REDEMPTOR – nikt tak nie gra!

Redemptor to kolejny, krajowy pretendent do death metalowego tronu. Wprawdzie ze względu na liczną konkurencję nie sądzę, żeby udało im się zjeść duży kawałek metalowego tortu, jednak dla poszukiwaczy technicznych dźwięków najnowsza propozycja grupy – „4’th Density” – to kopalnia death – fusion – metalu na najwyższym poziomie. I wcale mnie to nie dziwi, bo muzycy przewinęli się, bądź nadal grają w takich składach jak Sceptic, Never, Anal Stench czy… Ich Troje. Doświadczenie to jedno, a determinacja w użeraniu z muzycznym biznesem, to inna sprawa – na razie grupa wydała własnym sumptem płytkę a przygotowaniu jest już pełnometrażowy – drugi w historii Redemptor – krążek, który, jeśli zachowa atuty „4’th Density”, może stać się dla zespołu szansą na skok do pierwszej ligi metalu śmierci.  Moim rozmówcą był gitarzysta grupy, Daniel Kesler.

Wasz zespół ma już swoją historię, jednak dotychczas nie udało się Wam wyjść poza ścisłe podziemie. Czy nowy mini – album ma szansę zmienić układ sił?

Taki jest nasz cel. „4’th Density” rozpoczyna nowy etap w działalności zespołu. To właśnie ten moment. Potraktujmy „4’th Density” jako przystawkę do dania głównego, którym będzie druga, długogrająca płyta.

Dlaczego musieliśmy tak długo czekać na nowe piosenki i dlaczego po 6 latach dostaliśmy TYLKO cztery kawałki? Co spowodowało taką absencję przez te wszystkie lata?

...nikt tak nie gra!
… nikt tak nie gra!

W 2006 roku przeniosłem zespół z Łomży do Krakowa. Tu nie znałem nikogo: duże miasto, jakby zupełnie inny świat, ale miałem jasno sprecyzowany plan. Wiedziałem, z kim chciałem grać i co chciałem robić. Kompletowanie składu okazało się bardzo czasochłonnym zajęciem. Sam też szukałem swojego miejsca w różnych zespołach: Sceptic, Atrophia Red Sun, Sothoth, Privateer i Ich Troje. Pierwszym materiałem jaki nagraliśmy w nowym składzie było „Nanosynthesis” (2009), 3 – utworowe demo. Na tym etapie wiedzieliśmy, co trzeba zrobić, żeby pchnąć zespół wyżej. „4’th Density” powstawało przez ponad rok: nagranie przedprodukcji, nagranie głównych śladów, miks itd. Przede wszystkim dużo rozmawialiśmy o tym, jak powinny wyglądać nowe utwory, jak je aranżować, jaka powinna być warstwa tekstowa, jak połączyć chęć grania bardzo zakręconej muzyki z jednoczesną przystępnością odbioru.

Nowy mini to kwintesencja technicznego grania – jak wy sami odnosicie się do swojej muzyki – czy to już finał poszukiwań czy po prostu kolejny krok w waszej ewolucji?

Często słyszę krótkie hasło: nikt tak nie gra! To efekt tych poszukiwań. Wszyscy podchodzimy do tematu ambicjonalnie, nie chcemy grać banalnej muzyki. Jest to związane z pracą nad sobą i własnymi umiejętnościami. Myślę, że dojrzewamy jako muzycy, tak więc dalsza ewolucja jest nieunikniona i przebiega w sposób naturalny.

Skład zespołu tworzą muzycy doświadczeni w wielu składach, które prostej muzyki raczej nie grały i wpisały się złotymi zgłoskami w annały polskiego tech – metalu. Co dzisiaj się z nimi dzieje, bo część z tych bandów od jakiegoś czasu uparcie milczy. To już koniec ich historii?

Sceptic ma się bardzo dobrze. Trochę pozmieniał się skład: gram z nimi od ok. 1,5 roku; na perkusji Kuba Kogut, który wrócił do zespołu po wielu latach. Zagraliśmy parę koncertów. Prace nad nową płytą trwają. Jak jest z resztą zespołów? Raczej każdy jest w jakiś sposób aktywny. Nie czuję się kompetentny, żeby wypowiadać się w ich imieniu…

Kilka słów odnośnie nowych utworów – jakie założenia towarzyszyły wam podczas prac nad tymi kawałkami?

To było dla nas coś nowego: wszystkie numery powstały na próbach. Spotykałem się z Kubą i jamowaliśmy. Dawniej każdy kawałek był wcześniej przeze mnie rozpisany, każdy uczył się swojej partii. To nie było złe, ale brakowało spontaniczności i energii. Inaczej się komponuje w domu siedząc wygodnie w fotelu, a inaczej na próbie stojąc – zupełnie inna ekspresja, więcej swobody i nieprzewidywalne rozwiązania wynikające z jamowania. To sprawia, że ta muzyka jest cały czas świeża, mimo, że środki wyrazu są oczywiste.

Udało się Wam zachować idealną równowagę między death metalową masywnością i finezją wykonawczą, jednak nadal – mimo wszystko – słychać przywiązanie do klasyki gatunku. Nawet najbardziej techniczne zagrywki mają swoje korzenie w określonych konwencjach. Czy zatem nie ciągnie Was troszkę w stronę eksperymentu, tak by zupełnie uniezależnić się od wszelakich porównań?

Nic na siłę. Wszystko wypływa naturalnie. Styl w swojej formie jest mieszanką muzyki ekstremalnej z elementami progresji i fusion. Porównania nie są złe pod warunkiem, że są trafne. Jeżeli czegoś słuchasz, to siłą rzeczy gdzieś tam w podświadomości się na tym opierasz. Trudno się nie inspirować, ale na pewno nie należy kopiować. Obecnie mamy modę na death cora i breakdowny, a także na całą falę „post-Meshuggowskich” „djentów”. Wszyscy grają dokładnie tak samo: tendencyjne riffy i powielane schematy. Tyle, że to kopiowanie jest kwestią wyboru, a może to brak świadomości muzycznej, lub swego rodzaju upośledzenia muzycznego?

Płyta jest doskonale przygotowana, okładka i grafika tak samo, chciałoby się więc zapytać co dalej – kiedy możemy spodziewać się dużego krążka – czy możemy mieć nadzieje, czy też na razie nie ma na to szans?

Pracujemy nad drugim długograjem. Do końca roku na pewno będziemy mieli zamkniętą listę utworów. Chcemy działać, mamy na to siłę i bardzo lubimy to robić, więc szczerze zależy nam na tym, żeby drugi LP był gotowy jak najszybciej.

Gdzie nagrywaliście nowe mini – jak się pracowało i co ciekawego wydarzyło się podczas sesji? A może to była raczej tylko ciężka „orka” i nic poza tym?

Pytanie gdzie my nie nagrywaliśmy? Perkusja w STWN Studio w Brzozowie; bas w domowym studio naszego basisty Wojtka Famielca, który jest realizatorem dźwięku i producentem; gitary nagrywałem u siebie w domu, potem z braćmi Wiesławskimi zrobiliśmy reamping u nich w Studio Hertz; wokale zostały nagrane w JR studio w Skarżysko Kamiennej; a miksem zajął się Arkadiusz „Malta” Malczewski. A tak to nuda he, he! Trochę popsutych gratów, miejscami napięta atmosfera (ostro żremy się ze sobą podczas nagrań, (zwłaszcza ja z wokalistą…), ale za to bardzo konstruktywnie.

Kondycja naszej rodzimej sceny DM jest bardzo dobra, jednak może macie jakichś faworytów wśród tej zwariowanej gromadki?

To zespoły, które wskazałby chyba każdy fan DM: Lost Soul, Decapitated, Hate i tych trochę mniejszych jak Calm Hatchery, Beheading Machine.

Jakoś nie słychać nic na temat koncertów Redemptor – zamierzacie coś w tej kwestii zmienić?

Jak dotąd nie udało nam się zagrać ich wiele, były to raczej pojedyncze koncerty. Chcemy grać koncerty, mamy je w planach. Czas pokaże, na ile uda nam się zrealizować nasze zamierzenia.

Plany na najbliższe miesiące – gdzie zobaczymy i co usłyszymy ze strony  Redemptor?

Najbliższe miesiące to czas prac nad płytą, którą mamy zamiar nagrać… już niedługo.

Zatem powodzenia…

Rozmawiał Arek Lerch