SO SLOW – Bezpańskie psy

Kto się nie rozwija, ten stoi w miejscu – to stare porzekadło jest chyba najważniejszym przykazaniem w dekalogu So Slow. Dopóki idzie to w parze z jakością – nie mam nic przeciwko. Na całe szczęście najnowszy album grupy, zatytułowany „3T”, to po prostu również najlepszy materiał w dotychczasowej karierze zespołu. Między innymi o potrzebie zmian, zaskakiwaniu samych siebie i wymarzonym koncercie rozmawiam z Arkiem, perkusistą So Slow.

Śledząc Waszą dotychczasową karierę, dość łatwo zauważyć, że Wasza muzyka staje się coraz bardziej transowa, nastawiona na improwizację i swobodny przepływ dźwięku. Ze stosunkowo poukładanego zespołu, jakim byliście na „Dharavi”, przerodziliście się w skład nieobliczalny i zaskakujący. Jak istotna jest dla Was coraz większa swoboda wypowiedzi? Na ile to naturalny, swobodny rozwój, a na ile wyrachowane podążanie od dawna zaplanowaną ścieżką?

Ooo, przyjacielu, za „wyrachowanie” ban do końca życia (śmiech). Zawsze, a szczególnie w przypadku tej płyty powtarzam, że So Slow to „jedna wielka niewiadoma”. Odkąd założyliśmy zespół, zawsze mieliśmy poczucie, że najważniejsze jest poszukiwanie i zmiany. Nigdy nie chcieliśmy się zamykać w jednym wymiarze, to raczej byliśmy zamykani, chociażby przez wrzucenie nas do worka z napisem „noise rock”, nazywano nas też starymi dziadami, coSo Slow sentymentalnie plumkają w stylu „Dischord 90” itp, itd. Tymczasem my wiedzieliśmy, że… nic nie wiemy i nie wiemy, w którą stronę wszystko się potoczy. Ba, powiem więcej, już na debiucie, kiedy cały „hajp” na improwizacje i trans dopiero kiełkował, mieliśmy takie wjazdy. Przecież kawałek tytułowy to TRANS 100%, poza tym, końcówka „Królów” to tak samo lot w nieznane. Z czasem sięgaliśmy coraz bardziej otwarcie po takie wpływy; na „Nomads” przykładem był wałek „Księga Rogera”, tyle, że jeszcze baliśmy się spuścić psa z łańcucha  i lekko przykręcić przestery. Przejściem na drugą stronę był kawałek „Ucisk/Uścisk”, który nagraliśmy w lipcu 2016 roku i który uświadomił nam, że można odlecieć. Nagrywaliśmy go w taki sposób: Marcin Klimczak, realizator, odpala swoją maszynerię a my gramy. Po prostu, bez żadnych założeń. Jeśli wyjdzie kawałek 5min, zostaje, jeśli 10, też. No i wyszło 16 minut, bez premedytacji, sztywnych aranżacji. Wiedzieliśmy, że to dobry kierunek i kolejne numery były naturalną tego konsekwencją – trans, improwizacja, koloryzowanie, szumy i brumy (śmiech). A fakt, że teraz takie granie jest szalenie na alternatywnej scenie popularne… cóż, zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że jesteśmy koniunkturalistami i wykorzystujemy trendy. Ale przecież wszyscy je wykorzystują. Nie będę bronił obecnego wizerunku So Slow. Można go lubić, albo nie i tyle. My wiemy, że jesteśmy szczerzy. I w tej szczerości powiem ci, że nie mam bladego pojęcia, co będziemy grać za rok. Może kawałki 40 min, a może 2min. Kto to może wiedzieć…

W ten sposób coraz bardziej oddalacie się od tradycyjnie pojmowanej muzyki rockowej. Traktujecie się jeszcze w ogóle w kategorii zespołu rockowego (o ile kiedykolwiek tak było)? Chyba tego rodzaju nomenklatura nie jest dla So Slow szczególnie ważna…

Myślę, że nie jest szczególnie ważna. Wiesz, nazewnictwo zawsze miało bardziej znaczenie dla dziennikarzy, jako sposób na określenie brandu. Na zasadzie – gdzie wrzucić na półkę w sklepie i do jakiej grupy słuchaczy uderzać. W Polsce szufladkowanie ma szczególnie bogatą tradycję, do tego stopnia, że do dzisiaj symbolem pozostaje antagonizm między punkami i metalami, choć w praktyce, te dwa gatunki dawno ze sobą kopulują i wzajemnie z siebie zżynają. W przypadku So Slow jedynie instrumentarium, taki klasyczny układ jest oczywisty – gitara, bas bębny, wokal. Wszystko w normie, jednak sposób użycia i kierunek działania zupełnie  inny. W zasadzie nie przejmujemy się tym, jak nas określają, bo było tego już tyle, że sami nie pamiętamy wszystkiego. Ale to dobrze, bo wpisuje się w nasz wizerunek – nie ma określenia na to co gramy. Zatem – nazewnictwo nie jest ważne, bo zawsze nie będzie do końca trafione. Jesteśmy bezpańskimi psami, jesteśmy So Slow, żyjemy i gramy. Mamy gdzieś jak nas nazywają. Nie przejmowaliśmy się tym nigdy i nigdy nie będziemy. No chyba, że ktoś zaprosi nas jako suport przed Gorgoroth. Wtedy uznamy, że komuś coś się totalnie popierdoliło (śmiech).

Mieliście wcześniej propozycje takich dość „egzotycznych” występów?

Na szczęście nie, co najwyżej zdarzały się jakieś małe „wpadki” w stylu „zero reklamy”, mało ludzi, czy granie o jakichś masakrycznych godzinach, jednak w większości przypadków były to niezłe albo i bardzo dobre koncerty. Oczywiście, trzeba pamiętać, że wraz ze zmieniającym się charakterem naszej muzyki często nie nadążali ludzie, bo, jak już wspomniałem wcześniej, cały czas pracujemy nad odklejeniem łatki „noise”. To zajebista muzyka, ale jesteśmy jednak gdzieś obok i na razie nie zamierzamy w ten hałas się bawić.

„TRANZ I JJ” jest jednak potwierdzeniem, że gdzieś ten hałas jest Wam nadal potrzebny.

Ha, ha, no tak, ten fragmencik z mocnym riffem jest, ale raczej traktujemy go jako taki mały dodatek, żarcik i smaczek może w sumie. Z drugiej strony – w końcowej części kawałka ten riff w zderzeniu z mantrowanym wściekle tekstem pięknie mi rezonuje starym dobrym Falarek Band i jako taki jest w tym momencie do przyjęcia. Ale to chyba jedyny moment, kiedy nasz gitarzysta włącza przestera i bawi się konkretnym, mocnym riffem. Ta jakaś minuta na jedenaście pozostałych chyba nikogo nie zwiedzie. A nadziei nie chcemy robić, bo wokół jest tyle hałaśliwych, grających mocno, rockowo itp. załóg, że nie ma sensu próbować coś tam w tym temacie dłubać. Może też nam się to znudziło – przecież gitarzysta grał w Sunrise i Iron To Gold, ja także we wspomnianym Sunrise, w Daymares, a teraz w Czerni i Cast In Iron – po cholerę mielibyśmy po raz nie wiem który znowu psuć sobie słuch (śmiech)?

Bezpańskie psy

Bezpańskie psy

Czyżbyś chciał przez to powiedzieć, że So Slow stało się dla Was uliczką, którą chcecie uciec od gitar?

Ucieczka… Nie wiem, czy lubię to słowo. Ma negatywne konotacje. Nie lubię uciekać, wolę zmieniać. Działać i bawić się. Ucieka się od czegoś złego a gitary nie są przecież złe (śmiech). Gitara w SS była, jest i będzie, co najwyżej zmienia się jej rola, z instrumentu dającego rytmiczny kontekst w stronę  swobodnie koloryzującego medium, które przenosi zespół w inny wymiar. Tyle, jeśli chodzi o poetyckie porównania. W praktyce oznacza to, że chcemy eksplorować możliwości tego instrumentu w bardzo różnych układach i kontekstach. Dzisiaj gitara improwizuje, tworzy przestrzeń na równi z samplerami. Możliwości są nieskończone, ogranicza nas tylko umysł. Dlatego na pewno nie uciekamy, tylko szukamy. Cały czas…

Jednak – mimo ciągłych zmian – cały czas Wasze albumy są na tyle charakterystyczne, że niemal od razu słychać, że to So Slow. Gdzie znajduje się wspólny mianownik, spajający wydane dotychczas albumy?

W zasadzie powinienem podziękować…  Chyba każdy zespół chce mieć charakterystyczny styl, być rozpoznawalnym, co z nazwijmy to, marketingowego punktu widzenia jest dobre. Choć teraz zastanawiam się, czy to dobrze czy źle, bo przecież nowa płyta bardzo mocno odstaje od dotychczasowej formuły. Na pewno ma tu znaczenie warsztat każdego z nas – rąk sobie nie obcięliśmy, mózgi mamy te same, Rafał dmucha w saksofon w swoim stylu. W tym miejscu muszę podkreślić, że bardzo staraliśmy się, żeby nowy materiał brzmiał inaczej. Gitarzysta zapodał nowe efekty, w zasadzie wywrócił swoją grę do góry nogami, Michał elektronikę traktuje bardzo niestandardowo i generuje brzmienia inaczej niż Łukasz. Ale pewnie ta zespołowa iskra gdzieś tam nas formatuje (śmiech).  Czy to jest wspólny mianownik? Nie wiem, kurczę, nie zastanawiałem się nad tym nigdy. Pewnie zupełnie inaczej postrzegani jesteśmy z zewnątrz. Siedząc w środku, grając, robiąc te wszystkie rzeczy, nie zastanawiamy się nad takimi sprawami. Ważna jest jedna rzecz, że pojadę górnolotnie tekstem z „Drogi” – trzeba mieć ogień w sercu. Śmiejcie się, ile chcecie. Nic innego się nie liczy. Dopóki jest ogień, jest dobrze. Kiedy zaczyna się premedytacja – jest śmierć.

Kolejną rzeczą, która bardzo rzuca się w uszy przy słuchaniu „3T”, jest duży rozrzut stylistyczny. Każdy z tych utworów stanowi osobny byt, eksploruje inne rejony i na różne sposoby. Skoro jak ognia boisz się słowa „premedytacja”, domyślam się, że jedynym ograniczeniem, jakie sobie nałożyliście, jest brak ograniczeń? Nie baliście się, że taka eklektyczność może zaszkodzić albumowi?

Rozrzut wynika być może z tego, że te trzy numery powstawały nie podczas jednej sesji, ale w różnych okresach. Lipiec 2016, potem jesień tego roku, „Tranz II” powstał już w 2017. Zatem na pewno te odległości miały znaczenie. Poza  tym, żadnych założeń nie było. „Ucisk/Uścisk” to była potrzeba „wytransowania” się na maxa. Podobnie było z „Tranz I”. Nieco inna historia wiąże się z „Tranz II”. Tu mieliśmy gitarowy temat, do którego podchodziliśmy wielokrotnie i zawsze było coś nie tak. W końcu, na którejś próbie, kiedy Daniel grał sobie ten temat na gitarce, Michał zapodał „pod” niego – w zasadzie dla żartu – taki techno bicik. I nagle wszystko zatrybiło. Okazało się, że to fajny pomysł a potem już poleciało. To chyba najbardziej improwizowany numer na płycie, nagraliśmy go na setkę za pierwszym podejściem, teraz w zasadzie dopiero uczymy się go grać i wychodzi jeszcze lepiej. Jedynym naszym ograniczeniem są umiejętności i wyobraźnia. Jasne, gdzieś tam z tyłu głowy był cały czas ten trans, ale wszystko jest jednym, wielkim ciągiem świadomości. Żadnego dłubania, przekładania klocków (co było nagminną praktyką podczas aranżowania muzyki z „Nomads”…), jedynie dobre samopoczucie i wolność artystyczna. Wynika to zapewne z tego, że nie mamy nic do stracenia. Nie osiągnęliśmy sukcesu, żeby bać się utraty fanów, nie boimy się, że eklektyczność kogoś może uwierać (bo i co z tego?), nie mieścimy się w żadnej szufladzie, nie mamy parcia na tzw. „zawodowe” granie. Jesteśmy cholernie świadomi tego gdzie i kim jesteśmy. I to wystarcza.

Jesteśmy świadkami narodzin „nowego” So Slow?

Nowe So Slow rodzi się na każdej próbie i każdej płycie. W zasadzie ciągle dzieje się coś, co powoduje, że So Slow odradza się – zmiany składu, poszukiwania nowych rozwiązań muzycznych. Cały czas powtarzam, że ten zespół to przede wszystkim „wielka niewiadoma”. Motto brzmi: „…nikt nie jest bezpieczny„. Wychodzimy ze swojej strefy komfortu za każdym razem jak włazimy na salę prób. Ciągle dyskutujemy o tym co robimy, ciągle mamy dylematy i depresje związane z graniem, cały czas idziemy w miejsca gdzie nas jeszcze nie było. Sądzę, że nowe So Slow powstanie w przyszłym roku. Albo za miesiąc. A może na najbliższych koncertach. Kto to może wiedzieć… I kogo to może obchodzić…

Skoro już wspomniałeś o koncertach… Ciekawi mnie, jak podejdziecie teraz do sprawy setlisty. Postawicie raczej na tytułowe „tranzy”, czy będziecie także sięgać po wcześniejszy, zdecydowanie jednak odmienny materiał?

Na najbliższych koncertach będziemy grać głównie cały materiał z „3T”, tak nam się to fajnie układa. Być może sięgniemy po jakieś fragmenty poprzednich płyt, ale raczej tylko te bardziej „otwarte”. Zobaczymy jak na żywca będzie się „sprzedawała” nowa płyta, tym bardziej, że te numery cały czas ewoluują. Cóż, ja zawsze śmieję się, że idealny koncert So Slow będzie wyglądał tak, że zagramy jeden długi numer. Ale na razie to tylko żart…

A może jednak tego rodzaju występ byłby fajnym, jednorazowym wyskokiem? Od początku do końca improwizacja…

No tak, to mogłoby mieć sens w przypadku jakiegoś specjalnego wydarzenia. Tyle, że nie wiem, gdzie. Ale na pewno do tego dążymy. Na OFFie zagraliśmy cztery numery, teraz będziemy grać trzy… Zobaczymy. Tu zresztą nie chodzi o jakieś so slowzałożenia, tylko o to, żeby porwać i siebie i słuchaczy w transowe gibanie. Zobaczy co się wydarzy.

Zdecydowaliście się na nagranie teledysku lub – jak sam to określiłeś – filmu krótkometrażowego do otwierającego „Tranz I”. Muszę przyznać, że wybraliście do tego niezwykle interesujący utwór i jestem cholernie ciekaw końcowego efektu… Kiedy narodził się pomysł na tego rodzaju przedsięwzięcie? Czy kręcenie teledysku do prawie 12-minutowego, niezbyt przebojowego utworu ma sens?

Pomysł narodził się wraz z pojawieniem się So Slow (śmiech). Od zawsze chcieliśmy zrobić klip. Dzisiaj to już nie jest jakieś straszne wydarzenie, w zasadzie każdy startujący zespół, a także starsze kapele muszą mieć jakiś obrazek. Często zastanawiam się nad sensem takiego wysiłku – wydaje się mnóstwo kasy, traci czas a potem po paru dniach i tak nikt nie pamięta w całym tym natłoku o jakichś konkretnych obrazkach. Tak samo jak nie kumam po co robić standardowe, nudne do wyrzygania klipy w stylu grający zespół plus przebitki, nie wiem, ulicy itp. Nuda. To się sprawdza jedynie w przypadku załóg HC, krótko na temat, brutalnie. W dłuższych formach nie ma to sensu. Nam nie udało się zrobić klipu przy okazji pierwszej i drugiej płyty i teraz założyliśmy, że MUSIMY! Problem w tym, że długości tych numerów każdego odstraszały. Były opcje, żeby wyciąć jakiś fragment kawałka, żeby mieć jakikolwiek ruchomy obraz, ale po jakimś czasie stwierdziliśmy – kurde, to nasza muzyka, nasz pot i koncepcja, po co mamy coś wycinać?! Skoro się nie da, to trudno. A potem stała się rzecz, która wydarza raz na sto lat. Michał puścił nasz kawałek swojemu koledze Pawłowi Czarneckiemu, który zajmuje się sztuką, fotografuje, jest aktywistą przestrzeni miejskiej, ogólnie takie sprawy. I Pawłowi tak się spodobał kawałek, że postanowił zrobić do niego 12min filmik. Ot, tak, po prostu z „zajawki”. Myśleliśmy, że skończy się na gadkach – wiadomo jak jest, jak przyjdzie co do czego to sprawa utknie na piętrzących się problemach. A tu nagle, po jakimś czasie dostajemy pierwszą próbę; byliśmy zaskoczeni, było zdziwienie, ale poszło i w ten sposób mamy impresję filmową do kawałka „Tranz I”. Nie dość tego, kolega zaangażował do filmu różnych aktorów, wykorzystał drona, żeby nakręcić ujęcia z lotu, poświęcił na ten film kupę czasu i wymyślił wciągającą historię w stylu „blokowa paranoja”. No i jest. Dziwna, momentami groteskowa, momentami mocno psychodeliczna ilustracja do muzyki. Mam nadzieję, że właśnie ta forma, długość i ogólny klimat spowodują, że ten klip stanie się czymś więcej niż tylko chwilową zajawką. Zastanawiamy się jak to wykorzystać, planujemy dorzucić do płytki kod do ściągnięcia klipu, żeby nie zaginął i pożył trochę dłużej bo warto. Co mam więcej powiedzieć. Mamy szczęście, że ktoś się zainteresował naszą muzyką właśnie pod takim kątem.

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: Janek Fronczak