STRANGE CLOUDS – Po pierwsze: wytrwałość

Powstali ledwie dwa lata temu, a mają już za sobą wspólne koncerty z Death Hawks czy Sienna Root, natomiast przed sobą – granie z Yuri Gagarin i, być może, sukcesy jeszcze większe. Po wydaniu ep-ki „Calm Before The Storm” poznański kwartet nie zwalnia tempa i obiecuje nową porcję muzyki. O debiutanckiej płycie, Pink Floyd, nagrywaniu w komorze bezechowej i kilku jeszcze tematach rozmawiam ze Strange Clouds.

Na początek powiedzcie mi, jak to było z nagraniami w Instytucie Fizyki UAM.

Grzegorz: Zgłosiło się do nas trzech studentów reżyserii dźwięku, którzy przygotowywali swoją pracę licencjacką – miała ona polegać po prostu na nagraniu muzyki w studio na wydziale fizyki. Oni wymyślili sobie, że podejdą do tematu ambitniej i nagrają nas w komorze bezechowej. Pomysł był nowatorski i bardzo się zapaliliśmy, ale – jak to bywa na studiach – prowadzący są różni. Kadra uczelniania raczej nie podzielała entuzjazmu studentów. Promotorzy stwierdzili, że nie ma co kombinować, trzeba nagrać tak jak zwykle nagrywają wszyscy.

Do nagrania ostatecznie doszło?

Kajetan: Nagrania będą w czerwcu i wydamy je w formie jakiejś mini ep-ki, ale to będzie praca w tradycyjnym studio.

Ktokolwiek wcześniej nagrywał w komorze bezechowej na Morasku?

Grzegorz: Chyba nie. Tym bardziej szkoda, że pomysł nie wypalił. Wydaje mi się, że nie brzmiałoby to jakoś zupełnie inaczej, ale na pewno taka sesja byłaby ciekawym doświadczeniem. W ogóle myślę, że komora bezechowa rozwiązałaby sporo technicznych problemów. Przy nagrywaniu często decydują detale – kiedy na przykład położysz wzmacniacz gitarowy na twardym podłożu, chociażby podłodze bez dywanu, odbicia od powierzchni zakłamują brzmienie. Tam tego typu kłopotów nie ma. Zamiast podłogi w powietrzu zawieszona jest siatka, dodatkowo ściany pomieszczenia pokryte są jakby poduszkami, które momentalnie wygłuszają dźwięk – nie ma tam prawie żadnych odbić.Band

Przez co muzyce może brakować przestrzeni.

Kajetan: Nie wyobrażam sobie nagrywania perkusji w takim pomieszczeniu.

Grzegorz: Tak, trzeba by ją nagrać w normalnym studio, albo dodać pogłos w postprodukcji. Co innego wokal – przecież podczas rejestracji ścieżek wokalnych izoluje się je jak najbardziej, starając się niemal zupełnie wyeliminować echo, dodając je dopiero później.

Kajetan: No ale nie wypaliło. Może się do nas jeszcze zgłoszą, kiedy będą robić magisterkę.

Dlaczego nie zdecydowaliście się na zrobienie z „Calm Before The Storm” normalnej, długogrającej płyty?

Kajetan: Chcieliśmy zamknąć pewien etap w historii Strange Clouds i uznaliśmy, że te pięć utworów idealnie się do tego nada. Gdybyśmy dograli jeszcze jeden numer, wyszedłby nam tradycyjny krążek, który moglibyśmy nazwać debiutem, takim z krwi i kości, ale ten kolejny kawałek byłby już następnym etapem, przez co na „Calm Before The Storm” by nie pasował.

Grzegorz: Ta ep-ka to tylko, nomen omen, cisza przed burzą. Na płycie długogrającej to dopiero dowalimy!

Kajetan: Samo nagrywanie „Calm Before The Storm” było dla nas ważnym doświadczeniem, które wielu rzeczy nas nauczyło i zmieniło nasze podejście do wielu aspektów.  Na początku graliśmy smuty, teraz jest w naszej twórczości trochę więcej energii. Dla nas istotne jest też to, że trudno nam przypiąć jakąś oczywistą łatkę – że gramy stoner czy doom. Nie zamykamy się w jednym gatunku.

Sporo nowych stonerów to granie klimatem, taka muzyka w tle do palenia zielska.

Kajetan: Bo stoner jest w modzie. Powstaje i będzie powstawać dużo przeciętnych kapel, ale to fajne, że ludzie się garną do grania i mają na tym polu jakieś ambicje – chociaż z tym też nie można przesadzać, bo o rozczarowanie nietrudno. Kilka dni temu napisał do nas młody, warszawski zespół z prośbą, abyśmy opisali im, w jaki sposób ten biznes działa. Bo oni zaczynają i nie wiedzą, co mają robić. Dobrze, że podpytują – lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych, ale goście mówią mi, że chcieliby zagrać trasę po Europie, a w ogóle najchętniej to wyszliby poza kontynent. Cóż, póki co nagrali demo.  Moim zdaniem najpierw trzeba się skupić na własnym podwórku – jesteś najlepszy w mieście, później w województwie, w kraju i wtedy możesz podbijać świat, ale nie da się tych pierwszych etapów przeskoczyć. Inna sprawa to social media – o to też trzeba dbać. Jeżeli jakaś kapela ma 100 lajków na FB, to trudno jej będzie walnąć trasę po Europie (w momencie kiedy są totalnymi noł nejmami bez żadnych pleców). Ja wiem, że te lajki nic nie znaczą, ale agencje mogą  na to patrzeć. Ale to tylko moja wizja – przecież nie ma przepisu na odniesienie sukcesu. Każdy orze jak może.

Grzegorz: Kajetan to nasz zespołowy spec od mediów społecznościowych i organizacji koncertów.On to wszystko ogarnia.

Kajetan: W dzisiejszych czasach bez tego ani rusz. Wiem, że nie wszystkim się to podoba, że to dla niektórych niezgodne z jakimiś tam podziemnymi ideałami, ale takie są realia. Będziesz olewał social media, to słuchacze będą cię mieli w dupie – zapomną o tobie. Kiedyś były słupy ogłoszeniowe i reklamy w gazetach, teraz jest Facebook i Instagram i inne pierdoły. Live

No i Bandcamp…

Kajetan: Mam wrażenie, że Bandcamp w Polsce jeszcze raczkuje. Przez Bandcampa płyty kupują od nas ludzie z Japonii, Australii, Kanady – dosłownie z całego świata, a z Polski praktycznie nikt.

Czarek: Tak samo jest z Rah Pitią.

Kajetan: Chociaż trzeba przyznać, że jeśli chodzi o inne formy dystrybucji, to na sprzedaż w kraju nie narzekamy. Scena jest mocna, a wsparcie ze strony słuchaczy spore.

Pytanie, jak długo tak będzie.

Kajetan: Zdania są podzielone; niektórzy twierdzą, że hype już powoli wygasa, ale mnie się wydaje, że boom dopiero nadejdzie. Widzę, że coraz więcej osób wchodzi w tę muzykę i łapie klimat. Zauważ, że my nadal jesteśmy lata świetlne za Niemcami czy Szwecją.  70% procent najlepszych kapel to Skandynawia albo nasi zachodni sąsiedzi. Co roku pojawia się przynajmniej kilka totalnie zajebistych kapel z tych rejonów, weźmy chociażby Yuri Gagarin, Get Your Gun, The Devil and the Almighty Blues czy Blues Pills – szczególnie ci ostatni ogromną furorę swego czasu zrobili. W ogóle – co sądzisz o ich nowej płycie?

Debiut podobał mi się znacznie bardziej.

Kajetan: No właśnie, mnie również. Gadałem z kumplem, który kiedyś ich supportował i mówił mi, że to dziwny zespół jest. Siedzą sobie razem na backstage’u, piją piwo, palą, gadają, wiesz, fajna atmosfera, aż w pewnym momencie wchodzi managerka i każe im wypierdalać. Nikt z Blues Pills nie pisnął nawet słówkiem, natomiast kapela kolegi potulnie wypierdoliła, bo co innego miała zrobić. Ellin – ta podobno przyjeżdża na koncert osobno, z nikim praktycznie nie gada, wchodzi na scenę i wraca do hotelu. Tak jakby się nie lubili. Ja zresztą byłem dwa lata temu na ich koncercie w Berlinie i nie podobało mi się. Odniosłem wrażenie, że trochę na siłę grają, jakby zupełnie chemii między nimi nie było.

Oni kiedyś mieszkali wszyscy wspólnie.

Grzegorz: To nie mogło się dobrze skończyć. Fajnie jest sobie jechać czasem w trasę, ale kiedy wracasz do mieszkania i siedzisz tam z tymi samymi ludźmi, staje się to męczące.

Kajetan: Potrzeba odpoczynku. Dzięki niemu można nabrać dystansu do niektórych spraw.

Grzegorz: Lubię gdy mamy dłuższą przerwę w graniu, bo kiedy później przychodzimy na próbę, wszystko jest znacznie bardziej intensywne.

Czarek: Masz więcej energii, świeże pomysły, większą chęć do grania.

Kajetan: Ja mam duże ambicje jeśli chodzi o Strange Clouds. Jestem dumny z debiutanckiej płyty, ale co nieco bym w niej zmienił.

Grzegorz: Ciągle czegoś się uczymy. Dlatego Kajetan na starość usiądzie w fotelu, zapali fajkę, zastanowi się co spieprzył ze Strange Clouds, wyciągnie wnioski, weźmie jakiś debiutujący zespół i zrobi z nim karierę (śmiech).

Kajetan: Cieszę się, że w dwa lata udało nam się dojść do momentu w którym gramy z naprawdę dużymi jak na tę scenę zespołami: Siena Root czy Yuri Gagarin.

Calm before the storm

STRANGE CLOUDS Calm Before The Storm    Słucham i słucham „Calm Before The Storm” i nijak nie mogę doszukać się tutaj niczego „strange”. Zdecydowanie jest to płyta do bólu wręcz klasyczna, pełna odniesień do Pink Floyd czy The Doors, można by powiedzieć – tradycyjna, normalna. Niemniej jednak pozwolę sobie pociągnąć wątek „dziwności”, o której zespół gdzieniegdzie przebąkuje (w końcu sami mówią, że grają „strange rocka”) i jej – być może trochę na wyrost – poszukać. Zacznijmy od tego, że nie do końca pasują do jakiejkolwiek szufladki. Stoner rock? Niee, za bardzo rozbudowane, zbyt wysublimowane. To może rock psychodeliczny? No nie, za mało psychodeli. Rock progresywny? Elementy rocka progresywnego się znajdą, ale bez przesady. Jeśli już miałbym się pokusić o jakieś zgrabne określenie to zdecydowałbym się na pojęcie, które jest tak obszerne, że właściwie nie znaczy nic: rock alternatywny. I jest w tym eklektyzmie coś dziwnego, szczególnie jeśli spojrzymy na dzisiejszą scenę stonerową – w Polsce, ale nie tylko – która, poza drobnymi wyjątkami, jest hermetyczna i stosunkowo jednorodna. Poza tym, „Calm Before The Storm” to płyta cholernie melodyjna i chwytliwa, wprost radiowa, ale przy tym zupełnie nie nachalna. Udało się znaleźć złoty środek – nic tu nie jest przesadzone – krążek ma idące w kierunku rocka progresywnego zapędy, ale bez popadania w banał i rozbudowywania kompozycji na siłę; melodie są tylko dodatkiem do przemyślanych, intrygujących numerów, dzięki czemu płyty można słuchać wiele razy i za każdym razem odkrywać coś nowego.

Co byście zmienili w debiutanckiej płycie?

Kajetan: Lubię płyty koncepcyjne. Zrobiłbym bardziej płynne przejścia pomiędzy utworami, tak żeby związać to w jakąś historię. Ale nie – niech ona już będzie taka jaka jest, chcemy zamknąć ten etap i ruszyć dalej.

Grzegorz: Inna sprawa, że nagraliśmy tak jak się dało, bo brakowało nam funduszy. Sporo kasy idzie na tłoczenie płyt, oprawę graficzną. Przy nagrywaniu musieliśmy zmieścić się w 3 dniach. Co prawda mieliśmy ten materiał ograny, ale zabrakło takiej producenckiej pracy, żeby te kawałki dopieścić, nagrać jeszcze lepsze wersje…

Co sądzicie o crowdfundingu?

Kajetan: Pytasz o Stonerror (śmiech)? Moim zdaniem oni niepotrzebnie wdawali się w internetowe dyskusje, pospinali się za bardzo… Przy czym ja nie rozumiem tego zamieszania – nie jestem zwolennikiem crowdfundingu, ale jeśli jakiś zespół taką akcje organizuje, to jest to sprawa tego zespołu oraz ludzi, którzy im wpłacają kasę.  To narzucanie jakichś dziwnych ograniczeń: co wypada robić, a czego nie wypada. To tak, jakby ludzie ze sceny stwierdzili, że nie można grać kwinty zmniejszonej, i jeśli taki dźwięk się w twoim utworze pojawi, to cię zlinczujemy (śmiech). Trochę abstrakcyjny przykład, ale wiesz o co mi chodzi – trzeba zając się sobą, nie innymi kapelami.

Inna sprawa, że – tak, jak mówisz – dolewali oliwy do ognia wdając się w dyskusje.

Kajtan: I to im można zarzucić, ale też nie wszystkim członkom zespołu. Wiesz, to też trochę inne pokolenie, nie do końca zajarzyli, zrozumieli ten „śmieszkizm”, który uprawia spora część  sceny, jako wytoczenie wojny, a kiedy wkroczyli na pole bitwy, zaczęła się krwawa jatka… Gdyby tego nie zrobili, całe to zamieszanie szybko by ucichło, jestem tego pewien.

Abstrahując już od Stonerror… Crowdfundig – jest ok czy nie?

Kajetan: To jest trochę pójście na łatwiznę… Widzisz, ja uważam, że muzyka to działka nie dla najlepszych, a dla najwytrwalszych. W pierwszych latach, kiedy musisz ciężko harować, aby rozruszać kapelę, żeby wygospodarować dla niej czas i pieniądze, uczysz się najwięcej. Kiedy przejdziesz tę drogę, będziesz miał zupełnie inne spojrzenie na cały ten biznes i zaczniesz bardziej doceniać to, co osiągnąłeś.

To ładne. Ile mieliście kapel przed Strange Clouds?

Kajetan: Nikt z nas nie miał wcześniej poważnego zespołu. Ja w Gryfinie udzielałem się w kilku kapelach, ale to mała miejscowość, graliśmy jakiegoś harcerskiego punk rocka…

Po pierwsze: wytrwałość

Po pierwsze: wytrwałość

Niedoszła legenda polskiej muzyki rozrywkowej, czyli zespół Nie W Tonacji (śmiech). Wiele osób poddaje się po niepowodzeniach z pierwszą kapelą.

Kajetan: Kurwa, jak się można poddać po pierwszej kapeli?

Nie każdy ma na to czas.

Kajetan: A zespół pożera czas niesamowicie. Kiedy już zaczniesz, musisz o sobie regularnie dawać znać. Dzisiaj muzyki jest tyle, że jak wydasz ep-kę, a potem przez dwa lata nic, to ludzie o tobie zapomną. Moim zdaniem, co roku powinno się wydawać coraz to lepszy materiał.

Przygotowujecie nową płytę?

Łukasz: Cały czas nad nią pracujemy i mentalnie jesteśmy już przy następnej płycie. Każdy z nas ma dużo pomysłów.

Grzegorz: Dużo czasu zajmują nam inne sprawy, czyli granie koncertów, promocja ep-ki, cały ten marketing – przepadają nam próby, bo musimy nagrać jakiś filmik…

Kajetan: Albo przychodzi jakiś koleś i chce robić wywiad (śmiech). Ale na poważnie – fajnie, że jest zainteresowanie poprzednim materiałem: teraz trzeba z tego zainteresowania skorzystać i mimo wszystko nie można całkowicie odpuścić tematu „Calm Before The Storm”. Dużo było pozytywnych recenzji.

Łukasz: Nawet moja była ją pozytywnie zrecenzowała (śmiech).

Kto pisze u was teksty?

Grzegorz: Ja i Łukasz.

I jak się pisze po angielsku?

Grzegorz: Łatwiej, przede wszystkim rytmicznie, a i rymy szybciej wpadają do głowy. Angielski mnie inspiruje sam w sobie – czasem brakuje mi jakiegoś słówka, szperam sobie w słowniku i znajduję wyrazy, które samym brzmieniem, czy układem liter mnie totalnie porażają i nawet nie muszę znać ich znaczenia. Poza tym dzięki temu, że to nie jest mój język, myślę w nim zupełnie inaczej i niekiedy wpadam na pomysły, na które prawdopodobnie normalnie bym nie wpadł.

Łukasz: Ja miałem kiedyś mega zajawkę na angielski – być może wynikało to z faktu, że większość muzyki, której słucham, śpiewana jest w tym języku. I podobnie jak Grzegorz, zachwycam się niekiedy samym tylko brzmieniem słów – nie muszę znać ich znaczenia. To jest samo w sobie inspirujące.

Grzegorz:  Poza tym można schować emocje za barierą językową i nie przejmować się tym, że wywlekasz osobiste problemy na wierzch.

LIve2Łukasz: No i jak napiszesz tekst po prostu głupi, to gdy śpiewasz po angielsku, większość ludzi nawet nie zwróci na to uwagi (śmiech). Coś tam sobie pomamroczesz i jest okej.

Mówiliście, że macie zapędy w stronę albumu koncepcyjnego. Myśleliście już nad tematem?

Łukasz: Jeszcze nie, ale być może poprowadzi nas muzyka. Nie rozmawialiśmy o tym, ale w naszych jamach słychać już kierunek, w którym pójdziemy. Jest znaczna różnica pomiędzy szkicami nowych numerów, a utworami z „Calm Before The Storm”.

Kajetan: Chcemy trochę pokombinować, planujemy np. zmieścić na nowej płycie trochę elektroniki. Ale nie chcemy tego robić na siłę, to ma być mądra elektronika. Ten krążek nie będzie tak klasyczny jak ep-ka, nie zależy nam na trzymaniu się sztywnych ram gatunku. Wywodzimy się z około-stonerowej sceny i – organizacyjnie, koleżeńsko – nadal będziemy się głównie w tych kręgach obracać, ale chcemy trochę poszaleć i pójść dalej.

Łukasz: Fajne jest to, w jaki sposób te nasze inspiracje łączą się w całość, pomimo że są niekiedy zupełnie od siebie odmienne. Ja nigdy nie przypuszczałem, że nagram kiedykolwiek album taki jak „Calm Before The Storm”; myślałem raczej, że będę tworzył inną muzykę.

Jest jakiś zespół-spoiwo? Taki, który wszyscy lubicie?

Kajetan: Pink Floyd. Jesteśmy na nich wychowani. Od nich nauczyłem się, jak wielkie znaczenie ma w muzyce przestrzeń. W ogóle – ostatnio widziałem ciekawy komentarz w Internecie. Szło to jakoś tak: gdy masz 15 lat myślisz, że najlepszy z Floydów był Gilmour, gdy trochę podrośniesz zaczynasz rozumieć i doceniać kunszt Watersa, a kiedy jesteś już stary, wiesz, że jedynym artystą w tym zespole był Syd Barett. Póki co jestem na etapie Watersa, chociaż cała trójkę uważam za swoje główne źródło inspiracji.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu