SERPENTINE PATH ‒ Nowy rozdział

Czasami śmierci jednego zespołu towarzyszą narodziny kolejnego. Mający ukraińskie korzenie, wokalista Serpentine Path Ryan Lipynsky twierdzi, że w tym przypadku jest inaczej, ale trudno nie wiązać faktów. Niedawno, po pięciu płytach studyjnych, masie splitów i epek, żywota dokonało nowojorskie trio Unearthly Trance, którego „Electrocution” w 2008 roku było jednym z najważniejszych nagrań sceny sludge/doom. Cała trójka pozostała jednak w grze i razem z byłym muzykiem Electric Wizard, a aktualnym gitarzystą angielskiego Ramesses, założyła Serpentine Path. Niecały rok później nakładem Relapse ukazał się ich debiut, będący bezwzględnym i brutalnym doomowym taranem. Poniżej to, co Ryan miał do powiedzenia o jego powstaniu.

Czy Serpentine Path powstało jeszcze przed rozpadem Unearthly Trance?

Ryan: Tak, wtedy Unearthly Trance jeszcze działało, ale powstanie Serpentine Path nie było przyczyną końca UT. To były dwie zupełnie różne kwestie, które nie miały na siebie wpływu. Jako Unearthly Trance graliśmy dwanaście lat i mieliśmy poczucie, że czas najwyższy powiedzieć sobie dość i złożyć broń. Zawsze byłem zdania, że lepiej się pożegnać dobrą płytą, za którą uważam „V”, niż zawieszać działalność zespołu pod naciskiem krytyki albo po jakimś katastrofalnym albumie. Jestem bardzo dumny ze wszystkich nagrań, które udało nam się zrealizować na przestrzeni lat. Uważam, że sporo osiągnęliśmy. Serpentine Path to jest nowa karta w naszej historii, zupełnie inna bajka, nowy rozdział w naszym życiu. Zaczynamy znów od początku.

Serpentine Path to trójka znana wcześniej z Unearthly Trance oraz Angol Tim Bagshaw. Jak przecięły się Wasze drogi?

R: Tima poznaliśmy parę ładnych lat temu. Zdaje się, że było to około 2002 roku, kiedy jako Unearthly Trance graliśmy trasę po Stanach z Electric Wizard i Sons of Otis. W późniejszym czasie trzykrotnie graliśmy z Europie razem z Ramesses, więc była okazja dobrze się poznać. Ostatnio Tim przeprowadził się z Anglii do New Jersey, a ponieważ to dla nas Nowojorczyków żabi skok, postanowiliśmy wyjść z inicjatywą wspólnego grania. Okazało się, że idzie nam całkiem nieźle, więc postanowiliśmy coś nagrać. Tak pod koniec 2011 roku nagraliśmy epkę z dwoma numerami, która ukazała się w Parasitic Records. Następnie poszło już jak z górki, bo w krótkim czasie napisaliśmy materiał na dużą płytę, którą we wrześniu 2012 wydało Relapse.

Tim przez dziesięć lat grał w Electric Wizard. Uważasz ich za ważną kapelę?

R: Zdecydowanie! Uważam, że „Dopethrone” to kapitalna płyta. Niektóre numery z tego albumu to już klasyka gatunku. Wiele młodszych kapel próbuje grać w podobnym stylu, ale nawet nie dorastają im do pięt. Na naszej wspólnej trasie, o której wspominałem przed chwilą, byli zupełnie szalonym zespołem. Wtedy grali jeszcze jako trio. Nigdy nie brali jeńców. Grali niewyobrażalnie głośno i zawadiacko. Do tego zdawali się mieć wszystko w dupie. Czasem miało się wrażenie, że ten zespół zaraz się rozpadnie, a oni wychodzili na scenę i tak zamiatali, że wszyscy zbierali szczęki z podłogi. Nie było wiadomo, czego można się po nich spodziewać. Prawdziwa mieszkanka wybuchowa. Każdy ich koncert był bardzo emocjonujący.

Czy Serpentine Path to kapela jednego albumu?

R: Zdecydowanie twierdzę, że mamy przed sobą przyszłość jako Serpentine Path. Planujemy już kolejne nagrania. Na pewno nie traktujemy tego zespołu jako jednorazowe przedsięwzięcie. Nie zamierzamy jednak nic nikomu udowadniać, ale po prostu grać muzykę, która sprawia nam przyjemność. Będziemy robić swoje.

nowy rozdział

nowy rozdział

Wasza nowa płyta ma prawdziwie miażdżące brzmienie. Momentami przypomina mi Corrupted. Czy to najbardziej brutalny album jaki do tej pory napisaliście?

R: Nigdy nie przyszło mi do głowy porównanie do Corrupted, ale to pewnie dlatego, że specjalnie ich nie słucham. Mimo to fajnie usłyszeć jakie ludzie mają skojarzenia w kontakcie z naszą płytą. Przyznaję, że chciałem nagrać naprawdę brutalny materiał z agresywnymi, niskimi wokalami, więc pod tym względem udało się w stu procentach. Dla mnie liczy się to, że w każdej kapeli, w której gram, staram się uwypuklić pewne aspekty metalu, podkreślić pewne jego elementy. Celem Serpentine Path było skupienie się na najcięższym i najbardziej surowym doomowym brzmieniu.

Chyba na żadnej płycie Unearthly Trance nie było tyle doom metalu, co w Serpentine Path. Co zainspirowało Was do oddania się doomowej stylistyce?

R: Głównym inicjatorem i pomysłodawcą super ciężkiego brzmienia i doomowego klimatu był Tim. On potrafi napisać tak zajebiste doomowe riffy, że to była jedyna słuszna droga dla tego zespołu. To nie podlegało żadnej dyskusji. Przez wszystkie lata z Unearthly Trance staraliśmy się komponować materiał w różnych stylistykach. Był tam doom, ale wplataliśmy różne tempa, różne brzmienia, wokale i naleciałości, chcieliśmy wymknąć się łatwemu zaszufladkowaniu. Staraliśmy się być nieprzewidywalnym zespołem. Uważam, że to była nasza silna strona.

Krótko po premierze „Serpentine Path” okazało się, że na drugiej gitarze dołączył do Was gitarzysta kultowego Winter. Czy granie z gościem, który nagrał „Into Darkness” jest stresujące?

R: Jestem niesamowicie szczęśliwy z faktu, że Stephen Flam dołączył do zespołu na stałe. Będzie grał z nami koncerty i jestem pewny, przyczyni się do powstawania nowego materiału w przyszłości. To dla mnie naprawdę wielka sprawa. Winter to była jedna z tych kapel, która zainspirowała mnie do założenia własnego zespołu. To był mój pierwszy kontakt z nieludzko wolnym, super ciężkim graniem. Poza tym oni też pochodzą z Nowego Jorku, więc byli otoczeni wielkim szacunkiem na lokalnej scenie. Kiedy go poznałem okazał się być bardzo wyluzowanym, mającym do siebie dystans, sympatycznym człowiekiem, który nie zadziera nosa. Jestem pewny, że jego doświadczenie i talent da sporego kopa Serpentine Path i spowoduje, że zespół wskoczy na wyższy poziom. Bardzo cieszy mnie taki obrót spraw. Tim i Stephen brzmią zabójczo grając razem.

Poza Serpentine Path grasz jeszcze w The Howling Wind. Do czego potrzebny jest Ci ten zespół?

R: The Howling Wind to projekt, w którym udziela się jeszcze Tim Call z Aldebaran. Gramy już razem od 2007 roku. Udało nam się w tym roku wypuścić już trzeci album. To najbardziej osobista muzyka jaką kiedykolwiek tworzyłem. Nagrywam gitary, bas i wokale. Tim zajmuje się bębnami. W swoim czasie grałem też z Thralldom, a The Howling Wind jest w pewnym sensie kontynuacją tego brzmienia, które ma sporo black metalowych naleciałości. Bardzo lubię te klimaty i ten zespół jest niezwykle ważny dla mnie. Nie gramy koncertów, więc to potęguje poczucie intymności i osobistego charakteru tej kapeli. To jest nasz mały świat, do którego wstęp mamy tylko my. The Howling Wind daje mi całkowicie inną satysfakcję niż wszystkie pozostałe zespoły, w których grałem. Nie mamy zamiaru porzucać tego projektu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z naszej nowej płyty „Of Babalon”, którą niedawno wydało Profound Lore. To z pewnością nie jest nasze ostatnie słowo.

Rozmawiał Adam Drzewucki