ich w coś czy kogoś. Nie są one opisowe, nie opowiadam niczego. To jakby bloki betonu”. Muzycznym ideałem tych lat było granie na granicy wytrzymałości. Ludzie uciekali z koncertów zespołu, nie mogąc znieść dźwiękowej nawałnicy. Sam Michael twierdzi, że dobry koncert to taki, na którym i publiczność i zespół zatracają się w dźwiękach, wpadają w trans. Chociaż pojmowanie zespołu jako jedynie prowokacyjnego, przez swoją głośność, denerwowało lidera – „Nienawidziłem takiego pojmowania SWANS. Chociaż interesowałem się różnymi aspektami dźwięku. Ciało nie czuje częstotliwości basu, dopóki nie mają one odpowiedniej głośności. Pokaz musi być fizyczny. Kiedy widzę kogoś na scenie chcę, żeby wkładał coś w publiczność. Chcę coś otrzymać. Dlatego podczas koncertów chcemy być szczerzy i uczciwi, jak to tylko możliwe. Ale reakcja ludzi mnie nie interesuje, nie lubię większości ludzi, gdy spotykam się z nimi twarzą w twarz…”. Tym bardziej, że muzyka w gruncie rzeczy jest bardzo fizyczna, generowana przez tradycyjne – na razie – instrumentarium. Potwierdza to druga płyta „Cop”, która zawiera bardziej gitarowe, uporządkowane, ale równie upiorne kompozycje.

Dzieci boga…

Przełom to rok 1985, kiedy do grupy dołącza Jarboe, wokalistka, miłośniczka klasyki, zwolenniczka samplingu. Być może dodanie muzyce SWANS głębszego wyrazu i nieco ciepła było ryzykowne, jednak z perspektywy czasu okazuje się, że wyrafinowanie było tylko dodatkowym ciosem w twarz, jedynie technika zadawania bólu nieco się zmieniła. Co ciekawe, podejście Giry znakomicie zazębiło się z nowymi pomysłami Jarboe, zaś sam zainteresowany dość zgrabnie wyplątywał się ze znamion przeszłości – „Nigdy nie zaakceptuję terminu hałas w stosunku do muzyki SWANS. Dlatego, że oznacza on niezorganizowany chłam. W naszym zespole wszystko jest dopracowane, zdyscyplinowane. Także kiedy zaczynaliśmy nie chodziło mi o chaos, a nasz dźwięk zawsze był uporządkowany”.

Nowy odcinek drogi został sfinalizowany ep – kami „Time Is Money” i „A Screw”, które wprawiły słuchaczy w osłupienie, podobnie jak doskonałe płyty „Greed” i „Holy Money”. To już inny zespół, inna melodyka i zupełnie inne eksponowanie instrumentów. Paradoksalnie, użycie taśm i samplerów jeszcze bardziej odhumanizowało i tak zimne brzmienie grupy, wprowadzając duszny, industrialny zgrzyt w kompozycje. Jakby w reakcji, pojawiają się też pierwsze wokalne wypowiedzi Jarboe, wyraźnie nawiązujące do soulu i blues’a. Takie zestawienie zapewniło grupie zainteresowanie słuchaczy, bo choć część dawnych fanów odwróciła się od zespołu, znalazło się sporo nowych osób, które odkryły w muzyce SWANS nowy wymiar. Najlepszy okres działalności zamyka płyta „Children Of God”, ogniskująca w sobie wszystkie aspekty poszukiwań muzyków. Od brutalnego acz monumentalnego industrialnego uderzenia, po duże wokalizy Jarboe. Od eksperymentu do klasyki, zaś bez zmian pozostał przekaz, odchodzący nieco od dotychczasowej formy, nadal jednak będący bardziej komunikatem niż poezją. Tematycznie płyta oscyluje wokół relacji Boga i człowieka oraz życia i religii. Finalną konstatacją jest człowiek, który ze swojego udręczenia tworzy boga, czci go, by w końcu uwierzyć, że to   wykreowane w głowie bóstwo jest jego stworzycielem.

W ten sposób kończy się najbardziej klarowny okres w działalności zespołu. Gira tworzy SKIN, w którym wraz ze swoją partnerką penetrują bardziej elektroniczno – akustyczne terytoria, jest to intymna, delikatna muzyka, odarta z drapieżności macierzystego zespołu.

W 1989 roku grupa podpisuje z wytwórnią MCA kontrakt, którego efektem jest spora frustracja muzyków, pierwszy raz stykających się z „dużym” biznesem, oraz płyta „The Burning World”. Obiektywnie doskonała porcja akustycznej muzyki, inspirowanej głównie country, rockiem i bluesem nie ma w zasadzie nic wspólnego z dawniejszym obliczem SWANS. Chociaż charakterystyczna melodyka i nastrój pozostają, jest to już inny zespół. Kolejne płyty „White Light From The Mouth Of Infinity” oraz „Love Of Life” to dzieła zdecydowanie ciekawsze, monumentalne, choć z industrialem nie mające raczej nic wspólnego. Co zresztą nie obchodzi Girę – „Kiedy mam pomysł, realizuję go, nie zastanawiając się, w jakim kontekście się znajdę. Robię to i przechodzę do innych rzeczy. Stara muzyka SWANS to prefabrykaty, nienaturalne elementy dźwiękowe. Nowe nagrania składają się z elementów, które przetrwały z dawnych lat – country, blues czy muzyki średniowiecznej. Dla mnie muzyka to przede wszystkim droga wyrażania swoich uczuć. Dlatego staram się na ostatnich płytach skonstruować łańcuch dźwięków, które będą budować pewną atmosferę…

SWANS are dead…

Trudno nie odnieść także wrażenia, że od tej pory rozpoczyna się powolny, ale nieustanny zjazd w dół. Kolejne płyty, niezależnie, czy to projekty solowe, czy też albumy SWANS, nie są w stanie znieść konfrontacji z przeszłością. Chociaż zdarzają się wyjątki, jak świetny „The Great Annihilator” z 1994 roku. Ostatnia płyta SWANS to „Soundtracks For The Blind”, zawierająca  ponad dwie godziny muzyki bardzo nierównej – od świetnych utworów po fragmenty wyrwane z kontekstu, loopy, niepublikowane wersje starych kawałków. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to raczej kompilacja niż organiczny, premierowy materiał. Odbiciem muzyki są też wypowiedzi lidera, w których coraz częściej pobrzmiewa gorycz – „Ludzie, tworzący sztukę mają naprawdę ciężkie życie. Ktoś obok robi kupę forsy a większość z nich musi w zasadzie walczyć o byt. Tak wygląda ta cała gra – musisz zorientować się w sposobach na przetrwanie i dalej pracować… Moje życie codzienne jest jak kupa gówna. To bezustanna walka o środki do życia, o pieniądze. Ciężkie i trudne życie. Muzyka przynosi trochę pieniędzy, ale to nie powód dla którego ją robię. ”.

SWANS ostatecznie przestał istnieć w 1997 roku, pozostawiając po sobie koncertowe podsumowanie, jakże sugestywnie zatytułowane „SWANS Are Dead”… Sam lider zajął się swoimi projektami, z których najdłuższy żywot miał Angels Of Light, z którym artysta nagrał szereg ciekawych, choć raczej niszowych płyt, dotarł także do Polski, dając bardzo dobry koncert wraz z towarzyszącymi mu wówczas muzykami projektu Akron/Family, pokazując swoje zdecydowanie dojrzałe i akustyczne oblicze. Nie da się jednak ukryć, że o ile SWANS nawet w gorszych odsłonach przyciągali uwagę, o tyle działania Angels Of Light miały mniejszą siłę rażenia, choć nie wiązało się to z muzyką a raczej dużo bardziej introwertycznym charakterem tych dźwięków i małą szansą na promocyjne zabiegi, od których sam Gira raczej skutecznie stroni.

Ku przyszłości

Podejrzewam, że w przyszłości i tak będę nosił piętno tej nazwy” – powiedział Michael, kończąc działalność SWANS, nie zdając sobie sprawy, jak prorocze są to słowa. Skromnie wyglądający, starszy pan nie miał pewnie zbyt wielu szans na godne życie z własnej, jakże ekscytującej pracy i zapewne wątek egzystencjalny przewijał się będzie podczas rozmów odnośnie sensacyjnego reaktywowania SWANS  i informacji na temat nowej płyty. Sam lider dał zresztą jasno do zrozumienia, że najpierw chcą pograć nieco akustycznych setów i zbierać pieniądze na nagranie płyty. Która miała zostać stworzona przez doborowe towarzystwo. Gira pod swój stary – nowy szyld zaprosił nie byle kogo – sam współtwórca brzmienia legendarnej formacji Norman Westberg pojawił się znowu u boku lidera, a towarzyszą mu znani z Angels Of Light Christoph Hahn, Phil Puelo, Thor Harris i mniej znany basista Chris Prawdica. Nie pojawiła się natomiast sama Jarboe. Zapewne wątek osobisty, neurotyczny charakter Giry i wiele nie zamkniętych spraw z przeszłości wpłynęły na to, by nie zaprosić do reaktywowanego zespołu osoby odpowiedzialnej za – bądź co bądź – najlepsze i najbardziej znane oblicze Łabędzi. Sama niegdysiejsza współliderka zespołu radzi sobie zresztą całkiem dobrze, jawnie flirtując z ciężkimi brzmieniami i nagrywając albumy dobre i prawie wybitne, czego przykładem może być ostatnie dzieło „Mahakali” (wydane pod skrzydłami molocha Season Of Mist…) i trasy koncertowe, odbywane w towarzystwie muzyków takich awangardowych formacji jak chociażby Cobalt.

Sama płyta SWANS na początku nie budziła entuzjazmu – pierwsze próbki udostępnione słuchaczom wskazywały raczej na akustyczny trop Angels Of Light niż na powrót do zamierzchłej przeszłości. Wszelkie spekulacje rozwiane zostały pod koniec września, kiedy miała miejsce skromna premiera płyty „My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky”. Płyty, jak cała dyskografia SWANS, niejednoznacznej, nieprzewidywalnej. Nie wracającej do przeszłości, będącej za to raczej zbiorem najlepszych elementów, jakie w swojej bogatej twórczości pokazał światu Michael Gira. Obok industrialu jest sporo dobrego, bogatego brzmienia nawiązującego do późnego okresu twórczości Łabędzi, są znakomite instrumentacje. Przede wszystkim słychać zaś życiową dojrzałość niemłodych muzyków, którzy zebrali swoje doświadczenia i grają w swój bardzo rozpoznawalny, hipnotyzujący sposób. Premiera płyty była raczej cicha, choć na razie recenzje są entuzjastyczne. Prawdziwym sprawdzianem będą jednak koncerty, które zmuszą Girę do sięgnięcia głęboko wstecz, bo chyba żaden szanujący się fan SWANS nie wyobraża sobie braku klasyków z pierwszych płyt podczas spotkań na żywo. A jaka będzie rzeczywistość dowiemy się już w grudniu, kiedy to w Polsce pojawi się z dwoma koncertami SWANS i będzie to druga wizyta grupy , która odwiedziła nas kraj po raz pierwszy w latach 80 – tych. Mam nadzieję, że we Wrocławiu i w Warszawie pojawi się choć kilka osób, które miały przyjemność obejrzeć występ zespołu w czasach jego niekwestionowanej świetności…

Tekst Arek Lerch