SAULE – Emocje, które w nas zastygły

Słuchając „Saule” trudno uwierzyć, że to debiutancki materiał. Mimo że sosnowiecki zespół dopiero zaznacza swoją obecność na polskiej – i nie tylko – scenie, może już pochwalić się świetnym materiałem, w którym niemal od razu zakochali się włodarze włoskiej Avantgarde Music. Trudno się jednak dziwić, bo – o czym dowiecie się czytając poniższą rozmowę – muzycy Saule to ludzie wyjątkowo pewni swojego celu. 

„Saule” to Wasz debiut, jednak jest to materiał, który brzmi bardzo profesjonalnie i nie mam tutaj naSaule myśli tylko i wyłącznie dobrej produkcji. Słychać, że to krążek nagrany przez świadomy zespół. Jak długo dojrzewała w Was idea tej płyty? Mam wrażenie, że przykładaliście dużą wagę do szczegółów, wkładając w tę muzykę tyle samo rozwagi, co przysłowiowego serducha.

W zasadzie sam materiał powstawał ponad trzy lata. Cel był prozaicznie prosty  – tworzyć muzykę, która przede wszystkim będzie poruszać nas samych, wywołując silne emocje.  W tym aspekcie byliśmy bardzo krytyczni wobec siebie. Zrozumieliśmy też po drodze, że najważniejszym determinantem jakości zespołu jest przede wszystkim indywidualny rozwój muzyczny każdego z nas. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że po prostu chcemy zamknąć etap twórczy. Emocje, które w nas tkwiły „zastygły” w utworach. Jest to pewne uwiecznienie istniejącego stanu rzeczy.

Warstwa emocjonalna, o której wspominacie, jest raczej dość ciężka. Obcując z „Saule” odnoszę wrażenie, jakbym słuchał ludzi, którzy za czymś tęsknią, czują się osamotnieni i zagubieni. Czy to właśnie tego rodzaju uczucia – jakby nie patrzeć bardzo negatywne – towarzyszyły Wam podczas tworzenia płyty? To one w Was zastygły?

Na każdym etapie tworzenia materiału towarzyszyło nam poczucie silnego stanu skupienia czy też refleksji. Utwory w większości powstawały podczas wieczornych, zimowych prób. Wydaje mi się więc, że w tym momencie nostalgia była dla nas czymś naturalnym i stała się inspiracją. Okazało się też, że melancholijny klimat jest czymś, co zespala nasz zespół.

Emocje, które w nas zastygły

Emocje, które w nas zastygły

Mówicie, że melancholijny klimat zespala zespół. Masz na myśli tę samą wrażliwość, jakąś specyficzną więź dusz?

Tak. Chęć wyrażenia podobnych emocji u każdego z nas. Dlatego też nie mamy problemów w komunikacji. Stuprocentowa zgodność.

Sądzicie, że dobry kontakt i bliskie relacje w zespole są czymś istotnym? Ponoć w Rammstein się nie lubią, a karierę zrobili olbrzymią…

W zasadzie widzimy się tylko na próbach i wszelkie sprawy organizacyjne załatwiamy przez telefon bądź Internet. Pomimo tego, że nie mamy wiele czasu na rozmowy, to dbamy o to, żeby atmosfera  w zespole była czysta. Jesteśmy szczerzy wobec siebie i wszelkie problemy czy niejasności załatwiamy od razu. Jak już wspomniałem, przykładamy w naszej muzyce ogromną wagę do emocji. Nie wyobrażamy sobie tworzenia muzyki czy grania koncertów, kiedy w zespole panowałoby niezdrowe napięcie.

Wróćmy jeszcze bezpośrednio do „Saule”. W Waszej muzyce słychać podobnego ducha do tego, jaki spowija twórczość większości kolektywu Church Of Ra – mam tu na myśli przede wszystkim The Black Heart Rebellion. Jak się do tego odniesiesz? Czy otoczka, wytworzona wokół Church Of Ra, jest dla Was w jakikolwiek sposób inspirująca?

Sądzę, że elementem wspólnym z muzyką The Black Heart Rebellion jest trans. Jest to cecha, która też łączy cały kolektyw. Muzyka ma wprowadzać słuchacza w stan głębokiego skupienia. Natomiast co do warstwy pozamuzycznej, jeszcze zanim poznaliśmy Church of Ra, mieliśmy plan wytworzenia pewnego klimatu zespołu, głównie za sprawą szaty graficznej, stworzenia charakterystycznego symbolu. Traktujemy to jako dopełnienie muzyki spójnym tłem. Bardziej niż otoczka inspiruje nas sama muzyka kolektywu.

Czasy są jakie są – dostęp do muzyki jest właściwie nieograniczony i dość łatwo zagubić się w gąszczuS coraz to nowych premier. Sądzisz, że nadal można wyróżnić się tylko samą muzyką? Zahaczyliśmy już o pewną „filozofię” Church Of Ra, która w pewnym sensie wyróżnia te grupy na tle innych zespołów obracających się w podobnych gatunkach. U nas, silnie wizerunkowo zaznacza się chociażby Batushka czy Mgła, swoją śląskością wybija się Furia. Oczywiście, za tym wszystkim idzie dobra muzyka, jednak bez silnego wizerunku i „czegoś ponad” wymienionym zespołom byłoby trudniej. Czy Saule też ma zamiar zaskoczyć czymś ekstra, czy może właśnie odwrotnie – chcecie postawić tylko i jedynie muzykę, resztą enturażu traktując drugorzędowo?

Naszym pierwszym krokiem do tego, aby zaznaczyć swoje istnienie i zbudować pewną otoczkę było stworzenie idei „Przedswitu”. Był to swego rodzaju eksperyment, do którego zaprosiliśmy Thaw i Odmieńca. Dowodem sukcesu była pełna sala w Kopalnii Guido. To nam pokazało, że chcemy kontynuować tę ideę cyklicznie pod własną schedą. Czymś, co nas inspiruje, jeśli chodzi o wizerunek, to minimalizm. Bynajmniej nie chodzi tutaj o brak pomysłów. Oszczędność formy  to coś jak niedopowiedzenie, które tworzy mnogość interpretacji. Odpowiadając także na pytanie, czy nadal można wyróżnić się tylko muzyką… Z całkowitą pewnością mogę odpowiedzieć, że tak. Świetnymi przykładami są tacy ludzie jak Virgil Donati, niedawny zdobywca Grammy Jacob Collier, czy nasze Disperse. Zdaję sobie sprawę, że jest to inne podwórko muzyczne, chociaż może ta różnica polega na podejściu do grania. Sami nie czujemy się  jakoś specjalnie przywiązani do gatunku, którym jesteśmy definiowani, czyli post-metalu. Jest to po prostu pewna forma estetyczna, która nam tym razem przypadła do gustu.

Opowiesz coś więcej o idei „Przedświtu”? Czy możemy się z Waszej strony spodziewać jeszcze podobnych przedsięwzięć?

W naszym zamyśle „Przedświt” to zderzenie na pozór różnych światów muzycznych, ale połączonych wspólnym pierwiastkiem. W tym wypadku skupiliśmy się głównie na „gęstwinach ambientowych”, co w jakimś sensie obrazuje trailer. Zalana mrokiem komora K8 w Kopalni Guido nadawała się do tego idealnie. Trudno tutaj mówić o jakimś kolektywie czy regularnym festiwalu na tak raczkującym etapie. Dla nas jest to także zalatanie pewnej luki w miejscówkach koncertowych. Brakowało nam miejsca koncertowego, które by sprzyjało takiej muzyce. Zaczynamy S1powoli brać się do pracy nad kolejnym eventem. Miejmy nadzieję, ze wypali.

Skoro już zahaczyliśmy o temat koncertów – wiem, że na początku lipca wystąpicie w Łodzi razem z Siłą i Milkink, co zapowiada się jako bardzo ciekawe wydarzenie. Gdzie oprócz tego będzie można Was zobaczyć w najbliższym czasie? Planujecie może bardziej intensywną promocję albumu? Może bardziej regularna trasa?

25 czerwca gramy w Krakowie z Fobia Inc. i Transmission Zero. Później, tak jak wspomniałeś, zagramy w Łodzi z Siłą i Milkink. Na wakacje część z nas wyjeżdża, a zaraz po wakacjach jedzie w trasę z innymi zespołami. Myślę, że zaatakujemy na jesień. Chcemy też bardziej zająć się naszym podwórkiem. W pewnym momencie zauważyliśmy, że zagranicą o wiele więcej o nas piszą, niż w Polsce.

Może to dlatego, że swój debiut wydaliście w barwach Avantgarde? Swoją drogą, jak doszło do współpracy z włoską wytwórnią?

Jest to chyba główny powód. Historia jest bardzo krótka. Wysłaliśmy maila wraz z muzyką i po godzinie już była odpowiedź, że Roberto chce to wydać.

Avantgarde było Waszym pierwszym wyborem w poszukiwaniu wydawcy, czy raczej liczyliście na łut szczęścia?

Z tego co pamiętam, to wysłaliśmy trzy wiadomości, w tym jedną do polskiej wytwórni. Jednak nie ukrywam, żeGrafika Avantgarde było na pierwszym miejscu. Można powiedzieć, ze jest to poniekąd szczęśliwy traf, aczkolwiek Roberot sam napisał: „Track II is one of the best thing I heard in years„, więc trafiliśmy też w gust! (śmiech).

Mam nadzieję, że z podobnym skutkiem Saule trafi też w gust polskiej publiczności. Zdecydowanie chłopaki są tego warci.

Rozmawiał Michał Fryga

Zdjęcia: archiwum zespołu/Agnieszka Szymczyk