SUNNATA – Jesteśmy zespołem niezależnym

Jeszcze za wcześnie na lizanie się po fiutach – stwierdził ostatnio znajomy, cytując Winstona Wolfa, kiedy chwaliłem warszawską Sunnatę, mówiąc, że nie ma w Polsce drugiej kapeli z takim potencjałem. Postęp jaki poczynili w ciągu ostatnich dwóch lat jest naprawdę spory i, zakładając dalszy rozwój w takim tempie, naprawdę myślę, że będzie to niedługo wielka nazwa. Nim to jednak nastanie, przeczytajcie wywiad, z którego dowiecie się min. dlaczego hasło sex, drugs & rock’n’roll należy… no właśnie…

„Zorya” to pewnym sensie wasz debiutancki album?

Robert: Po części tak, bo to pierwszy album skomponowany w 100% przez ten skład.  Michał: Mieliśmy pełną kontrolę nad tym krążkiem, czego nie można powiedzieć o poprzednim nagraniu. Część kawałków na Climbing The Colossus powstała jeszcze zanim wyszła ep-ka Satelite Beaver.

Utwory na „Zoryi” są znacznie dłuższe. W ogóle zauważyłem, że 3 ostatnie numery mają niemal identyczną długość. Przypadek?

Robert: Zupełny. Wiesz, przy naszym zamiłowaniu do tego, aby utwory rozwijać powoli, 10 minut to nie jest wyzwanie. A jeszcze chciałoby się to przeciągnąć.  Michał: Wiele osób mówi nam, że słuchają tej płyty po kilka razy i wcale ich to nie nudzi.

Nagrywanie długich kawałków nie jest nieco ryzykowne? Ludzie strasznie szybko się dzisiaj nudzą, są nastawieni na szybką konsumpcję Sunnata live1raczej.

Szymon: Kompletnie się tym nie przejmujemy.  Robert: Wojciech Mann zapewne nie przeznaczy na nasz kawałek 12 minut ze swojego czasu antenowego, ale nie obchodzi nas to (śmiech).

Chodzi mi raczej o to, że w dzisiejszych czasach słucha się muzyki nieco inaczej niż dawniej. Mało kto siada i po prostu słucha, za dużo bodźców do nas dociera.

Robert: Z drugiej strony ludzie są teraz bardzo mobilni i mają dostęp do muzyki cały czas – odpalą sobie na telefonie Spotify i słuchają płyty w trakcie drogi do pracy. A słuchanie muzyki w domu jest dzisiaj luksusem i może to właśnie z tego wynika popularność winyli. Czasy się zmieniają, ale ludzie się do nich dostosowują.

Wydaje mi się, że jesteśmy w takim momencie jeśli chodzi o muzykę, że szufladkowanie jej ma sens mniejszy niż kiedykolwiek.

Robert: Nigdy nie miało sensu. Jasne, że to ułatwia wiele rzeczy, ale potrafi być krzywdzące. Wszystko zależy od punktu widzenia. Spotkałem się z wieloma opiniami na temat naszej muzyki. Każdy człowiek ma zupełnie inny punkt odniesienia, zależnie od tego, z jakiego środowiska muzycznego się wywodzi – dla niektórych metalowców brzmimy jak Celtic Frost, dla ludzi, którzy słuchają stonera brzmimy jak Fu Manchu, dla ludzi słuchających grunge brzmimy jak Alice In Chains.  Michał: Spotkaliśmy się też z porównaniami do Tool.  Szymon: A ja nie znoszę Tool (śmiech).

Przeszło mi ostatnio przez myśl, że granie koncertów może przeszkadzać w tworzeniu sztuki. Zamiast pisać nową muzykę jeździsz i grasz setki razy te same utwory.

Szymon: To zależy od tego, w jaki sposób zespół tworzy. Są takie, które spotykają się, stwierdzają, że nagrają płytę i robią to w ciągu tygodnia. Możliwe, że są takie zespoły. Natomiast w naszym przypadku, kiedy regularnie spotykamy się na próbach, gramy jeden motyw przez rok i on ciągle się rozwija do momentu, w którym mamy gotowy utwór, to raczej tak nie działa. Nikt z nas chyba nie powie, że koncerty przeszkadzają. Są one raczej taką odskocznią od pracy na próbach i po prostu sprawiają nam frajdę. Zresztą, zdarzało nam się grać na koncertach utwory, które nie były jeszcze w pełni gotowe i mogliśmy sprawdzić, jak publika na nie reaguje. Robert: No i kiedy często grasz koncerty, to nie musisz tego materiału jakoś specjalnie na próbach wałkować. Występy są też w pewnym sensie uzupełnieniem pracy z utworem.

Jesteście zespołem niezależnym? Co rozumiecie przez to pojęcie?

Szymon: Jeszcze niedawno byliśmy w pełni niezależni, pod każdym względem, ale od pół roku współpracujemy z człowiekiem, który ogarnia nam koncerty. To w sumie jedyna osoba, z którą regularnie kooperujemy i mamy dogadane jakieś warunki współpracy.  Robert: Udało mi się to wszystko tak jakoś poukładać, że nie potrzebujemy pieniędzy z zewnątrz. A odpowiadając na pytanie – tak, jesteśmy zespołem niezależnym.

I co wam ta niezależność daje?

Robert: Nic (śmiech).  Szymon: To, że możemy o tym powiedzieć w wywiadzie. Michał: I że możemy się poczuć dumni! Robert: A w recenzji możecie napisać, że wydanie własne. A tak poważnie, to najwięcej dawała nam na początku. Dzięki temu, że robiliśmy wszystko samodzielnie, nauczyliśmy się wszystkich mechanizmów rządzących tym rynkiem na własnej skórze i z większą świadomością możemy to teraz dawać komuś na zewnątrz. Wiemy, czego możemy oczekiwać, jakie mogą być koszty i tak dalej.  Szymon: Z niezależnością wiąże się dużo pracy. Musisz mieć rozeznanie, musisz wielu rzeczy szukać na własną rękę. Wiele jest zespołów, których praca muzyka sprowadza się do bycia muzykiem – i wtedy to jest zespół zależny (śmiech).  Michał: No tak, bo nam dochodzi cała otoczka, o której się nie mówi – np. kompletowanie zamówień na merch. Sami jesteśmy swoimi kierowcami, swoimi tour managerami, mamy masę obowiązków.  Szymon: Wiąże się z tym też duże ryzyko, bo jesteśmy narażeni na kooperację z ludźmi, którzy chcą na nas jedynie zarobić. Często na pierwszy rzut oka taka współpraca wydaje się ciekawa, ale gdy się jej bliżej przyjrzysz, zastanowisz się nad faktami i odseparujesz emocje, dochodzisz do wniosku, że gość chce cię po prostu zrobić w chuja. Nie mówię, że robią tak wszyscy – są i ludzie, którzy współpracują pro bono i liczy się dla nich raczej co innego, ale większość – szczególnie jeśli chodzi o wydawanie płyt czy bookowanie koncertów – chce mieć z tego jakiś profit.

Jesteśmy zespołem niezależnym

Jesteśmy zespołem niezależnym

Nadejdzie kiedyś taki moment, w którym będziecie musieli mieć menadżera?

Robert: Oby! Chcielibyśmy. Zresztą, chyba każdy zespół w głębi duszy marzy o tym, aby być „zależny” i zajmować się jedynie muzyką, bo przecież to właśnie proces twórczy przynosi najwięcej frajdy.  Michał: Wiadomo, że teraz każdy z nas ma pracę i masę innych spraw na głowie, więc fajnie by było móc oddelegować część obowiązków związanych z zespołem komuś innemu.  Robert: Prowadzenie działalności niezależnego zespołu na pełnych obrotach – a wydaje mi się, że tak właśnie działamy – to prawie jak prowadzenie małej firmy. Jest kilka osób, każda z ma swoją działkę, swoje zadania i cały czas cyklicznie popychamy sprawy do przodu. Przez ostatnie dwa lata naprawdę dużo się u nas wydarzyło. Michał: Poważnie do tego podchodzimy, to chyba kluczowy element tego wszystkiego. Szymon: Spotykam wielu ludzi, którzy mówią coś w stylu: Nooo, gramy sobie w sali prób, ale bez spiny, man, co wyjdzie to wyjdzie... Jest mnóstwo bardzo dobrych zespołów, które nie odniosły sukcesu, ponieważ ich członkowie tak właśnie do tego podchodzili. W jakimś tam stopniu muzyka obroni się sama, ale trzeba jej pomóc. Jest teraz tyle narzędzi, które można wykorzystać do promocji, że głupio byłoby z nich nie korzystać.  Robert: Młode zespoły mają dzisiaj znacznie łatwiejszy start niż dawniej.  Szymon: Łatwiej się wypromować, ale jest dużo większa konkurencja.

Czasy „sex, drugs and rock&roll” chyba już minęły.

Szymon: Jebać to hasło! Robert: Zgadzam się z przedmówcą (śmiech). My pod tym względem jesteśmy wyjątkowo mało rozrywkowym zespołem – nie chodzimy zaćpani, staramy się nie spóźniać i pijemy herbatki przed koncertem. To wynika z naszego podejścia. Jeżeli są ludzie, którzy chcą zorganizować nam koncert – oczywiście możemy odwalić popelinę, nawalić się w trzy dupy i ledwo dojechać na występ – ale to byłoby po prostu słabe. Wyraz braku szacunku, dla ludzi, którzy inwestują swój czas i swoje chęci po to, aby zrobić coś dla ciebie. Ktoś wypruwa sobie żyły, żeby dobrze wypromować twój gig, a ty przychodzisz i dajesz dupy. To całe „sex, drugs and rock&roll” to już skansen. Lemmy sobie mógł mówić coś takiego. To sobie funkcjonuje jako taka klisza typu Steel Panther, nic więcej.  Szymon: Jakiś czas temu jechałem ze Stoned Jesus jako kierowca – grali wtedy w Rydze, a przed nimi grał jakiś tam zespół, którego nazwy już nie pamiętam. Ten ich suport zachowywał się mniej więcej tak, jak zachowują się narąbane albo naćpane zespoły. Podchodzili do Stoned Jesus i próbowali zagajać, wiesz: Czemu nie jesteście tacy jak my!? Oni tłumaczą im, że to nie o to w tym chodzi. Jak to nie? Przecież tak robiły wszystkie wielkie zespoły! Oczywiście, występ Ukraińców wyszedł znacznie lepiej, chociaż na trzeźwo, a support szału nie zrobił, no i chłopcy podeszli po koncercie do Stoned Jesus – nie wiem dokładnie o czym rozmawiali – i przyznali im rację.

Wy też koncertowaliście po krajach bałtyckich – jak to wyglądało?

Robert: Małe kraje, ale np. w Estonii ludzie kupują merch, jakby w życiu koszulki na oczy nie widzieli. Bardzo ciekawa publiczność.

To dosyć nietypowy kierunek.

Robert: Wszyscy myślą, że żyją tam tylko niedźwiedzie, a tu się okazuje, że są też ludzie (śmiech).

Sam organizujesz koncerty – to chyba nieprzewidywalna branża.

Robert: Mamy bardzo fajny czas jeśli chodzi o takie brzmienia. Stoner/doom i pokrewne bardzo się ostatnio popularyzują, a mi udało się zebrać wokół tego całkiem fajna społeczność. Myślę, że nie mamy się czego wstydzić i być może to z naszych kompleksów wynika to, że nie dostrzegamy jak wielu ludzi chce u nas przychodzić na koncerty. Przykład – ostatnia trasa Stoned Jesus, Dopelord, Sunnata – 2/3 gigów wyprzedane. Zdaję sobie sprawę, że trzeba brać pod uwagę także oddziaływanie headlinera, ale jednak sukces był olbrzymi. Czas jest dobry. Wierzę w to, że gdy ktoś jest konsekwentny w tym, co robi, odniesie sukces.  Michał: Tak się właśnie zastanawiam… Wielokrotnie są takie koncerty, gdzie jest zajebisty zespół, a przychodzi na niego 20 osób.Sunnata live

Od czego to zależy?

Michał: Od promocji, terminów – poniedziałek o godzinie 19 to raczej średnia pora.  Robert: Zależy czy mówimy o dużych składach i uznanej renomie, czy małych składach i dużym potencjale.

Pamiętam, że w 2011 w Krakowie miał grać Monster Magnet, ale koncert odwołano, bo bilety się nie sprzedawały.

Robert: Gdyby poczekali jeszcze ze dwa lata, pewnie odwoływać by nie musieli. Zresztą w 2008r. kiedy grali w Warszawie z Nebulą, Stodoła była ubita.  Michał: Ale 3 lata później odwołali…  Robert: 2011 to był generalnie ciężki rok dla stonera.

Dlaczego?

Robert: W 2008 i 2009 był spory boom, powstało wiele kapel i nawet na lokalnych gigach miałeś 100, 150 osób. Przez następne 2, 3 lata panowała posucha – być może przez to, ze ludziom się pewne rzeczy znudziły i osłuchały – ale mniej więcej od zeszłego roku ta popularność wraca. Być może Monster Magnet trafiło wtedy na zły moment, trudno powiedzieć. Znam mnóstwo kapel, które są zajebiste, chcesz zrobić koncert, ale masz świadomość, że przyjdzie 20, 30 osób. Nic z tym nie Sunnata live 2zrobisz. Jeśli jednak zespół ma potencjał, na pierwszym gigu będzie 30 ludzi, na drugim 60, a na trzecim ze 150.  Szymon: Tak właśnie było ze Stoned Jesus. Na początku grali dla 15 osób, potem 30, 100, aż doszli do poziomu, na którym sprzedają po 600 biletów.

To jeszcze wracając do muzyki na koniec – na „Zoryi” jest znacznie mniej agresji niż na „Climbing The Colossus”. Z czego to wynika?

Robert: Traktuj „Zorya” jako naturalny krok w naszym rozwoju. „Climbing The Colossus” był znacznie bardziej sludge’owy – taki kop prosto w mordę, a „Zorya” jest bardziej klimatyczna i ciężka.

Jakie plany na przyszłość? Zagracie przed Mastodon?

Robert: Ten post żyje już własnym życiem, każdy nas o to pyta. Skąd mam wiedzieć? Mastodona zapytaj (śmiech). Co do przyszłości – w wakacje gramy kilka festiwali. Chcemy też nakręcić wideo, które pojawi się niebawem i zablokować jakąś dłuższą trasę na październik. Musi się kręcić. Odzew po premierze ostatniej płyty jest spory i jesteśmy za to wdzięczni . Plany są takie, żeby iść do przodu.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu/Rasaa Etten