ROPIEŃ – Przekaźnik treści

Lubię takie niespodzianki. Zespoły, które pojawiają się znikąd, nie stoi za nimi szumna promocja, ba, nie mają nawet wydawcy, ale walą materiałem, po który powinny ustawiać się kolejki chętnych. To oczywiście mała bzdura, bo w tym kraju ustawiają się jedynie po 500+, jednak „Początek końca świata” to całkiem udany przykład stworzenia własnego stylu z pozornie zgranych do bólu klocków, szczypty talentu i sporej dawki czarnego humoru. Jeśli dodamy do tego miłość do nowej fali, Siekiery, ducha Curtisa i trochę punkowo-metalowego pieprznięcia, robi się ciekawie. Ropień – swoją drogą maksymalnie medialna nazwa – drzwi nie wyważa, ale potrafi podstępem wkraść się do głowy przebojowymi tematami, uszczypnąć zmyślnym i złośliwym słowem i dać trochę radości w tym smutnym jak pewna część ciała życiu. Więcej dowiecie się z rozmowy z Michałem Spryszakiem i recenzji debiutanckiego materiału gdzieś w tekście. Zapraszamy!

Jako że na bandcampie jest bardzo enigmatyczna historia zespołu, muszę cię pociągnąć za język w temacie nudnym, ale koniecznym – jak wyglądały kulisy powstania i prehistoria waszego teamu?

Prehistoria wyglądała tak, że robiliśmy instrumenty z kamieni i gałęzi, polowaliśmy na dzikie wiewiórki i próbowaliśmy rozpalać ogień siłą woli. A kulisy były takie, że pewnego dnia pod wpływem płyty „Strappado” kanadyjskiego Slaughter zapragnąłem pograć coś bardziej prymitywnego niż to, co grałem w swoim ówczesnym zespole. Zrobiłem w domu dwa kawałki, wysłałem kolegom z kapeli i ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że chętnie wejdą w temat. I tak właśnie narodził się Ropień – początkowo był typowym projektem ubocznym, a z czasem stał się moim głównym zespołem.

Intryguje mnie ten „ropień”. Nie ukrywam, że bardziej pasuje do, powiedzmy, gore grindu. A takowego na waszej płycie raczej nie uświadczymy…

No raczej nie, chociaż bardzo lubię niektóre płyty z tego gatunku. Nazwę bezczelnie ukradłem Chrisowi Reifertowi, tłumacząc sobie Abscess na język polski. Z pewnością nie pomoże nam ona wystąpić na festiwalu Top Trendy i pewnie więcej drzwi przed nami zamyka niż otwiera, ale przynajmniej jest wyrazista i nie jest cukierkowa, ani grzeczna. A to już coś.

Nazwa dobra, ale faktycznie raczej nie zdobędziecie złotego słowika. Słuchając muzyki wymyśliłem sobie, że ta nazwa ma być łącznikiem między wami a death metalem, którego na płycie jest raczej mało. Jeśli już to coś w rodzaju metalowej nowej fali. Gdyby Siekiera dostała szału nagrałaby zamiast „Nowej Aleksandrii” coś na kształt waszej płyty…

Oj, za samo porównanie nas do Siekiery oddałbym Ci tego złotego słowika. „Nowa Aleksandria” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie wypluł z siebie ten świat. Ja tak sobie czasem żartuję, że to co gramy to piosenki pop przebrane za metal, bo w sumie powstają one na podobnej zasadzie co radiowe przeboje. Ale tego death metalu tam trochę jest mimo wszystko. Ale wiesz, takiego bardzo wczesnego – Celtic Frost, pierwsze płyty Death itp. W jakiś sposób zderza się to z wpływami nowej fali i całego tego popu i rocka z lat 80., od Maanam po Madame.

Przekaźnik treści

Przekaźnik treści

Oj, wyczuwam rozdarcie między nową falą a death’em. Myślisz, że Ropień pogodzi te dwa światy? Czy tzw. fanów śmierć metalu i Siekiery też pogodzi?

Mam nadzieję, że ich skłócimy i że fani metalu będą walczyć na śmierć i życie z miłośnikami nowofalowego mroku. Ale dla mnie to nie jest rozdarcie. To raczej w naturalny sposób wynika z tego, że słuchamy dość różnorodnej muzyki. Poza tym, robiąc muzykę czuję się bardziej jako przekaźnik pewnych treści niż ich źródło i tak naprawdę nie do końca mam wpływ na efekt końcowy. Choć zawsze staram się to kontrolować jak dyktator.

Dla mnie ta płyta to przede wszystkim taka „divisionowa” motoryka i riff. Śmierdzący, że tak powiem, dystyngowaną zgnilizną. Miałem kiedyś kolegę, który umiał w tak czarujący sposób bluzgać na ludzi, że nikt nie miał mu tego za złe. Z waszą muzyką jest podobnie. Podajecie syf i depresję na złotym półmisku i każdy łyka z uśmiechem. A tu przecież śmierć króluje, nieprawdaż?

Wiesz, zawsze fajnie jest kogoś zbluzgać, ale do mnie jednak zawsze ktoś ma potem o to pretensje. Sam nie wiem czemu. Z ta depresją to bym nie przesadzał, nie chciałbym dołować ludzi. W gruncie rzeczy chodzi w tym wszystkim o dobrą zabawę, nawet jeśli niektóre piosenki są dość poważne. Śmierć jest gdzieś w tle tego wszystkiego, ale generalnie wolałbym inspirować ludzi do działania, jak Madball, niż do wieszania się, jak Joy Division.

No to macie problem bo ta wasza wisielcza aura działa jak afrodyzjak. Właśnie, klimat. Słowo głupie, ale z braku-laku niechaj będzie. Wasza muzyka ma w sobie wiele takiego specyficznego klimatu. Taką aurę. Wyszło to przypadkiem czy nagrywaliście w studiu przy świecach i kieliszkach z absyntem?

Wiesz, smutek czy mrok to generalnie dość urokliwe rzeczy. Sam słucham sporo takiej muzyki i wcale mnie ona nie dołuje. Zazwyczaj efekt jest wręcz odwrotny. A czy to wyszło przypadkiem? W przypadki to ja akurat nie wierzę, ale też nie są to rzeczy, które możesz sobie zaplanować. Oczywiście, poruszamy się w ramach pewnej estetyki, ale sama muzyka, tak jak zaznaczyłem wcześniej, powstaje sposób niezaplanowany i nie do końca zrozumiały. Muszę też trochę cię rozczarować, bo podczas nagrywania nie stosowaliśmy żadnych używek i dopiero na etapie miksów pozwoliliśmy sobie na wypicie kilku piw. Jesteśmy więc bardziej jak ministranci niż prawdziwi metalowcy. Świeczek też na szczęście nie było, co uważam za zbawienne. Jesteśmy dość niezdarni i na bank ktoś by te świeczki przewrócił, powodując pożar i inne nieszczęścia. Wystarczy, że po zakończeniu nagrań wjechaliśmy w znak drogowy.

R

ROPIEŃ Początek końca świata Ktoś ostatnio powiedział, że najgorsze co może przydarzyć się zespołowi to świadome lub nie porównania do „Nowej Aleksandrii” Siekiery. I wcale nie dlatego, że to zła płyta była. Właśnie dlatego, że taka dobra i tym dobrem, co rusz infekuje nowe, młode i chętne sławy artysty. Czy w przypadku Ropnia jest podobnie, nie wiem, ale to, że w kontekście muzyki trójmiejskiej załogi takie porównanie się pojawia, nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Dlatego od razu przejdę do sedna: debiutancki materiał tej załogi brzmi tak, jakby Siekiera z wiadomego okresu zafascynowała się Satyriconem i próbowała grać metal. I w zasadzie mógłby to być kurewski gwóźdź do zespołowej trumny (choć pewnie miejsce takie dla muzyków nie byłoby czymś złym…), gdyby nie fakt, że Ropień podszedł do tematu niezwykle zmyślnie i tak naturalnie, że wyszła znakomita, bardzo „słuchalna” i wręcz przebojowa mieszanka hałasu, zimna, depresji przyprawionej o dziwo szczyptą (czasami całkiem konkretną) czarnego, wisielczego humoru. Bardzo dobrze robi temu materiałowi oszczędność. Zamiast po nowofalowemu rozwlekać wałki, jest punkowy konkret, zawierający się między 48 sekundami a dwiema minutami. Dzięki temu zespół przedstawia sporo różnych tematów i nad żadnym specjalnie długo się nie zatrzymuje. Osobiście jestem fanem pierwszej dziesiątki, gdzie lata 80. spotykają się z nowym milenium, duch tzw. polskiego rocka z arogancją punka czy blaza nowej fali z intensywnością metalu. Nieprzegadana forma, duża zaczepność dźwięków (parę hitów się znajdzie) i tekstów jest sporym zaskoczeniem, bo przecież formalnie zespół nie wymyśla ani jednej nowej nutki. Z drugiej strony, Ropień podchodzi do muzyki bez spięcia, tworząc utwory całkiem luźne, momentami jakby dopiero co naszkicowane, przez co dostajemy czystą, nieprzeładowaną formę. Jako się zatem rzekło – kilka faktów. Hiciarsko jadą „Królowie życia i śmierci”, „Krew” czy „Zjednoczone siły zła”, które brzmią niczym taki punkowy Jesus Chrysler Suicide. Transowa „Inwazja porywaczy ciał” stoi obok pełnego czarnego humoru kawałka „Mewy” (czyżby nowofalowy Słoń?). Ciekawy jest „Północny patrol”, oparty w dużej mierze na czystych gitarach. Wszędzie świetnie radzi sobie wokalista (czy tylko mnie przypomina manierą szefa Armii?), który łączy brutalny wygar z piękną, głosową „żulerką”. Wszystko świetnie trybi, jedynie sama końcówka trochę mniej przekonuje, np. instrumentalny „O nas”, przeciętny „Zaklinacz” czy – i tu lekki zaskok – toolowo brzmiący „Bez obietnic”. Jako całość płyta bezapelacyjnie się broni, brzmi bardzo świeżo, ma koncertowy potencjał i tylko kaprysami krajowego rynku należy tłumaczyć, dlaczego jeszcze nie znalazł się wydawca. Co – mam taką nadzieję – szybko się zmieni.

No tak. Z tym znakiem to się raczej nie mieści się w kanonie „śmiesznych wydarzeń podczas sesji”(śmiech). To z innej beczki. Kto pisał teksty?

Wszystkie teksty i 90% muzyki jest mojego autorstwa. Ale prawda jest taka, że każda osoba w zespole ma swój wkład i nawet jeśli ostatnie słowo w pewnych kwestiach należy do mnie, to raczej nie byłbym w stanie tego wszystkiego zrobić samemu. Wszystkie osoby, które grały w tym zespole, miały kolosalny wpływ na to gdzie jesteśmy w chwili obecnej. Zresztą, mam nadzieję, że z czasem więcej pomysłów będzie wychodzić ze strony pozostałych, bo widzę tutaj duży potencjał. Najlepszym tego przykładem jest ostatni utwór na płycie, w którym mój jest właściwie tylko tekst. Na upartego mógłbym robić wszystko sam, ale na pewno brzmiałoby to dużo gorzej, a dla mnie samego nie byłoby aż tak ciekawe, bo najlepsze rzeczy powstają zawsze na styku różnych osobowości.

Lepiej pisze się „na zlecenie” czy do własnej kapeli?

Wszystko zawsze najlepiej robi się dla siebie i na własnych zasadach. Ale poza własną twórczością piszę głównie dla przyjaciół i ludzi, których muzyki jestem fanem, więc to wszystko też mnie cieszy. Choć współpraca z niektórymi z nich to koszmar (śmiech). Ale ja to rozumiem, bo w swoim zespole też jestem okropny dla pozostałych.

Zdradź gdzie w najbliższym czasie pojawią się twoje liryki?

Ostatnią cudzą rzeczą, na jakiej są moje teksty, jest trzecia płyta Masachist, „The Sect (DeathREALigion)”. Thruflowi nigdy nie odmówię, znamy się od wieków i obaj jesteśmy wielki fanami death metalu z Florydy, więc jest mi bardzo po drodze z tym co robi w swoim zespole. Pomijając powyższe, skupiam się obecnie na swoich sprawach, więc pewnie następną płytą, na której pojawią się moje teksty, będą nowe nagrania zespołu Ropień.Rpień (2)

Ale póki co trza pomyśleć o promocji. Jest bandcamp jest świetna muza i… co dalej?

Tutaj poruszyłeś dość istotną kwestię i niestety muszę wziąć winę na siebie, bo trochę zaniedbałem tę stronę naszej działalności, skupiając się głównie na samej muzyce. Przyznam szczerze, że po nagraniach płyty byłem tak wykończony, że chciałem zwyczajnie odpocząć. Wrzucić płytę do sieci, żeby każdy zainteresowany mógł sobie posłuchać, a samemu nabrać dystansu, zająć się na jakiś czas innymi sprawami… W końcu życie to nie tylko muzyka. A tworzenie, choć bywa przyjemne, pochłania też sporo energii. Zwyczajnie potrzebowałem chwili odpoczynku. Ale promocja sama się nie zrobi, więc po tej krótkiej przerwie zabieramy się do działania. Będziemy się starali jakoś dotrzeć do ludzi, będą koncerty i to wszystko, co być powinno. Ale najważniejsze jest to, ze idziemy do przodu, robimy nową muzykę i nie zawieszamy się na tym, co było wczoraj. Jest jeszcze sporo do zrobienia na każdym polu.

A płyta? Szukacie wydawcy? Szkoda żeby taki fajny materiał został wchłonięty przez sieć…

Szukamy i to jest część tych działań, o których wspomniałem wcześniej. Ludzie pytają o fizyczny nośnik i my sami też chcielibyśmy, żeby płyta ukazała się na CD. Nie wiem gdzie właściwie pasujemy z tą naszą dziwną muzyką, ale na pewno będziemy starali się zainteresować te wytwórnie, które sami uznajemy za sensowne. Jest też opcja wydania płyty własnym sumptem, ale osobiście wolałbym poświęcić energię na sprawy związane z pisaniem muzyki i nagrywaniem, niż robić dziesięć rzeczy na raz. Ale jak będzie trzeba, to damy radę i tak.

I na koniec ostatnie słowo zostawiam tobie. Komu życzysz ropnia?

Ludziom to życzę raczej, żeby cieszyli się życiem i robili to co lubią. Dziękuję ci za wszystkie komplementy pod naszym adresem, te zasłużone i te niezasłużone.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Mariusz Malczer Marszałkowski