SCHIZMA – nie wyobrażamy sobie innego życia…

Whatever It Takes Whatever It Wrecks to kawał bolesnej opowieści o życiu,  strzęp poważnej muzyki, która dotyka samego dna duszy. Jak nigdy dotąd, Schizma zbliżyła się do jądra hard core’owej prawdy, tak w niewesołym przekazie jak i dźwiękach, które swoją dojrzałością i głębią przebiły wszystko, co w krajowym hardcore ukazało się i jeszcze ukaże w najbliższym czasie. Surowe, odarte ze studyjnego lukru, przejmujące riffy składają się na najszczerszą płytę zespołu. Grupie udało się tym samym coś, do czego dąży większość zespołów, nieważne czy hardcore’owych i metalowch i co udaje się nielicznym – pozostała prawdziwa i w pewnym sensie wymyśliła się na nowo, zachowując cały bagaż agresji i szorstkiego buntu. Resztę uwag na temat płyty możecie znaleźć w recenzji, zaś poniżej kilka wypowiedzi wieloletniego frontmana Schizmy – Pestki…

Kilka słów na początek – jak czujecie się po premierze nowego dzieła? Satysfakcja, chęć do pracy?

Jesteśmy zadowoleni z tej płyty i czujemy pałer do grania koncertów i działania.

Schizma ma długą historię – możesz wybrać te najważniejszych momenty?

Zorientowanie na hardcore wraz z płytą „Miejskie Depresje”. Dalej moje pojawienie się w kapeli jako frontmana i autora tekstów na „Pod Naciskiem”. Połączenie sił z 1125. Pojawienie się Michasia (bass) i Groobego (voc) na „Unity 2000” i dołączenie ekipy Inowrocławskiej – U2KC w rozkwicie, he, he… Dalsze perturbacje związane z wyjazdami zagranicznymi i powrotami Schizmaćka i Montera i klarowanie składu z Wanią i Młodym. Początkowo dobra współpraca z Shing Recs przy „State of Mind”, niewypał w postaci „XIII” i doświadczenia z Mad Mob Records przy „Hard Core Enemies”. Odejście Schizmaćka – dołączenie Kwaśnego i Lacza i w rezultacie ostatnia płyta. A w zasadzie najważniejszymi momentami dla nas są koncerty – setki koncertów przez lata…

Właśnie ukazują się powoli kolejne reedycje waszych poprzednich krążków. Z którym wiąże was największy sentyment?

Ja doskonale pamiętam energię towarzyszącą nagraniu „Unity 2000”. To było coś świetnego – konkret załoga, dobra płyta i pozytywny wir wokół tego wszystkiego. Pełne poświęcenie, próby po garażach, skład z różnych miast – była zajawka na maxa…

Dlaczego jeszcze nie ukazała się reedycja „State of Mind”?

Są takie plany. To była dobra płyta i ugruntowanie naszej pozycji w różnych środowiskach – warto ją wznowić, bo ponoć jest zainteresowanie.

Wokół Schizmy w ostatnich czasach narosło mnóstwo różnych niedomówień. Zmiany składu, pojawienie się mutacji „Schizma 90”, odejście Schizmaćka… Strasznie to zawikłane. O co wam chodzi z tymi ciągłymi, nerwowymi ruchami?

O Schizmę 90 pytaj chłopaków. Zmiany składu wynikają z indywidualnych decyzji poszczególnych członków i wynikają z przeróżnych przyczyn. W międzyczasie pojawiają się nowi członkowie zawsze w bliski sposób związani wcześniej ze Schizmą, po drodze wracali też starzy członkowie, więc ta sytuacja składowa jest dość zawiła niemniej nigdy nie była nerwowa.  Niedomówienia tworzą na ogół ludzie nie związani bezpośrednio z kapelą, którzy stawiają się w roli ekspertów nie znając sytuacji. Przyzwyczaiłem się do tego.

Nowe dzieło Schizmy to porcja muzyki bardzo poważnej, ponurej wręcz. Skąd u Was takie nastroje, mocno pesymistyczne?

Tekstowo odzwierciedlam to, co się dookoła dzieje, a za wesoło nie jest jak widać. A dźwiękowo też chyba dorośliśmy do tego żeby „umpa umpa” ubrać w nastrój trochę bardziej wyszukany. Poza tym zdaje się, że wszyscy lubimy takie ciemniejsze klimaty i postanowiliśmy to uwzględnić przy robieniu kawałków.

Zaskakujący i szeroko komentowany jest sposób realizacji materiału. Surowe, analogowe, wręcz garażowe brzmienie jednym się podoba, innym nie. Co skłoniło Was do podjęcia takich kroków?

Pragnienie, by płyta brzmiała wyróżniająco się i właśnie tak, jak napisałeś. Wbrew nowoczesnemu brzmieniu, które coraz bardziej przypomina wytwór komputera niż ludzi. Nagrany w podobny sposób był materiał na „Unity 2000” i uważam, że też „siedzi”. Poza tym inne nasze nagrania nie są brzmieniowo rewelacyjne, więc nie mieliśmy do czego wracać.

Czy trudno jest uzyskać takie brzmienie? Co podczas produkcji sprawiło Wam najwięcej trudności?

Trzeba było powtarzać wielokrotnie niektóre kawałki bo trzon był nagrywany na żywo i nie dało się już w tym grzebać zbytnio więc musiało to być zagrane poprawnie, żeby mogło zostać. Jest to brzmienie w zasadzie surowe z nagrania – optymalne ustawienie przed nagraniem i minimalna ingerencja po.

Bardzo wyraziste, wręcz symboliczne jest nawiązanie tych nowych kawałków do stylistyki doom metalowej  a także klimatów niemal blues’owych. Dlaczego sięgacie tak daleko od sceny hard core’owej, jeśli chodzi o pewien, wyczuwalny w nagraniach klimat?

Chodziło głównie o uzyskanie harmonii gitarowych i właściwej melodyki niektórych motywów. Chcieliśmy, żeby oprócz czadu był też klimat. I bynajmniej nie jest to zupełnie obce scenie h/c. Od dawna chcieliśmy zbliżyć się trochę do takiego klimatu.

W recenzji wyraziłem tezę, że w wielu momentach nowej płyty czuć rękę waszego nowego gitarzysty Kwaśnego, który nie ukrywa, że fascynuje go sludge metalowe granie – miałem nosa, czy kula trafiła w płot?

Na pewno jest w tym dużo prawdy i chociaż wszystkie kawałki przechodziły obróbkę wspólnymi siłami, jednak gro pomysłów wyszło od Kwaśnego. Jak dodasz do tego moją fascynację Integrity czy Kickback plus Wani drogę przez Obituary lub Carcass, to rezultat nie jest niespodzianką.

Jak zwykle w utworach sporo poważnych, mało wesołych przemyśleń. Najbardziej złowieszczy jest kawałek „Cross Me Out” będący dość mocną, bardzo zdecydowaną deklaracją, szczególnie w kontekście naszego kraju. Skąd ta zawziętość?

Szaleństwo medialne ostatnich lat prowadzące do zaburzenia czy zburzenia wartości plus religijna manipulacja, u nas szczególnie nasilona po smoleńskiej katastrofie dała pożywkę wielu tekstom. Poza tym moje kolejne doświadczenia z różnymi ludźmi, którzy mnie otaczają przelały się na papier.

Schizma to faworyci i weterani krajowej sceny – jak jawi się wam współczesny hard core – co uważasz za zaletę a za czym tęsknicie?

Zaletą jest to, że jest coraz więcej ludzi świadomych tworzenia sceny, czytania tekstów, wracania do korzeni h/c, zbierania płyt itd.  Jest naprawdę dużo młodych kapel, jak nigdy chyba. Wadą jest „przestylowanie” pewnych kapel, pojawienie się takich sytuacji, że niektóre sprawy są trendy, chociaż często są słabe.

Jesteście bandą dorosłych, twardo stojących na ziemi ludzi. Jaki punkt widzenia na otaczający świat macie dzisiaj, kiedy pojawiły się rodziny, dzieci, odpowiedzialne prace? Nadal chce się być tym „hc kidsem”?

Pojawił się większy dystans do tego, co robimy. Każdy z nas działa w kilku światach, które dają wiele doświadczeń, obserwacji i lekcji. Tym bardziej cenimy to, co mamy wspólnego, ale szanujemy swoją odrębność. HC kidsem jest się przede wszystkim w głowie a zdaje się że my dokonaliśmy wyboru już dawno temu i nie wyobrażamy sobie innego życia.

Co piszczy w dalszych planach zespołu?

Rozwozimy nową płytę po kraju , może jakaś mała trasa za granicę się uda, po wakacjach pewnie zaczniemy myśleć o nowym materiale, tak żeby kuć żelazo póki gorące a takie na pewno jest w tej chwili!

Rozmawiał Arek Lerch