SEXY SUICIDE – Kochamy ten kicz…

Diabeł może wyglądać niewinnie, seks może być obrzydliwy, a śmierć i samobójstwo seksowne – informuje Marika. Ja dodam, że sztuka musi być przede wszystkim plastyczna. To materiał, który kształtuje się w naszych myślach, przywołując określone stany. Interakcja. Poziom, na którym możemy zrozumieć sztukę, niezależnie jakie są narzędzia przekazu, czy jest to gitara, bęben czy sampler. Muzyka musi być portalem do innych przestrzeni i Sexy Suicide czymś takim jest. Podróżą do przeszłości. Dalekiej, bo kotwiczącej gdzieś w połowie lat 80. Muzyka SS łączy w sobie i frywolność przaśnej elektroniki z dyskotekowych klubów, mrok rodzącego się gotyku, wyrafinowanie Pet Shop Boys i zimno nowofalowej motoryki. A to wszystko przeniesione zostaje na współczesny grunt. Czym różni się Sexy Suicide od swoich protoplastów? Być może tym, że bardzo twardo stąpa po ziemi i ma coś do powiedzenia, co w tej branży wcale nie jest takie oczywiste. Bronią swojej koncepcji i udaje im się udowodnić, że ma to sens… Przed wami dark/synth/disco, czyli płyta „Intruder”, o której opowiadają Marika Tomczyk i Bartłomiej „Poldek” Salamon… 

Na początek może trochę politycznie – nie boicie się, że w dobie takiej a nie innej władzy, która nieco za bardzo interesuje się prywatnymi poglądami ludzi, wasza nazwa może spowodować, że tu i ówdzie mogą Wam zabronić wjazdu?

P: Zupełnie się nad tym nie zastanawiałem, nie obchodzi mnie to. Nie musimy grać wszędzie, nawet nie chcemy.

M; Z jednej strony może tak być, ale mamy to gdzieś, a z drugiej strony taki właśnie wizerunek, nazwa i nasze poglądy  powodują, że ludzie niezadowoleni z obecnej władzy mogą się z nami utożsamiać…

Sex i samobójstwo zawsze bardzo mocno oddziaływały na wyobraźnię. Oczywiście wiem, jaka była podstawa ten nazwy, ale czy można ją rozumieć w szerszym kontekście, jako wybuchową mieszaninę emocji? W dzisiejszych czasach, kiedy emocje coraz częściej są tylko teoretyczne, taki ładunek jest bardzo sugestywny…

M: Jasne, ludzie popełniali samobójstwa z miłości np. razem, w czasach gdy nie było dane być im ze sobą. Jest w tym coś seksownego i wzruszającego. Ale tutaj też chodzi o pokazanie, że w sztuce każdy temat można przedstawić na rożne sposoby. Diabeł może wyglądać niewinnie, seks może być obrzydliwy, a śmierć i samobójstwo seksowne. Za to kocham sztukę, że nie stawia żadnych barier.

P: Mnie bardzo zależy na generowaniu konkretnych emocji i reakcji, jednak inspiracja była jednoznaczna. No może jeszcze Marika jest bardziej sexy, a ja bardziej suicide (śmiech).wyw_sexy-suicide_05793e511dc549

Bariery są, ale zewnętrzne, bo to właśnie sztuka często spotyka przeszkody w postaci różnych nadgorliwych idiotów. Zdarzyło się Wam spotkać z jakimiś nie do końca sensownymi odzewami, ktoś robił z tytułu nazwy jakieś problemy?

P : Słyszałem o osobach, które bały się nas ze względu na nazwę, albo widziałem kiedyś jak pewna mama zasłaniała córce uszy na naszym koncercie, ale chyba nic poważniejszego na razie się nie zdarzyło. Wcale nie wykluczone, że spotkamy się z takimi reakcjami w przyszłości.

M: Ha, ha, ha… zasłaniała bo śpiewałam piosenkę gdzie udaję orgazm… Ja widzę krytykę w komentarzach pod kawałkami na youtubie… Na zasadzie: fajny zespół, ale nazwa durna, albo fajna piosenka, ale głupio, że zahacza o temat homoseksualizmu – takie wypociny osób z zamkniętymi głowami – którzy chcieliby żeby wszystko – muzyka sztuka i wszystko dookoła mieściło się tylko w zakresie ich poglądów.

Troszkę o historii – kiedy „wymyśliliście” Sexy Suicide? Jak doszło do powstania zespołu? Ot, po prostu chęć tworzenia czy może jakieś ciekawe okoliczności?

P: Tak, chęć tworzenia, chciałem wylać z siebie, to co siedziało w środku od 15 lat, a jest to właśnie tym dziwactwem z przeszłości.

M: Zaczęliśmy grać jako Neon Romance, założyłam profil na szukammuzyka.pl – Bartek też i tak się znaleźliśmy. Zespół się rozpadł (na szczęście) i tak zrodziło się Sexy Suicide. Chcieliśmy zafundować sobie świeży początek. Jako duet możemy dojść łatwiej do kompromisów.

O kompromis na pewno łatwiej ale łatwiej też zbudować sprawną logistykę, lepiej niż z np. 5 – osobowym zespołem. Planujecie poszerzenie składu, czy w duecie Wam dobrze?

P: Im więcej osób w zespole, tym więcej problemów, o czym się z resztą przekonaliśmy. Co do przyszłości, nie jestem w stanie teraz tego stwierdzić, bardziej prawdopodobne, że pod kątem muzyka sesyjnego, czy dodatkowej osoby na koncert. Największy problem stanowiłoby wybranie spośród osób, które chciałyby grać z nami jednej odpowiedniej, która sprostałaby naszym wymaganiom, a nie są one niskie.

M: Pasuje nam to, że jesteśmy kompaktowi jak to się mówi. Chętnie nas zapraszają za granicę np. bo mało płacą za bilety (śmiech). A poza tym, im więcej osób, tym więcej różnych zdań w jakiejś sprawie. Rzadziej rozpadają się duety niż większe grupy.

To prawda, wygodna sprawa. Skoro wdepnęliśmy w temat koncertowy – dużo gracie? Gdzie było najlepiej. Zważywszy na Waszą muzykę, zdarzyły się jakieś, hmmm, nietypowe zaproszenia, np, na jakieś imprezy disco itp. Wiadomo, że nie każdy organizator musi kumać rzeczy typu synth pop czy new romantic… Odmawiacie?

Tak, ostatnio po naszym występie w Must Be The Music, ukazaniu się singla i clipu do „Never Forget”, oraz premierze albumu „Intruder”, propozycji pojawiło się naprawdę sporo i często występujemy. Na pewno nigdy jednak nie zagramy na jakiejkolwiek inicjatywie związanej ze środowiskiem prawicowym, oraz na szeroko rozumianych „chałturach” urodzinowo/weselnych itp. za kasę. Prędzej przy okazji pobytu gdzieś, zagramy za darmo na punkowej domówce (śmiech).

M: Ha, ha, taaak… Np. wysyłaliśmy do klubów nad morzem zapytanie koncertowe i jeden gość napisał, że super, że zaprasza, ale pod warunkiem, że zagramy kilka szlagierów polskiej muzyki 80… Albo mieliśmy zaproszenie na 18 urodziny (śmiech). Zdarzają się różne propozycje. Staramy się być otwarci i grać zarówno w darkwave’owych klubach jak i na popowych festiwalach, ale są miejsca i imprezy, na których grać nie chcemy. A gramy sporo, ostatnio nawet 2-3 koncerty w jeden weekend. Kręci się – cieszę się, bo były czasy, kiedy mieliśmy jeden koncert na dwa miesiące (śmiech).SexySuicide_cover

Nie uważasz, że pojawiająca się w kontekście Sexy Suicide łatka „italo disco” jest trochę krzywdząca i może powodować, że ludzie będą was postrzegać jako zespół „retro – kiczowaty”? Zdecydowanie lepiej brzmi synth pop, ale to z kolei nie do każdego trafia. Jak Wy sami określacie swoją muzykę?

P: Nie ma co tutaj pieprzyć jak większość młodych zespołów, które grają konkretny gatunek, ale opowiadają wszem i wobec, że nie chcą być szufladkowani, że są nieokreśleni itp. – chrzanienie. Powiedzmy sobie otwarcie: w historii muzyki elektronicznej pojawiły się trzy zespoły: Kraftwerk, Depeche Mode i The Prodigy, co więc nowego i jakiego przełomu i ewolucji na tym podłożu ktoś chce dokonać? To mnie trochę bawi. Wszystko już było. My nigdy nie dorabialiśmy piździe uszu. Gramy wszystko to, co już było i otwarcie mówimy, że powielamy pod kątem inspiracji rzeczy z 80. Gramy klasyczny, industrialny synthpop/darkwave/italo disco. Co do samego italo disco, nie rozumiem dlaczego takie określenie miałoby być krzywdzące? Kochamy ten gatunek. Italo Disco, mimo że była to muzyka taneczna, miała w sobie zaklęty pewnego rodzaju smutek i dekadencję, z racji tego, że często była „przykrywką”, taka dobra mina do złej gry, względem tego, co działo się w nocnych klubach północnych Włoszech – handel ludźmi, skorumpowana przestępczość, prostytucja nieletnich, problemy narkotykowe, to było słychać, taki taniec z łzami w oczach. Wystarczy posłuchać P.Lion  – Happy Children ,  Savage – Radio, czy RAF – Self Control , Valerie Dore – Get Closer… „…Kiedy świat chyli się ku upadkowi – zbliż się. Nie potrafimy powiedzieć ci żegnaj. Cały świat czeka – zbliż się. Możemy zabrać cię nocą…” (Valerie Dore – Get Closer). „…Zabrałeś mnie, zabrałeś moją kontrolę nad sobą. Sprawiłeś, że żyję tylko dla nocy. Zanim przyjdzie poranek, historia ma swój koniec. Zabrałeś mnie, zabrałeś moją kontrolę nad sobą…” (RAF – Self Control). „…Potem godziny pracy. Żadnych kwiatów w myślach. Życie biegnie nieszczęśliwie, ooh. Codzienne marzenia. By uciec do lepszego życia. Ale pozostają one tylko marzeniami…” (P. Lion – Happy Children). To wszystko refreny dyskotekowych hitów…

M: My lubimy Italo disco! Wręcz trochę się nazywamy zespołem gothic-italo disco he, he. Nie ma dla nas w tym nic krzywdzącego, jesteśmy trochę kiczowaci… Lata 80. takie niekiedy były… A my kochamy ten kicz.

No i dochodzimy do meritum. Lata 80. Jesteście młodzi, więc te lata traktujecie inaczej niż Ci co je przeżyli. Kiedy zaczęła się ta fascynacja. I dlaczego muzyka elektroniczna a nie, nie wiem, Dezerter?

P: Wiesz, mam 32 lata, więc coś tam szczątkowo pamiętam, z resztą, to bez różnicy w jakim momencie czasu słuchasz czegoś co na Ciebie wpływa, czy na bieżąco kiedy to było modne, czy gdy odkrywasz to po latach, ważne jak oddziałuje. Moja fascynacja hitami z 80. zaczęła się kiedy w połowie 90. odkryłem pudło ze starymi kasetami magnetofonowymi mojego ojca, które przywoził do Polski przy okazji wyjazdów do RFN, do pracy. Gdy zacząłem słuchać tych numerów Phila Collinsa, Roda Stewarta czy Tanity Tikaram uświadomiłem sobie, że pop mógł być naprawdę wartościową muzyką dla wrażliwych ludzi, mówiącą o istotnych sprawach, później gdy włączyłem znowu radio, chciało mi się wymiotować. Zaraz po tym pojawiło się Depeche Mode i na równi z tym fala powrotów gwiazd euro disco z 80. – Modern Talking, Fancy, C.C.Catch, Bad Boys Blue oraz kanał MTV Classic w polskiej TV, no i już przepadłem całkowicie. Co do Dezertera – też go słucham, chociaż wolę Psy Wojny czy Celę Nr.3 Uwielbiam jarocińskie rzeczy z połowy 80. i rozkwit całej zimnofalowej i postpunkowej sceny,  który  miał wtedy miejsce w roku 1984, z Siekierą, Madame, 1984 i Made In Poland na czele.

Kochamy ten kicz...

Kochamy ten kicz…

Sexy Suicide to głównie klawisze i samplery. Syntetyczne brzmienie, zimny klimat i specyficzny image. Długo trwało opracowywanie tego stylu, przygotowania, by wreszcie móc pojawić się na scenie? Pamiętasz reakcje ludzi, kiedy się pojawiliście pierwszy raz na koncercie?

P: Musiałem skompletować instrumentarium, które było mi potrzebne, które z resztą ciągle rozbudowuje. Natomiast lubię gdy muzyka idzie razem w parze z pasującym do tego wizerunkiem, jednak moja stylówa od wieeelu lat jest stała, więc nie było jakichś radykalnych zmian, no może poza większą ilością lakieru do włosów i make up’u.

M: Wizerunek ewoluował, na początku było spokojnie, potem przynajmniej z mojej strony nabrałam odwagi aby rozbudować swój wizerunek ostrzej, mocniejszy makijaż, bardziej kuse ubranie, więcej cekinów, dodatków. Bartek często doradza mi co ubrać w związku z tym, że jest specjalistą, chodzimy po ciuchlandach szukać oryginalnych ubrań  z tamtej dekady, ale nie było nigdy jakiejś specjalnej reakcji na to jak wyglądamy czy co gramy – zazwyczaj ludzie, którzy przychodzą na koncert wiedzą kogo się spodziewać albo siedzą w podobnym klimacie. Na pewno robimy wrażenie jak po koncercie idziemy na zapiekankę albo do sklepu, po fajki… Wtedy ludzie się gapią (śmiech).

Zakładam, że macie jakieś wzory, zespoły, na których się wzorujecie – czy to muzycznie czy wizerunkowo – może coś o tych fascynacjach opowiedzieć?

Wiele lat temu moje życie niewątpliwie zmienił zespół DM, nie licząc niewielkich wyjątków, ich twórczość z lat 1980-1990 trafia do mnie w pełni. Jedne z zespołów, które mają obecnie największy wpływ na to co robię to Skinny Puppy, The Frozen Autumn, Wolfsheim, Boytronic, Bonanza Banzai, Max Him… W nurtach electroindustrial, postpunk, synthpop jest sporo rzeczy, które mnie interesują, ale równie dużo tych, którymi jestem już znudzony, szczególnie jeżeli chodzi o nową falę gatunku minimal synthwave.

M: Ja się wzoruję na Madonnie, Marie Fredriksson, Cyndi Lauper… Muzycznie słucham wielu rzeczy… C.C.Catch, Modern Talking, Yazoo, Bronski Beat – tam jest full inspiracji, melodie, które są taneczne, piękne a jednocześnie tęskne i melancholijne. Ja lubię ten delikatny synthpop, wpływy industrialu i mrocznych klimatów są zasługą Bartka.0005733517_10

Właśnie, w waszej muzyce w ciekawy sposób miesza się ten bardziej popowy element z mrokiem – jednocześnie możecie zagrać na prywatce a la lat 80. i w Bolkowie dla gotów. Nie czujecie takiej, hmmm, lekkiej schizofrenii, mimo wszystko.

P: Nie, mnie osobiście podoba się taka lekka uniwersalność, tym bardziej, że jak wiadomo i o czym już mówiliśmy te gatunki w 80. wzajemnie się przenikały, gotyckie bandy jak Siouxie, The Cure czy Love and Rockets królowały z tanecznimi numerami na listach przebojów, a na przemian obok nich dyskotekowe C.C.Catch czy Samantha Fox tańczyły wśród mgły, w ramoneskach i pieszczochach z wampirycznymi makijażami. Ten klimat stanowi dla mnie ścisłą całość.

M: Muzyka jest dla wszystkich, fajnie ze potrafiliśmy połączyć nasze fascynacje i stworzyć coś w czym ludzie potrafią odnaleźć coś dla siebie. Nie zapomnę widoku jak w Augsburgu na young&cold festivalu na koncercie pod sceną kilku gotów wyglądających niczym upiory skakały pod sceną do naszym synthpopowych kawałków. Cudownie!

Dla kogo gra się lepiej? Przypadkowa publiczność na „zwykłej” imprezie czy raczej historie tematyczne – festiwale gotyckie, imprezy new romantic czy zloty fanów Depeche Mode?

P: Druga opcja. Tam ludzie świadomi swojej muzycznej orientacji , udają się na konkretne rzeczy. Sądzę, że hispterzy słuchający The Dumplings, xxanaxx i innych tych wszystkich zespołów z identycznie jęczącymi wokalistkami na modny teraz schemat, do tła połamanej muzyki z jabłuszka sądzą, że idą na kolejny koncert „electropopowy”, bo te wszystkie zespoły nie wiedzieć czemu electropopem się określają; w rezultacie słyszą nas i są chyba trochę zdezorientowani. No ale takie mamy dzisiaj czasy (śmiech).

M: Zdecydowanie to drugie. Oni znają nasze kawałki i bawią się na koncercie jak do starych dobrych utworów. Widzę to jak cześć osób śpiewa ze mną refren np, albo zaczynają się pierwsze dźwięki numeru a oni krzyczą głośno. Natomiast na przypadkowym koncercie jest z kolei fajnie, bo po nim przybywa nam sporo nowych fanów, jednak przy zetknięciu z muzą, którą pierwszy raz słyszysz jesteś raczej powściągliwy… No chyba, że wlałeś już w siebie dużo procentów.

Często zdarzają się zaproszenia na koncerty typu zamknięta impreza w korpo? Modne to ostatnio, choć zespoły różnie podchodzą – dla jednych chałtura, dla innych okazja na zarobek. Mam wrażenie, że Wy takich zaproszeń trochę otrzymujecie…

P: Nie otrzymaliśmy takich zaproszeń , nie gramy na takich imprezach.

M: Jeszcze nie graliśmy na takiej imprezie. Kiedyś raz jako neon romance… Ale to był Festival motocykli retro raczej, wiec pasowało to do nas akurat. Ale jakbyśmy mieli zagrać na imprezie integracyjnej dla pracowników jakiejś korporacji albo na 10-lecie istnienia firmy … To raczej byśmy nie grali (śmiech). Z jednej strony fajnie zarabiać na muzyce, a z drugiej też nie chcemy robić czegoś wbrew sobie i stać się taką … hmmm, prostytutką muzyczną.

Mówiliśmy już o strojach „z epoki”, a jak wygląda sprawa sprzętu? Bawicie się w szukanie starych syntezatorów, samplerów itp czy bazujecie na nowych „zabawkach”? Pytam, bo wśród muzyków jest wręcz moda na szukanie staroci i chwalenie się, że „gram na marshallu z 65 roku”…

P: Tak, w komisach sprzętowych, w sieci, można czasami upolować niezłe perełki w dobrej cenie, trzeba być tylko czujnym. Warto też pojechać na giełdę staroci itp. Głównie są to syntezatory analogowe, ale korzystamy też z rozwiązań cyfrowych nawiązujących brzmieniowo do przeszłości. Jesteśmy też stałymi gośćmi złomowiska, gdzie można wygrzebać różne graty pozwalające uzyskać dobre brzmienia. Z jednym panem mam nawet układ, że może tam regularnie wchodzić i sobie postukać. W Sosnowcu jest też kilka opuszczonych miejsc, które świetnie się do tego nadają, stary park z rurowymi placami zabaw, gdzie znajdują się huśtawki, karuzele z metalu pamiętające lata 70., czy stary opuszczony dworzec południowy, takich miejsc w Zagłębiu jest masę i stanowią kopalnie niesamowitych brzmień, które później możemy powgrywać w nasze zabawki. Jest taka tendencja do okupowania się i obstawiania niesamowicie drogimi kąskami z 80., wrzucaniu filmików, zdjęć ile to ja tego nie mam, jak to wszystko ładnie świeci i jest ok. Nie lubię takiego przerostu formy nad treścią. Zawsze najważniejszy jest pomysł na siebie i jakaś smykałka, wtedy nawet przy niewielkim nakładzie finansowo/sprzętowym można wyczarować super rzeczy. Z kolei ktoś kto utopi dziesiątki tysięcy w sprzęcie, może przez lata nie zrobić nic, albo odwalić totalną kupę. Wg. mnie taka sytuacja dotyczy każdej innej dziedziny, jak fotografika czy film.

M:Amen!13501943_946486802127663_7047903099738609037_n

Zastanawiałaś się kiedyś skąd bierze się ten cały retro przemysł? Przecież współczesny świat oferuje tyle udogodnień i możliwości, że lata 80 (znam z autopsji – jestem stary…) jawią się jako dość męczący okres w historii. Teraz możliwości jest aż za dużo. Co to jest – przekora, coś na zasadzie „najlepiej jest tam, gdzie mnie nie ma”?

P: No właśnie dużo udogodnień, dużo możliwości, tak na prawdę jest wszystko i nic. Lepiej się namęczyć i czerpać satysfakcję z tego co się stworzyło. Co do 80., to wg mnie dzięki utrudnieniom w dostępie do różnych rzeczy, potrafiliśmy się cieszyć z drobnostek, odczuwać w większym stopniu spełnienie niż kiedy w sytuacji, w której masz wszystko podstawione pod nos. Ważną rzeczą jest jeszcze to, że ograniczony dostęp do nowinek technicznych powodował rozwój własnej kreatywności i kombinowania, co z kolei sprzyjało powstawaniu bardziej oryginalnych i dziwacznych form brzmieniowych.

M: Ja się cieszę, że żyję w czasach gdzie mogę pojechać gdzie chcę, a znajomość z kimś z daleka nie ogranicza się do pisania listów. Nie mniej jednak jest to inspirujące i magiczne… Natomiast jeśli chodzi o fascynację sztuką tamtych lat to nie jest to przekora… Czy jakiś bunt po prostu. To co teraz leci w radiu czy w tv jest gówniane w moim odczuciu… Owszem bywają fajne zespoły czy ciekawi projektanci… Lub super filmy. Ale mam wrażenie, że tylko wtedy twórcy potrafili zawrzeć w jednym dziele tak wiele emocji jak niepokój, smutek, podniecenie… Sprawić, że coś jest tajemnicze w nietypowy sposób.

W sklepach jest płyta, zatem, na koniec mam pytanie odnośnie oczekiwań wobec niej. Krążek jest zawsze takim momentem granicznym – po wydaniu zespół znajduje się w nieco innej przestrzeni, wymagania wobec niego rosną. Czujecie coś w rodzaju presji?

M: Nie czujemy presji, ale mamy zwykły apetyt na więcej, co innego nam w głowie siedzi, więc chcemy to z siebie wydobyć. Chcemy żeby trzymało to ten sam poziom lub było lepsze. Kupiłam sobie Rolanda z 80. i uczę się grać, chcę też dołożyć swoją cegiełkę do kompozycji i chcę abyśmy urozmaicili występy na żywo. Ale to nie efekt presji, tylko chęć doskonalenia swoich umiejętności i rozwijania się.

Ostatnie słowo na do widzenia…

P: Love music, hate racism!

M: Cytat z naszego pudełka: “We are all in the gutter, but some of us are looking at the stars” (Oscar Wilde)

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Makovska photography