STONERROR – Psychodeliczny stonerpunk i Stary Testament

Jeśli chodzi o pustynne, około – psychodeliczne klimaty, Kraków nadal jest w cieniu Wrocławia, Warszawy czy Trójmiasta (być może przez to, że – jak śpiewał Maleńczuk – „trochę śmierdzi”). Zespołów pojawia się jednak coraz więcej, a jednym z nich jest założony w roku ubiegłym Stonerror, którego debiutancką ep-kę wydał sam Maciej Cieślak – lider legendarnej Ścianki. Potrzeba jeszcze jakichś rekomendacji? O Iggym Popie, Starym Testamencie, przeszłości i przyszłości Stonerror oraz kilku innych sprawach rozmawiam z basistą zespołu, Jackiem Malczewskim.

Nie baliście się coverować Beatlesów?

Ani trochę. A czego mielibyśmy się bać?

Coverowanie legendarnych zespołów zawsze jest niebezpieczne, łatwo narazić się na śmieszność.

Wydaje mi się, że wyszło dobrze. Często słucham na YouTube różnych, instrumentalnych ścieżek Beatlesów po to, żeby się czegoś nauczyć o kompozycji i aranżacji. „Revolver” to genialny album, a kawałek „Tomorrow Never Knows” jest matrycą muzyki alternatywnej. Warto było się z nim zmierzyć; z jego transowością, dzikim rytmem i przesłaniem, które jest, co uświadomiłem sobie dopiero po fakcie, spójne z tym, o czym traktują moje własne teksty.

Mam wrażenie, że wielu muzyków boi się grać ich numery.

Trudno jest zrobić to dobrze. Abstrahując od niepodrabialnych harmonii wokalnych, genialne są u Beatlesów bębny. Mało kto, poza muzykami, docenia grę Ringo Starra, a przecież gość jest niesamowity. „Tomorrow Never Knows” to wielkie wyzwanie, bo opiera się na loopie perkusyjnym, zresztą jednym z pierwszych w historii – uważam, że Maciek Ołownia, nasz perkusista, poradził sobie z jego interpretacją genialnie. A jak bębny są dobre, to reszta numeru płynie sama.

Perkusistów to ogóle mało kto docenia.

Są mało widoczni, ale sam wiesz jak jest – dobra perkusja to 50% sukcesu zespołu. Po ostatnich koncertach pewien znajomy producent podsumował nas słowami: „Chłopaki, ale muzyczny wpierdol”. Ten gigantyczny komplement jest, moim zdaniem, skierowany głównie pod adresem naszego perkusisty. Bo to Maciek robi tę całą dziką energię na koncertach.s3

Nazywacie się Stonerror, ale czy wy w ogóle gracie stoner?

Absolutnie nie. To po prostu ciężka, transowa muzyka rockowa. Wymyśliliśmy nawet nazwę gatunku, w którym się obracamy – „psychodeliczny stonerpunk” – i ona najlepiej naszą twórczość opisuje, bo w naszej muzyce jest dużo tej punkowej energii. Nazwa „Stonerror” po prostu dobrze brzmi, coś jak „Metallica” (śmiech).

W takim Kyuss też sporo punkowej energii usłyszysz. Zresztą Homme inspirował się punkowymi załogami, a jego idolem był Iggy Pop.

Zupełnie tak, jak w naszym przypadku. Zarówno dla Fazy, naszego gitarzysty i lidera, jak i dla mnie, The Stooges i sam Iggy to bardzo ważne punkty odniesienia. Zagraliśmy kiedyś nawet na koncercie „I Wanna Be Your Dog” – ale średnio wyszło, nie potrafiliśmy tego przekonująco zinterpretować, choć to prosty numer. To tylko pokazuje, jak wielcy byli Stooges. Piękne jest u nich to, że bardzo prostymi środkami – bo te ich utwory są zbudowane banalnie, często na dwóch akordach, albo jednym riffie – kreowali dziką, szaloną energię. Wiadomo, mieli Iggy Popa, ale pozostali muzycy też radzili sobie świetnie. Stooges to jeden z najważniejszych zespołów w historii, a Iggy Pop to mój osobisty numer jeden, jeśli chodzi o artystów stąpających wciąż po tym globie.

Co sądzisz o nowej płycie?

Jestem zachwycony. Średnio lubię jego płyty z Davidem Bowie – „The Idiot” i „Lust For Life” – zawsze wolałem to, co robił z The Stooges, albo solowe albumy z lat 90, kiedy znowu grał brudnego, garażowego rocka. Ale to, że pod koniec życia udało mu się jeszcze raz wymyślić na nowo i w takim stylu powrócić do tego, co robił jako 30-latek – bo przecież Post Pop Depression to kontynuacja albumów z Bowiem – to coś niesamowitego. Strasznie podobają mi się też teksty Popa. To schorowany człowiek, który całe życie zmaga się z własnymi słabościami, z własną śmiertelnością. Pod koniec życia to robi szczególne wrażenie; kiedy 70-letni, pomarszczony gość wychodzi bez koszuli na scenę i nadal wygrywa przez nokaut. Prawdopodobnie będzie najlepszy aż do śmierci.

W The Guardian przeczytałem ostatnio piękne zdanie: Kto w latach 70. przypuszczałby, że z trójki Bowie, Reed, Pop, najdłużej żył będzie ten, który taplał się na scenie w szkle?

Ciął się butelkami, odwyku praktycznie nie opuszczał, a mimo to przetrwał najdłużej ze wszystkich. Zwróć uwagę, że Lou Reed pod koniec kariery nie stworzył już niczego ciekawego – to co zrobił z Metalliką to straszne dziadostwo – a kiedy porównuję nowy album Iggiego z ostatnimi płytami pozostałej dwójki, nawet Bowiego, dochodzę do wniosku, że „Post Pop Depression” jest najlepsza.s okładka

W swoich tekstach często odnosicie się do starotestamentowej symboliki. Skąd to się wzięło?

Zaczęło się od żartu. Kiedyś, kiedy jeszcze pisałem recenzje płyt, wpadłem na pomysł, że wymyślę fikcyjny zespół o nazwie Palm Sunday i będę pisał dla zgrywy recenzje chrześcijańskiego doom stonera. Pomysłu nigdy nie zrealizowałem, ale gdzieś mi to siadło w głowie. Kiedy zaczynałem pisać teksty dla Stonerror, musiałem znaleźć jakiś klucz, bo to było dla mnie zupełne nowe wyzwanie. Szukałem tematu, który byłby poetycki i obrazowy, a z drugiej strony z klimatem pasującym do muzyki. Skojarzenia były oczywiste – pustynia, a jak pustynia, to Księga Wyjścia. Kiedy zacząłem wczytywać się w Stary Testament, odkryłem w nim mnóstwo symboli, które dobrze oddawały gniewne emocje, które wtedy mną targały. Siadłem więc ze Starym Testamentem i wyplułem z siebie serię tekstów.

Muzycy rzadko odwołują się do biblijnych historii.

Tu chodzi o potęgę przekazu. To, co starotestamentowy Jahwe wyprawia z tym swoim Narodem Wybranym, to niesamowita historia wzajemnej miłości i nienawiści. Znajdziesz tam chyba wszystkie motywy potrzebne do opisania życia i śmierci. Stary Testament ma jeszcze inną ciekawą wartość. To dla mnie, przede wszystkim, wspaniała mitologia. Zespoły grające ciężką muzykę uwielbiają wszelakie wycieczki w tym kierunku, ale ile można śpiewać o druidach, wikingach i innych czerwonych smokach na Marsie? A jeżeli masz pod ręką coś, co jest w konwencji, bo jest mitologią, a jednocześnie jest mitologią bardzo uniwersalną i piękną, to aż się prosi, aby z tego skorzystać.

Swoją pierwszą ep-kę wydaliście w wytwórni My Shit In Your Coffee, należącej do Macieja Cieślaka zes2 Ścianki. Jak do tego doszło?

Maciek to wieloletni przyjaciel Fazy, który jeszcze pod koniec lat 90. organizował Ściance pierwsze koncerty w Krakowie. Kilka miesięcy temu, podczas trasy promującej nową płytę Ścianki, zagraliśmy z ekipą Cieślaka wspólny gig w Pięknym Psie. To obecnie najlepszy klub muzyczny w mieście, a realizacją dźwięku zarządza tam stary wyjadacz, Nasti – robi koncerty Heya i ma fajne studio nagrań. Cały dowcip polegał na tym, że 3/4 zespołu nie wiedziało o rejestracji koncertu. Faza wyciął nam numer i poprosił Nastiego, żeby nas nagrał. Dowiedzieliśmy się o tym po zejściu ze sceny. Byliśmy strasznie zdziwieni – był to dopiero nasz piąty występ w tym składzie, a niektóre utwory wykonaliśmy tego wieczoru po raz pierwszy. Jednak gdy odsłuchaliśmy nagrania w studio Nastiego, okazało się, że wyszło na tyle fajnie, że można to wydać jako ep-kę. Faza zapytał Maćka, co o tym materiale sądzi. Dobra, wydajcie to u mnie. Był to dla nas wielki komplement, bo Cieślak wydaje tylko te płyty, które mu się podobają – nie robi tego dla pieniędzy, tylko dla idei. Zyskanie aprobaty lidera najważniejszego zespołu alternatywnego w tym kraju to spore wyróżnienie.

Ep-ka brzmi dobrze, bo brzmi bardzo naturalnie.

To po prostu zapis koncertu. Żeby było śmieszniej, jest to cały set, jaki tego wieczora zagraliśmy – krótki, 22-minutowy support. Wycięliśmy odgłosy publiczności, a cała reszta poszła na płytę w tej samej kolejności, w jakiej została zagrana. Jasne, są pewne niedoskonałości, ale najważniejsze jest to, że udało się złapać tę dziką radość i energię, jaka towarzyszy naszym występom na żywo.

Ile masz lat?

Dużo (śmiech) – 37.

To nie jest trochę tak, że im człowiek starszy, tym mniej w nim złości i buntu? Takich emocji, które są z ciężką muzyką mocno związane.

Nie potrafię generalizować, ale u mnie tych negatywnych emocji nagromadziło się ostatnio bardzo dużo. Agresywna liryka i muzyka stały się wehikułem, dzięki któremu mogłem je z siebie wyrzucić, rozładowując napięcie. Muzyka jest dla naszej czwórki jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, nie potrafimy bez niej normalnie funkcjonować. Mieliśmy jakieś przerwy w graniu, nasze poprzednie zespoły się rozpadały, zawieszały działalność, ale zawsze nas do grania ciągnęło. No i wychodzi nam. Zaczynamy ze Stonerror odnosić pierwsze, nieśmiałe sukcesy – pojawiają się dobre recenzje w kraju i za granicą, sprzedajemy płyty do Szwecji, Finlandii, Niemiec i Stanów, gramy coraz większe koncerty.

Im więcej tych złych emocji, tym lepiej się pisze?

s4Nie wiem. Nie miałem jeszcze okazji napisać tekstu, który przekazywałby jednoznacznie pozytywne emocje. Muszę się z tym zmierzyć teraz, ponieważ Faza skomponował zarys fantastycznej piosenki, która jest bardzo ładna, taka wręcz komercyjna. Do tego numeru nie pasuje gniewny tekst. Musi być o miłości i odkupieniu. Do tej pory, kiedy pisałem, wyrzucałem z siebie gniew, brud i zło.

A co cię w dzisiejszym świecie najbardziej wkurza?

Bardzo dużo spraw… Na świecie dzieją się naprawdę paskudne rzeczy; na tyle paskudne, że aż nie chce mi się tym przejmować. O polityce pisać nie będę. Źródeł wkurwienia szukam raczej w życiu osobistym. Jak każdy, miałem w przeszłości nieudane związki damsko-męskie, przeróżne sytuacje zawodowe, czy też towarzyskie, które dały mi po dupie i dzięki tej agresywnej muzyce i mocnym tekstom, które Łukasz potrafi tak przekonująco wyśpiewać i wykrzyczeć, mogę się wewnętrznie oczyścić.

Czym się zajmujesz na co dzień?

Jestem doktorem nauk prawnych, który właśnie przymierza się do habilitacji. Wykładam na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Nietypowo…

Fakt, większość z moich kolegów z wydziału pozanaukowo zajmuje się biznesem i polityką, a nie sztuką. Jest taka stara anegdota o filozofie Leibnizu, który parał się dyplomacją. Ktoś zapytał go: Panie Leibniz, dlaczego taki wybitny dyplomata jak pan, bawi się w filozofię? Leibniz spojrzał na niego jak na idiotę i odparł: Proszę pana, ja jestem filozofem, który bawi się w dyplomację. U mnie jest podobnie.

Grałeś wcześniej w jakichś zespołach?

Jasne, wszyscy działamy na krakowskiej scenie od blisko 20 lat. Faza i Maciek przez lata grali w świetnym zespole alternatywnym, Zooid, który na skutek wyjazdu jednego z członków musiał zawiesić regularną działalność. Ja również miałem przez wiele lat swój zespół, Warstadt. Nasz wokalista, Łukasz, gra równolegle na gitarze w kapeli Strach Uszu. Jesteśmy muzykami-amatorami, ale z kilkunastoletnim doświadczeniem. Znamy się jak łyse konie i to spora wartość. Wiesz, wchodzimy do salki, każdy ma parę riffów, zaczynamy grać i po chwili mamy gotowe piosenki.

Zatem masz już jakieś doświadczenie. Jakie są, według ciebie, największe bolączki undergroundowej sceny w Polsce?

Zastanawiam się, czy coś takiego jak scena w wymiarze ogólnopolskim istnieje… Z tego co zauważyłem po moichs1 studentach, którzy są ode mnie teraz dobre 15 lat młodsi, ciężka muzyka nie jest obecnie tak popularna jak w czasach, kiedy ja byłem w ich wieku. Ale bolączki… Hmmm… Jest sporo wtórnych zespołów. Dominuje straszne przywiązanie do sztampowych kanonów gatunkowych. Jest mnóstwo kapel, które grają generyczną muzykę. To strasznie nudne – przecież jak chcę sobie posłuchać generycznej muzyki, to wolę brytyjski, czy amerykański oryginał, a nie kiepską kopię. Kolejna rzecz to straszna amatorka, jeśli chodzi o kwestie organizacyjne. Ale ja raczej nie przejmuję się szeroko pojętą sceną. Staramy się nie zamykać w żadnym gatunku i po prostu grać, szukać okazji do ciekawych koncertów, dających nam nową publiczność. Pod koniec maja jedziemy na spotkania teatralne w Nowicy. Wiesz, jak się tam dostaliśmy? Organizator, który pracuje w Teatrze Narodowym w Warszawie, usłyszał w Internecie naszą muzykę, kupił płytę, przesłuchał i zaprosił na występ. Tak po prostu, bez znajomości, kombinacji i podchodów. W czerwcu gramy w Krakowie z zespołem Belzebong, a dzień później na Low Gravity Festival w Warszawie. 10 września gramy na festiwalu Nowa Huta Alternative, wspólnie z Kazikiem. Najbardziej cieszy mnie jednak to, że 23 października w Pięknym Psie będziemy supportować Mike’a Watta. To jak spełnienie dziecięcych marzeń – Watt jest moim największym bohaterem muzycznym. Dzielenie z nim sceny jest czymś, co sprawia, że warto było złapać kiedyś za poobijaną basówkę.

Przygotowujecie już nowy materiał?

Tak, jesienią tego roku nagrywamy studyjną płytę. Chcemy to zrobić w Warszawie u Maćka Cieślaka, który ma się też zająć produkcją. W przyszłym roku chcemy ruszyć w jakąś większą trasę po Polsce, ale też wychylić się za granicę i zagrać na kilku ciekawych imprezach doomowo-stonerowych.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: Tomasz Kantyka