ŚLINA – Bez ograniczeń

Ślina to działający od jakiegoś czasu, wrocławski skład, który muzycznie prezentuje modny obecnie na alternatywnej niwie miks improwizacji, jazzu i transu. Wyróżnia ich niewątpliwie chwytliwa nazwa, ale też i debiutancka płyta, składająca się z… jednej, 36-minutowej kompozycji. Trzeba  być odważnym, by taki koncept zaproponować, ale jednocześnie coś w tym jest, bo od razu zwraca uwagę łowców oryginalnych wydawnictw. Co do zawartości, odsyłam do recenzji a do zespołowej kuchni zaglądamy wraz z Matyldą (saksofon) i Filipem (gitara, elektronika) i malutkim udziałem Mikołaja (bas). 

Kobiety, ślina i świat” – tak okreslił swoje inspiracje Michael Gira ze Swans. Czy to jest geneza nazwy (całkiem nośnej…) waszego zespołu czy coś zupełnie innego?

Filip: Ha ha, nie… Zupełnie nie; nazwa została uzgodniona na szybko w drodze do radia. Wcześniej po prostu jamowaliśmy w piwnicy i nazwa nie była potrzebna.

Matylda: Za tą nazwą stoi trochę też przemyśleń; szukaliśmy dobrego określenia na naszą muzę, która powoli płynie i przybiera różne formy.

Dla mnie jest bardzo symptomatyczna, nawet jeśli przypadkowa – ślina zawiera przecież wszystko co stanowi o naszym kodzie genetycznym. Tak jak wasza muzyka, która zawiera wiele informacji o waszych inspiracjach. I jednocześnie jest dobrym haczykiem do rozpoczęcia rozmowy (śmiech). Czyli jednak… premedytacja.

Mikołaj: W następnym wywiadzie z chęcią wykorzystam Twoje wyjaśnienie nazwy (śmiech).

Filip: Wydaje mi się, że nazwa nie jest jakoś strasznie istotna. Czegokolwiek byśmy wtedy nie wybrali, teraz mielibyśmy ten sam problem z wytłumaczeniem się. Jest łatwa do zapamiętania, dość brzydka, a ja lubię brzydkie rzeczy… To jest nieco zagmatwana sprawa.Ślina

Ok, teraz sztampowo, ale jest to konieczne, mianowicie, w związku z brakiem jakichkolwiek informacji na temat waszej historii, powiedzcie, skąd się wzięliście i jakie okoliczności doprowadziły do powstania zespołu?

M: Nie było wielkiej idei zakładania zespołu, on po prostu powstał. Ustawiliśmy się na jam z Mikołajem i Filipem, grało się super, ale brakowało perkusisty. Mikołaj powiedział, że jamuje ze Staszkiem i poszliśmy do niego, do baru gdzie pracował. Pomysł wspólnego grania spodobał mu się, więc zabraliśmy z nim gary i poszliśmy na salkę. Od razu poczuliśmy, że dobrze się nam razem gra. Od tamtego momentu graliśmy praktycznie codziennie, długie sety po parę godzin. Ze Śliną jest tak, że bardzo dużo rzeczy wydarza się naturalnie, tak samo jak ten zespół.

F: Tak jak z nazwą – przypadkowo w gruncie rzeczy. Dla mnie mega ciekawe było też granie takich ambientowych rzeczy. Nigdy wcześniej nie miałem okazji w takich klimatach popływać, zresztą, chyba nikt z nas. Po prostu każdemu to pasowało i jakoś ciągnęliśmy dalej te spotkania i tak do teraz.

Naturalnie czy nie, ale… zastanawiam się, czy w tym wszystkim, próbach i jamowaniu nie zastanawialiście się, gdzie wpadniecie ze swoją muzyką? Nie ma co ukrywać, że scena alt – impro (ha, wymyśliłem nową szufladkę!) jest wypchana zespołami, które w takich klimatach robią. Nie boicie się, że, hmmm, trochę przepadniecie?

F: Wszyscy kiedyś przepadniemy. A tak serio, wydaje mi się, że w scenie alt-impro, jak ją ślicznie nazwałeś, chodzi głównie o granie gigów. W Polsce taka muza nie wpada raczej na stadiony. Ja nie mam pojęcia, w którym kierunku pójdziemy z tym dalej. Od nagrania do wydania naszej płytki minął prawie rok i już po tym roku graliśmy mocno inaczej.

M: Ja się nie boję. Jak jest się dobrym to nigdzie się nie przepadnie. Wcześniej miałam zespół improwizujący „Kolega Doriana”, gdzie graliśmy muzykę dużo trudniejszą w odbiorze i był bardzo pozytywny odbiór, zawsze pełno miejscówek do grania. Uważam, że reprezentujemy tym co gramy coś naprawdę ciekawego i wartego uwagi.

Nie chodziło mi nawet o strach, ale świadomość tego, co wokół się dzieje. O umieszczenie się w jakimś kontekście. Bo nie powiecie mi, że nie obserwujecie tego co się dzieje na styku sceny jazzowej i alternatywnej, nieprawdaż?

M: Mam problem z dokładnym umiejscowieniem naszej muzyki; jak znajduję jakieś określenie, to zagramy taki set,  który absolutnie temu zaprzecza. Ciekawa jestem jak inni nas próbują kategoryzować, bo z tego co wiem, nie jest to łatwe. Na jednym festiwalu nawet określili nas jako doom jazz. 🙂

F: Wydaje mi się, że to ludzie muszą nas umieścić gdzieś w swoich własnych kategoriach, najlepiej na koncercie, bo to w końcu impro. Naszym kontekstem było wspólne granie w piwnicy na Tamce, a nie zastanawianie się czy jesteśmy bardziej jazzy czy może bardziej desert rockowi czy jacykolwiek inni.

Dotykamy ciekawego problemu, bo zauważam, że liderzy tego nurtu, czy też jego prekursorzy, w tym momencie zaczynają uciekać w krótsze formy, zaczyna się coś w rodzaju odwrotu od długich form na rzecz konkretu. Na placu boju pozostają najwytrwalsi. Dlatego wasza płyta jest o tyle symptomatyczna, że utwierdza mnie w przekonaniu, że takie granie na razie jest nadal otwartą ścieżką. 

M: Podoba mi się nasza konsekwencja i autentyczność w tym jak gramy. Długie sety pozwalają nam w pełni zanurzyć się w danej opowieści. Nie wiem czy tak zawsze będziemy grać, ale na razie w takim graniu najlepiej się odnajdujemy. Również słuchaczom się podoba – często po występie słyszymy, że w pełni „odpłynęli” w czasie koncertu i czuli się jak po psychodelikach będąc trzeźwymi. Janusz Jabłoński i Tomasz Gregorczyk w czasie „Rozmów Improwizowanych” na antenie radia Dwójka emitowali cały materiał z naszej płyty, twierdząc, że tej opowieści muzycznej nie można słuchać we fragmencie.

F: Naprawdę myślę, że to kwestia tego kto akurat ma jaki pomysł. Ludzie robiąc muzę chyba na ogół nie zastanawiają się przesadnie czy nagrywają krótkie wałki, czy może półgodzinny ambient, o ile nie robią koncept albumu albo nie nagrywają pod publikę. Nam jak na razie zwyczajnie podoba się forma dłuższych setów. Powiedziałbym nawet, że mamy problem z graniem krótszych.

Ślina live

Bez ograniczeń

Czy można używać w stosunku do waszej muzyki określenia „jazz”? Czy to będzie nadużycie?

F: Ha ha, o Jezu. Prędzej jakiś „free-jazz”. Ja na pewno nie czuję się jazzowym gitarzystą. Chyba tylko Mikołaj faktycznie ma jakąś teoretyczną wiedzę jak działa jazz w kontekście teorii muzyki. Ale jak ktoś powie, że gramy doom-jazz to mi się nóż w kieszeni nie otwiera. 🙂

M: Jak free-jazz jest jazzem, to my tym bardziej gramy jazz.

Pytam o to, bo zdania co do takiej muzyki są podzielone. Dla jednych to będzie trans, dla innych space rock, jeszcze inni usłyszą psychodelię… Na pewno nie jest to doom. Choć faktycznie trudno zdefiniować muyzkę. Czy ten fakt „niedefiniowalności” jest dla was plusem czy raczej obciążeniem?

M: Czasem jest to męczące, na wydarzeniach dobrze jest napisać w jakim nurcie gramy, albo na Bandcampie czy Youtubie otagować muzykę. Nam do grania nie jest to potrzebne.

F: Możemy i grać Not-Doom-Jazz. Obciążeniem byłoby, gdyby ludzie biegali po Empiku od stoiska do stoiska i szukali naszej płyty. Na szczęście(?) nie ma nas w Empiku. Zawsze wolałem zespoły, które niespecjalnie martwią się gatunkowością i po prostu grają. Wtedy znika trochę ograniczeń.

No właśnie, dotykamy ważnej kwestii. Promocja, płyty fizyczne, kariera. Sukces… Co na ten temat macie do powiedzenia?

M: Sukces wisi w powietrzu. Wydaliśmy debiutancki album nakładem Kilogram Records, prowadzonym przez Olę i Mikołaja Trzaskę. Myślę, że to album bezkompromisowy – jeden utwór trwający ponad 36 minut. I się przyjmuje, ludziom się podoba, a dla nas dobry znak, że tworzymy coś wartościowego.

F: Płyty są, w drodze kolejny materiał. Nie mamy wielkiego biznesplanu. Mam nadzieję, że będziemy mogli grać jak najwięcej gigów, a jeśli po drodze okaże się, że się stał się jakiś Sukces czy Kariera, to ekstra. To dwa przerażające słowa.

Przerażającym zwrotem jest „proza życia”. Jak owa proza ma sie do zespołu? Pracujecie i wieczorami w pocie czoła gracie, czy może Ślina to tylko jakiś ułamek waszej muzycznej działalności?

F: Może nie ułamek, jest gdzieś na górze hierarchii zespołów, ale zdecydowanie nie jest wszystkim. Każdy ma swoje inne projekty, a na dodatek Stachu mieszka teraz w Legnicy, więc musimy się zjeżdżać specjalnie na próby. Mikołaj non stop gdzieś z kimś gra. Ja jadę jeszcze w Torteksie, zaczynamy miksować naszą pierwszą płytkę. Ostatnio też wspólnie z Mikołajem nagrywaliśmy jakieś ambientowe odloty z Vojto Monteur, zobaczymy co z tego wyjdzie. Gdzieś w tle się czai hip-hopowy Marcin Halba.

M: Każdy trochę inaczej. Mikołaj żyje tylko z muzyki, ma dużo projektów, ale otwarcie mówi, że Ślina, to jego ulubiony. Staszek prowadzi Klubokawiarnię w Legnicy. Ja miałam taki moment, że nie wiedziałam, w jakim kierunku pójść, przez jakiś czas bardziej skupiłam się na karierze naukowej, ale od trzech lat już wiem, że muzyka jest na pierwszym miejscu i w tym Ślina. Jak rozmawiamy o projektach muzycznych, to gram jeszcze w Sneaky Jesus, w projekcie Japońsko-Brytyjsko-Polskim Butoh Techno, no i improwizowane gigi.Ślina2

Zatem dzieje się, ale najbardziej zaintrygowała mnie ta „kariera naukowa” – czy możesz, Matyldo, rozwinąć ten wątek?

M: Mam dyplom magistra z Finansów i Psychologii i obroniłam doktorat z Ekonomii, prowadziłam badania o intuicji.

Robi wrażenie… Kiedy masz czas na ćwiczenie z zespołem??

M: W ubiegłym roku wygrałam konkurs organizowany przez MIT na temat zastosowania wyników swoich badań w praktyce, co mnie utwierdziło, że wyniki są ciekawe. Granie muzyki jednak jest najważniejsze, będę się cieszyła, jeżeli uda się zawsze to wszystko połączyć. Zespół to priorytet, jakoś mi się to udaje.

Podziwiam. Czy takie wykształcenie wpływa na styl gry? W sensie analityczne myślenie, konsekwencja i wnikliwość naukowca przełożona na instrument?

M: Może, ale nigdy o tym nie myślałam w ten sposób.

Ok, w waszych wypowiedziach przewija się temat nowego materiału. Skoro o nim napomykacie, to może coś więcej?

F: Trzy tygodnie temu, po koncercie w poznańskim Dragonie, pojechaliśmy na kilka dni na Statek Kultury do Cigacic pod Zieloną Górą. Znajomi mają tam w porcie barkę (właśnie Statek Kultury), na którym organizują różne wydarzenia kulturalne. W lato byliśmy tam na impro-plenerze, współorganizowanym przez Poznańską Orkiestrę Improwizowaną i pomyśleliśmy, że to super miejsce, żeby nagrać kolejny materiał.

Kiedy planujecie wydanie nowości?

F: Myślę, że nie prędzej niż za pół roku. Nie mamy deadline’u. Będziemy przy nim dłubać i zobaczymy jak wyjdzie. Fajnie jest chwilę odpocząć od nagranego materiału żeby bardziej obiektywnie na niego spojrzeć.

Jaki jest nowy materiał w stosunku do 36″28″?

F: Trochę bardziej wodny niż leśny.

M: Też tak uważam…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Marcin Wojtowicz