REDEMPTOR – Bez cyrkowych popisów

Chyba śmiało można powiedzieć, że jeszcze kilka miesięcy temu, przy okazji wiadomej sprawy Decapitated, dalsze losy Redemptor stały pod znakiem zapytania – a na pewno dalsze losy Redemptor w takim składzie. Wszystko skończyło się niczym w hollywoodzkiej produkcji – happy endem, dzięki czemu panowie mogą kontynuować dzieło. Czy teraz, po wydaniu świetnego „Arthaneum” ich przyszłość rysuje się w kolorowych barwach? O tej i kilku innych  sprawach rozmawiam z wokalistą zespołu Michałem Xaayem Lorancem.

Mam wrażenie, że o „Arthaneum” jest nieco ciszej aniżeli o „The Jugglernaut”. Wtedy było mnóstwo zachwytów, a teraz… ok, są pochwały, ale mimo wszystko nie jest o Was tak głośno. A to przecież jest równie dobra płyta! Czyżby techniczny death metal z roku na rok cieszył się coraz mniejszą popularnością?

Szczerze mówiąc, widzę to raczej odwrotnie. “The Jugglernaut” w chwili ukazania się zebrał bardzo dobre recenzje, ale temat szybko przycichł. Na pewno pod naporem tonażu innych premier, jak i braku dalszej wytężonej aktywności promocyjnej z naszej strony. Album wydaliśmy własnym sumptem i nieocenioną pomoc w przecieraniu rodzimych medialnych szlaków zaoferował nam Adam Drzewucki. Myślę, że ten kto w Polsce miał się dowiedzieć o premierze, ten się dowiedział. Brakowało jednak promocji poza krajem i tutaj potencjał albumu nie został praktycznie wcale wykorzystany.

Tym razem zarówno siła odzewu, jak i przychylność ocen przerosły nasze oczekiwania. „Arthaneum” radzi sobie doskonale i feedback z całego świata jest sporą nagrodą za ciężką pracę jaką włożyliśmy w ten album. Oczywiście jesteśmy zespołem niszowym, więc działamy ze sporą pokorą oraz wysokimi wymaganiami względem siebie samych. Od dłuższego czasu nie nastawiamy się na sukces komercyjny, a długotrwałą pracę nad renomą i jakością prezentowanej muzyki. Świadomie wybraliśmy systematyczny, liniowy rozwój.

Bez cyrkowych popisów

Bez cyrkowych popisów

OK, możesz mieć rację – być może hype na poprzednią płytę był bardziej intensywny, ale krótszy, no i dodatkowo jedynie lokalny. Ale co z tym technicznym death metalem? Śledzisz nowości na scenie? Dużo słuchasz podobnej muzyki? Wiesz, ja myślę, że dzisiaj bardziej w modzie jest grać black metal, najlepiej jeszcze hipsterski. To Wasze granie to trochę pójście pod prąd i pokazuje, że wizja na Redemptor jest stała i klarowna od lat.

Techniczny death metal jako podgatunek już dawno dotarł do ekstremum i swoistego punktu perfekcji, w którym pozostaje albo eksplorowanie tradycji, albo mariaż z innymi stylistykami. Stąd też takie powodzenie death metalu łączonego z awangardowym black metalem, oraz chwilowo modne powroty do korzeni (co spycha zespoły jeszcze bardziej w podziemne nory i co gorsza – wtórne rozwiązania). Zostają jeszcze nieco groteskowe próby prześcignięcia wszystkich – wygibasy na pograniczu muzyki i cyrkowych popisów. Specjaliści od tej karkołomnej ekwilibrystyki, wciąż jeszcze modnej na zachodzie, powinni jednak zabiegać bardziej o sponsoring Red Bulla, niż muzycznych wydawców.

Ciężko nas zaszufladkować, Redemptor jest w tym wszystkim raczej z boku. Kręgosłupem zawsze była dla nas klasyka death metalu i nieśmiertelny blast beat, jednak z każdą premierą chcemy przedstawić coś indywidualnego, wynikającego z naszych ładunków twórczych w danym czasie. Mimo że to co komponujemy wymaga instrumentalnie wysokiej biegłości i ciągłej praktyki, technika stanowi u nas tylko formę, by móc ciekawiej i finezyjniej wyrazić cały ten klimat i styl, który chcemy by miał nasz, oryginalny charakter. Zespół dojrzewa na swój sposób, poza trendami. Po wielu latach wspólnego grania naśladownictwo nie dawałoby nam już satysfakcji twórczej.

Szczerze mówiąc, mało już też słucham metalowych świeżynek. Przez lata byłem maniakiem, śledziłem na bieżąco, jednak teraz czekam z zaciekawieniem jedynie na nowe premiery Hate Eternal. Podczas tworzenia jest dla mnie osobiście bardziej inspirujący Chopin, niż to, co aktualnie w naszym gatunku w trawie piszczy.

To ciekawe, szczerze mówiąc spodziewałbym się, że jako inspirację wskażesz jakiegoś wokalistę, o wokalnych popisach Chopina nic nie wiemy, hehe. Ale takie otwarcie na muzykę niewątpliwie pomaga. Zauważyłeś u siebie jako muzyka duży rozwój w ciągu tych czterech lat od wydania poprzedniego krążka?

Nasza muzyka jest dużo bardziej zorientowana na wymiar instrumentalny, wokal ma tylko stawiać przysłowiową „kropkę nad i”, czyli dodawać dynamiki, namacalnie ludzkie emocje, no i oczywiście nieść ze sobą treści i myśli, które chcemy przekazać wraz z konkretnym utworem. Przy „The Jugglernaut” muzykę komponował Daniel, zaś ja i reszta zespołu recenzowała na bieżąco. Przy „Arthaneum” podzieliliśmy się z Danielem pracą praktycznie po połowie, zarówno w warstwie muzycznej jak i lirycznej – to dlatego też wyskoczyłem z tym Fryderykiem. Ten album stworzyliśmy we dwóch, łącznie z wizualną całością wydania, zatem sporo dualizmów można na nim znaleźć.

Akurat w całym naszym obecnym składzie tylko ja nie zajmuję się muzyką zawodowo, więc jeśli chodzi o bycie muzykiem, to w moim przypadku to zdecydowanie za duże słowo. Komponuję i nagrywam metal od ponad 20 lat, wyłącznie z pasji i potrzeby tworzenia. Oczywiście kiedy pozwalają mi na to codzienne obowiązki. Patrząc na ostatnie lata, bardziej dbam o bezkompromisowy odsiew tego, co miałkie, pospolite i pozbawione esencji, czy wartościowej treści. Bardziej szanuję swój czas. Mam tu na myśli zasadę, że tworząc trzeba dać z siebie wszystko. Nie ma drugiej szansy wrócić i zrobić dane dzieło lepiej. Sztuka ma tą wspaniałą cechę, że zatrzymuje czas tworzenia na zawsze.

W jednym z wywiadów Daniel mówił, że sporo musieliście się „wykłócić”, zanim doszliście do kompromisu w sprawie brzmienia płyty. Na czym polegały rozbieżności?

Brzmienie było najmniejszym problemem, bo tutaj akurat z reguły gusta mamy zgodne. Merytoryczną zaletą, ale tym samym udręką pracy nad „Arthaneum”, był właśnie ten równy podział prac. Teoretycznie każdy z nas miał swoje własne utwory, ale notorycznie ścierały się różne wizje, pomysły i nasze charaktery, które przy maksymalnym zaangażowaniu emocjonalnym w ten album postawiły naszą braterską wręcz relację wielokrotnie na szali. Z perspektywy czasu było to cenne doświadczenie, zaś największą nagrodą jest wielka satysfakcja z finalnego efektu.2017-RR-composition-arthaneum line-up-sign-passepartout

Jaka była najważniejsza rzecz, jakiej nauczyliście się podczas pracy nad tą płytą? Wiadomo, że każda sesja nagraniowa to potężna dawka doświadczenia.

Nie inaczej! Tym razem przetrenowaliśmy, że demokracja w zespole jest gorsza niż komunizm, konsumpcjonizm i kanibalizm razem wzięte i musi być jasny podział odpowiedzialności, prawa do ostatniego głosu i pozostałych zasad współpracy. Zmiana organizacji zespołu jaka zaszła przy ostatniej płycie wymagała przepracowania i przewartościowania wielu aspektów… Poza tym to już czyste technikalia, np.: ustawienie mikrofonu i jego model mogą być ważniejsze od niuansów między różnymi stackami;  realizator głodny jest bardziej wydajny, niż realizator nażarty… A już całkiem serio, to nigdzie się tyle praktycznej wiedzy muzycznej nie przyswoi jak w studiu. Warto eksperymentować i spędzić ten czas również na poszerzaniu wiedzy (tutaj pozdrowienia dla Dominika Wawaka z DMB Studio).

Wyjaśniła się sytuacja z Hubertem, więc może macie już w planach jakieś koncerty, a może w ogóle – piszecie już kolejne numery?

Czas pokaże jak będzie z koncertami. Są rozkminy i bierzemy non stop pod uwagę różne propozycje i pomysły, ale przy charakterze zespołu, logistycznych kombinacjach, zaangażowaniu wszystkich ludzi w różne obowiązki i finalnie wymiernej opłacalności całego przedsięwzięcia, większość klasycznych okazji do grania nie ma zwyczajnie sensu. Robiliśmy to przez dobre kilka lat. Przy dzisiejszej kondycji i popycie sceny ekstremalnej, realizujemy się na ten moment wydając regularnie płyty.

Nowe numery powstają w naszych osobistych projektach, ja pracuję nad płytą mojego studyjnego projektu Nepenthe, Daniel ma Only Sons, z którym wydał ostatnio mini-LP. Na nagrania Redemptor musimy jeszcze chwilę naładować akumulatory, bo na kolejny album trzeba będzie sobie ustawić poprzeczkę jeszcze wyżej.

Masz zamiar kontynuować działalność Nepenthe? Jeżeli dobrze wyczytałem, ostatni materiał wydałeś 12 lat temu, do tego jest to projekt solowy. Taki pozostanie?

Tak, to klasyczny one-man band. Chciałbym skończyć wreszcie pełny album, bo przez te lata zrobiłem numerów na przynajmniej dwie płyty. Gdy nie ma się odpowiedzialności z terminami i zobowiązaniami względem innych osób, codzienne obowiązki zawsze biorą górę.

Co Ci daje energię, by od 20 lat nadal muzykować? Wymiernych korzyści z tego nie ma, a domyślam się, że ze względu na specyfikę naszego „rynku”, często pojawia się frustracja. Nie masz niekiedy ochoty po prostu rzucić tego wszystkiego w diabły i skupić się na, nazwijmy to tak, wizualnej robocie?

Główną przyjemność daje mi praca nad nowymi kompozycjami, szczególnie ten moment, w którym słuchasz ciąg który nagrałeś i wiesz, że to jest to co ci w duszy gra i jarasz się, słuchając w kółko odkręcone na 10.

Wiesz, dopóki mierzy się siły na zamiary, oraz oczekiwania na realia, to chłodna kalkulacja podpowie właściwy krok i to co warto zrobić, czy choćby czego spróbować. Gorzej jeśli ktoś za wszelką cenę żyje marzeniem, którego nie da się zrealizować. Tutaj tkwi frustracja i bezsensowne walenie głową w mur. Wiele osób powinno sobie darować na pewnym etapie, również ci utytułowani, gdy pojawia się wypalenie i brak weny.2017-RR-press kit-2+5mm bleed-no sign

Ty również takie marzenia miałeś, przynajmniej kiedy zaczynałeś? Jeśli tak, kiedy zdałeś sobie sprawę, że trzeba do sprawy podejść nieco bardziej racjonalnie, aby uniknąć wspomnianej przez Ciebie frustracji?

Gdyby nie tamte marzenia i lata aktywnego egzystowania w metalowej subkulturze, może zajmowałbym się dzisiaj czymś nieco innym. Ale muzyka zawsze była soundtrackiem mojego życia, częściowo ze względu na dom rodzinny, ale też i „świat”, który wybrałem ze względu na mentalnie bliskie mi otoczenie i możliwość realizowania się. To wszystko wynikało z siebie naturalnie i tak jest do dzisiaj. Marzenia rosły też wraz z rozwojem i możliwościami, więc nigdy nie miałem problemu z ową frustracją. Kluczem i w tym przypadku jest jakaś elementarna samoświadomość i zdrowy rozsądek.

O który, jak zgaduję, łatwiej teraz, niż 20 lat temu. Zmieniając nieco temat – Ty bardziej czujesz się muzykiem, grafikiem czy może traktujesz te dwa zajęcia (muzykowanie i pracę ze sztukami wizualnymi) jako równorzędne?

Oczywiście, siłą rzeczy nabywa się to wraz z doświadczeniem i dystansem do wszystkiego z perspektywy lat. Tyle że wiek – powiedzmy – szkolny to jest właśnie czas, aby doświadczalnie podejmować różne próby i testować do czego ma się predyspozycje i które marzenia warto realizować. Gość po trzydziestce powinien już to wszystko dobrze wiedzieć.

W moim przypadku muzyka i grafika rozwijały się równolegle i pierwsze próby twórczego działania na tych obu polach szybko pokazały co jest realnie możliwe, również ze względów  ekonomicznych. Profesjonalnie zacząłem zajmować się grafiką w 1999 r. (równolegle etatowo oraz jako freelancer dla zespołów muzycznych), więc był to dosyć naturalny wybór. Działanie w Redemptor, czy Nepenthe, oraz home-recording ogólnie, to pasja i samorealizacja w czystej, nieskażonej formie non-profit.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: archiwum zespołu