STARA RZEKA – Nie jestem czyimś wyobrażeniem

Najgorętszy tytuł ostatnich miesięcy, czyli Zamknęły się oczy ziemi Starej Rzeki, a właściwie stojącego za całym zamieszaniem Kuby Ziołka na pewno namiesza w tegorocznych podsumowaniach, zresztą całkiem słusznie. Dwupłytowy, ponoć pożegnalny album tego projektu pokazuje jak można połączyć akustykę, folkowy klimat i zimne, elektroniczne pejzaże. Słowem – słowiański drone, zagrany z rozmachem godnym Michaela Giry. Rzecz przebogata, ale i kontrowersyjna. Prosta, choć wymagająca skupienia a także bardzo wysmakowana formalnie. Nie chciałbym nazywać tej płyty szczytowym dokonaniem Kuby, bo nie mam wątpliwości, że jeszcze nie raz o nim usłyszymy w kontekście kolejnych, intrygujących nagrań. Zresztą, niech wypowie się sam zainteresowany… 

Jak tam samopoczucie po ostatnich koncertach?

Fajno, ludzie dopisali, byliśmy w fajnych miejscach. Chyba też jakoś strasznie źle nie zagraliśmy.

Prowadzisz statystki – ile dotychczas pod szyldem Stara Rzeka zagrałeś sztuk?

Nie prowadzę, ale myślę, że mogło być około setki…

W odniesieniu do Twojej osoby bardzo często ludzie/dziennikarze zwykli używać określenia ADHD – jesteś bardzo aktywny, ciągle stawiasz sobie nowe wyzwania, zatem pytanie – czy i kiedy Kuba Ziołek zwyczajnie, jak człowiek, czuje zmęczenie?

Wiecznie czuję zmęczenie, w ostatnich miesiącach nawet bardziej, poza tym nie robię się młodszy, więc zmęczenie będzie mnie coraz bardziej paraliżować. Ale staram się działać mimo to, bo taką drogę sobie wybrałem i muszę być konsekwentny, co nie zmienia faktu, że codziennie się zastanawiam jak by to było np. pracować w budżetówce.

Myślisz, że to co robisz zbliża się powoli do miejsca, kiedy będziesz musiał wybierać, np. rezygnujesz z pewnych projektów? Uważasz się za człowieka asertywnego? Pytanie o tyle zasadne, że pewnie bardzo często zapraszają Cię do tzw. „ficzuringów”…

Kiedyś w ogóle nie byłem asertywny i zgadzałem się na wszystko, ale powoli uczę się tej asertywności, bo zdrowia i czasu nie starcza, żeby robić wszystko, co się chce. Np. w ostatnich dniach zdecydowałem się opuścić zespół Hokei, gdyż po prostu nie jestem w stanie już dłużej działać w tym zespole. Zdarzają się oczywiście cały czas zaproszenia do „ficzuringów”, niektóre bardzo interesujące, ale muszę dokonywać czasem bolesnych wyborów, bo nie chodzi o to, żeby dostać wrzodów żołądka w wieku 30 lat. Poza tym czuję, że osiągnąłem trochę taki energetyczny i czasowy punkt nasycenia, poza którym nie czeka mnie już nic konstruktywnego.

Ale jest w tym jednak pewien wątek komediowy: zapewne słyszałeś ten dowcip, że kiedy w Bydgoszczy powstaje nowy zespół, to na pewno gra w nim Kuba Ziołek?

Nie słyszałem, ale trochę zastanawia mnie to identyfikowanie Bydgoszczy z moją osobą. Po prostu jestem już trochę rozpoznawalny, więc więcej ludzi zauważa płyty, które wydajemy z różnymi zespołami, co nie znaczy, że nie powstają wciąż nowe, ciekawe składy w Bydgoszczy, z którymi nie mam nic wspólnego. Poza tym ostatni, „nowy” zespół, jaki założyłem (wspólnie z Rafałem Iwańskim) to był chyba Kapital, który powstał w 2013. Pozostałe składy zaczęły grać dużo wcześniej.

Nie jestem czyimś wyobrażeniem

Nie jestem czyimś wyobrażeniem

Wiem, ale powiedzmy to uczciwie – stałeś się tzw. ikoną niezależnej/awangardowej/poszukującej muzyki. To męczy czy raczej cieszy?

Źle mi się kojarzy określenie „ikona”… Nie chcę, żeby ktokolwiek klękał przed moją muzyką, tylko dlatego, że jest moja. Ma się bronić sama z siebie, niezależnie od tego, jakie nazwisko nosi jej autor. Jeśli ktoś mnie tak określa, to ani mnie to nie męczy, ani nie cieszy, raczej zastanawia, dlaczego ludzie potrzebują używania takich terminów. Np. to co ja robię w ramach muzyki około-rockowej, Wojtek Jachna z powodzeniem robi w sferze muzyki jazzowej, ale nikt go nie nazywa ikoną jazzu… Może dlatego, że słuchacze jazzu mają w sobie o wiele więcej pokory i dystansu.

A może dlatego, że ludzie w każdym wymiarze poszukują punktów odniesienia? I kiedy już takowy znajdą, nieważne, czy chodzi o sportowca czy muzyka, staje się on dla nich taką miarką, do której przykładają swoje życie czy dokonania?

Może tak, ale w tym momencie przestaję mieć z tym cokolwiek wspólnego. Nie jestem czyimś wyobrażeniem.

Stara Rzeka, czyli dzisiejszy temat numer jeden. Zastanawiałem się, jak się czujesz sam na scenie? Czy ta, hmmm, samotność jest dla ciebie czymś w rodzaju artystycznego wyzwania?

Granie solo wymaga wiele wysiłku, skupienia i dyscypliny, przez co jest dla mnie mocno stresujące i męczące. Z drugiej strony przez to, że jest wymagające, to stawia jak to nazwałeś „artystyczne wyzwanie”. Dlatego się tego podejmuję i staram się być w tym coraz bardziej płynny i znajdować jakąś większą frajdę.

Myślałeś choć raz, żeby do SR dokooptować muzyków, by np. uzyskać pełniejsze brzmienie itp?

Tak i być może w niedalekiej przyszłości tak będzie, ale na tym etapie wolałbym się nad tym nie rozwodzić. Czas pokaże.

Przyznam, że poczytałem parę recenzji „Zamknęły się…” i zauważyłem, że wszyscy starają się wspinać na intelektualne wyżyny, opisując Twoją muzykę. Czy znalazłeś jakieś porównanie/nia, które szczególnie Cię zdziwiło/rozśmieszyło?

Szczerze mówiąc, to zazwyczaj po trzecim zdaniu recenzji odpływam myślami gdzie indziej i zajmuję się czymś innym… Po prostu recenzje nie są pisane po to, żebym je czytał, ale po to żeby zachęcić lub zniechęcić innych do kupienia płyty.

To chyba najlepsza postawa. Ja stwierdziłem, że nie chcę szukać wydumanych porównań, bo największą zaletą płyty jest jej… prostota. Zgodzisz się z tym?

Jest rzeczywiście na tym albumie kilka utworów o dość nieskomplikowanej konstrukcji i jestem z nich bardzo zadowolony. Prostotę każdy może sobie definiować po swojemu. Dla mnie ważny był intymny nastrój tej muzyki, a intymność czasem wymaga prostych rozwiązań.

Z tej prostoty czy nawet banału (w recenzji coś takiego napisałem, ale w pozytywnym kontekście) udaje Ci się jednak wydobyć pewien mistyczny wątek i o jego szukanie chciałem się zapytać – jak to wygląda: czy np. jakiś temat grasz sobie na sali do momentu, kiedy usłyszysz w nim to „coś”, czy jest jeszcze jakiś inny patent, intuicja, która każe Ci takie a nie inne elementy/kompozycje wykorzystywać na płytach?

Zupełnie nie wiem jak na to pytanie odpowiedzieć. To jest po prostu muzyka, nie ma tu żadnych wyszukanych pomysłów, główkowania, raczej podążanie za jakimiś emocjami. Dla mnie każdy utwór to takie osobne ćwiczenie. Np. mówię sobie, że „teraz zrobię utwór tylko na gitarze akustycznej”, albo „teraz zrobię utwór, w którym nic się nie powtarza” albo „teraz zrobię utwór, w którym wykorzystam taką a taką melodykę” i tyle… Potem to już jakoś samo leci.

Czyli mam rozumieć, że „Zamknęły…” to rzecz bez premedytacji, tylko raczej coś w stylu ciągu świadomości, intuicyjnego (że się powtórzę…) układania poszczególnych elementów?

Tak…

I w tym miejscu trochę sprzeniewierzę się swoim słowom, bo przywołam tu nazwę Swans – kiedy rozpakowałem płytę, od razu skojarzyła mi się z minimalizmem i pewną monumentalnością formy ostatnich płyt M. Giry. Poza tym – „Nie zbliżaj się do ognia” – podobne skojarzenia… Zgodzisz się z tym porównaniem?

To Twoje porównanie, więc moja zgoda nie ma tu nic do rzeczy. Moją przygodę ze Swans skończyłem na „Soundtracks for the Blind”, nie znam ich ostatnich płyt. Aczkolwiek byłem w zeszłym roku na koncercie, podobał mi się, ale nie odczułem czułem z nimi jakiegoś powinowactwa muzycznego mimo, że z Innercity Ensemble mamy jeden numer roboczo zatytułowany „swansowy” i nigdy go nie chcemy grać.

Dobra, to prosto z mostu – jaka muzyka inspiruje i porusza Kubę Ziołka, np. zawężamy pytanie do mijającego roku…

Mijający rok upłynął pod znakiem tylko dwóch artystów: Milesa Davisa na dzień i Hope Sandoval na noc…

No tego w muzyce SR nie słychać. Ale przy okazji nowej płyty bardzo często podkreśla się elementy słowiańskie, folkowe, może nawet wywołujące nostalgię za takim prostym, wiejskim klimatem. Sam się na tym złapałem, szczególnie przy tych akustycznych momentach  (Małe świerki, Melodia…). Czy to są także tylko i wyłącznie meandry interpretacyjne zakręconych żurnalistów?

Stara Rzeka powstała w otoczeniu Borów Tucholskich, więc elementy wiejskie, leśne czy folkowe nie wzięły się w tej muzyce z przypadku. Cała twórczość Starej Rzeki była od początku naznaczona moim kontaktem z Borami Tucholskimi. Nie inspirowały mnie nagrania muzyki słowiańskiej, nie interesowała mnie historia słowiańszczyzny, tym bardziej, że w Borach o wiele bardziej czuć ducha Niemców niż Słowian. Folk jest prostą muzyką pochodzącą z ziemi. Chciałem stworzyć taki swój własny folk na splocie mojej energetyki własnej i energetyki naturalnej borowiackiej, nie ma czegoś takiego jak nagrania muzyki słowiańskiej…stara_rzeka_4

I tu jest pewien paradoks, bo jednocześnie ten folkowy aspekt zderza się z muzyką miasta – dronami, elektroniką, czymś co zawsze będzie traktowane jako opozycja, a jednak udało Ci się tchnąć w te pozornie bezduszne maszynerie życie. W jaki sposób podchodzisz do samplerów, klawiatur itp, czy w jakiś specjalny sposób korzystasz z tych urządzeń?

Jestem kompletnym laikiem jeśli chodzi o sprzęt elektroniczny. Korzystam z niego w 100% intuicyjnie. Te elementy elektroniczne musiały się pojawić w tej muzyce, gdyż w taki sposób odbieram w Polsce krajobraz wiejski – jako splot natury, mechaniki i elektrotechniki.

W kontekście SR często pojawia się określenie black metal. Czym dla Ciebie jest ta muzyka? To prawda, że jesteś fanem tzw. blastów?

Tak, zdecydowanie jestem fanem blastów. Black metal to dla mnie po prostu gatunek, narzędzie, które się przydaje, kiedy chce się opowiedzieć taką a nie inną historię. Podobnie mam z jazzem, folkiem i innymi gatunkami. Traktuję je po prostu jak mechanik traktuje narzędzia w warsztacie. Poza tym nie interesuje mnie myślenie o muzyce w kategoriach gatunków muzycznych, nie mam żadnych preferencji w tym zakresie. Bardziej interesują mnie poszczególni artyści i ich indywidualny przekaz, a także to, co dzieje się na przecięciu różnych stylów muzycznych, bo tam dzieją się najciekawsze rzeczy. Są wówczas najbardziej płynne. Styl czy gatunek, gdy się już ukształtuje, wejdzie do języka muzycznego jako wyczerpująca konwencja, bardzo szybko obumiera, staje się coraz bardziej opróżniony ze znaczenia. Tak było z punk rockiem, tak samo z black metalem.

Co ciekawe, black to dzisiaj stylistyka, która całkiem skutecznie uniknęła śmierci we własnym, zamkniętym getcie, właśnie za sprawą otwartości. Choć dla wielu to już nie jest black metal. Ty na „Zamknęły…” jednak unikasz takich ewidentnie black’owych elementów – czy w wersjach koncertowych pozwalasz sobie na większe zagęszczenie dźwięków i kierujesz je w taką stronę?

Na żywo w ogóle nie stosuję metalowych wstawek, bo byłoby to bardzo trudno odegrać samemu, a nie mam ochoty ścigać się z automatem perkusyjnym.

Czyli czas na żywego pałkera!

Zdecydowanie…

Na koniec tradycyjnie i banalnie: co Kuba Ziołek planuje na najbliższe miesiące? Czego możemy się spodziewać?

Planujemy w marcu wydać trzeci album Innercity Ensemble, który nagraliśmy w wakacje tego roku. Poza tym chcemy wreszcie z Rafałem Iwańskim ruszyć temat płyty Kapital & Richard Pinhas, którą nagraliśmy rok temu, ale wciąż brakuje nam czasu, aby na spokojnie do niej przysiąść. Na pewno ukaże się też trzeci album T’ien Lai. Na jesieni planuję też wydać solowy album pod własnym imieniem i nazwiskiem. Poza tym próbujemy z Alameda 2 i 4. Są jeszcze inne pomysły, ale na razie wolę ich nie zdradzać, bo może się okazać, że nic z nich nie wyjdzie.

Ha. Niezmordowany…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Ela Schulz