RED SCALP – Latamy dość nisko…

Wydany końcem roku „Lost Ghosts” to niewątpliwie godny następca debiutu pleszewian –„Rituals”. Zachowujący brzmieniową tożsamość, a przy tym… zupełnie inny. Bardziej kosmiczny, rozimprowizowany, nieokiełznany. O nowym długograju, fascynacji indiańską kulturą (i co z niej może wyniknąć!), Red Smoke Festivalu i wielu innych ciekawych sprawach rozmawiałem z gitarzystą i wokalistą zespołu, Jędrzejem Wawrzyniakiem.

Bez tej kwestii nie może się obejść, chociaż pytania pewnie macie już dość… Jak to było z tym saksofonem? I czy mógłbyś umiejscowić ten „wynalazek” w czasie? Rozumiem, że to było już gdzieś po „Rituals”, kiedy zaczynaliście pisać nowy materiał?

Zgadza się, pomysł na saksofon pojawił się przy pisaniu kawałka „Lost Ghost”, jakoś na początku 2017 roku. Zainspirowane to było fragmentem, który usłyszałem na płycie „Never Say Die” Black Sabbath. Nie braliśmy pod uwagę, że Jan, który dotychczas był naszym grafikiem i grał na dodatkowych instrumentach perkusyjnych, umie grać też właśnie na saksofonie. To było oczywiste, a jednak chwilę zajęło, zanim się przełamaliśmy. Wiesz, saksofon to mało popularny instrument w tych klimatach i baliśmy się, że to nie zadziała. A jednak…

Do tego, z której strony ten saksofon ugryźć i jak go wpasować w całość dochodziliście sami, czy też szukaliście jakichś przykładów – już nie mówię: stonerowych, ale w ogóle grup łączących cięższe klimaty z tym instrumentem?

To było bardzo naturalne, tak naprawdę nie namęczyliśmy się za bardzo, a linie saksofonu i jego umiejscowienie wchodziły bez pudła. Oczywiście, gdzieś z tyłu głowy siedziały niesamowite wejścia saksu jak u Pink Floyd, ale to oczywiste. Ja jestem też fanem zespołu Spidergawd, w którym jest saksofonista barytonowy i to mi się zawsze pięknie spinało.

Latamy dość nisko...

Latamy dość nisko…

Saksofon, organy i te długie, trochę floydowskie solówki tworzą na nowej płycie idealny klimat do odlotów. I właśnie – jak wam się udało zachować równowagę, dzięki której odloty i te bardziej zwarte motywy są wymieszane w naprawdę zdrowych proporcjach? Nie kusiło, by popłynąć zupełnie?

Myślę, że całkowite puszczenie lejców to nie do końca to, co nas satysfakcjonuje. „Lost Ghosts” to album, który powstał niesamowicie szybko, naturalnie i nie był pozbawiony jammów, w których pozwalaliśmy sobie na odlot bardzo wysoko, ale to tylko w procesie tworzenia. Dla nas stał się jednym, długim utworem, który musi mieć ramy. Lubimy mieć kontrolę nad tym, co robimy, i chyba dlatego latamy dość nisko.

No właśnie – więcej tu było improwizacji, niż przy okazji pisania Rituals? I kolejna sprawa: czy na żywo trzymacie lejce nieco luźniej? Ja np. odniosłem takie wrażenie, że koncertowo taka „Mantra Bufala” była jeszcze dłuższa, niż na płycie, ale może to złudne…

Dobre spostrzeżenie. „Mantra Bufala” jest w dużej mierze improwizowana na każdym koncercie. To jest miejsce, w którym zawsze pozwalamy sobie na więcej. W sumie wszystkie solówki na „Lost Ghosts” były mocno improwizowane podczas nagrywania. Dawaliśmy sobie po trzy podejścia i najlepsze trafiało na płytę.

W innym wywiadzie wspomniałeś, że podczas pierwszych prób granych z myślą o nowym materiale, już po „Lost Ghosts”, okazało się że na powrót ciągnie was do ciężaru. Czy to nie jest trochę tak, że te użyte środki – saksofon, improwizacje –poprowadziły was w takim bardziej kosmicznym kierunku, a teraz to wy będziecie je prowadzić, już w pełni świadomie, tam, gdzie chcecie?

Po wydaniu „Rituals” byliśmy przekonani, że właśnie to jest i będzie Red Scalp. Nowy album pokazał, jak bardzo się myliliśmy i jak dużą przemianę przeszliśmy. Zamierzamy się dalej rozwijać, więc jeśli powiem, że teraz poznaliśmy nasz styl i to będzie Red Scalp, to pewnie znowu się trochę mylę, ale na pewno mogę powiedzieć z pełnym przekonaniem, że teraz jesteśmy świadomi tego, co robimy, i wiem, jak iść tam, gdzie chcemy.

Pozwól, że zapytam o genezę oświadczenia, które ostatnio pojawiło się na waszej stronie. Ciężko było podjąć decyzję o rozstaniu się z pióropuszem? I czy reszta indiańskiego anturażu niezmiennie pozostaje w zespole?

Kiedyś rozmawiałem z gościem, który od kilkudziesięciu lat zajmuje się kulturą indiańską na poważnie. Czy to, że wykorzystujemy indiańskie symbole jako rekwizyt, może kogoś obrazić? Stwierdził, że nasza muzyka przynosi radość i pokazuje szacunek do kultury Indian, więc nie obrażamy. Ale ani on, ani my nie spodziewaliśmy się, że nasza muzyka dotrze do wszystkich zakątków świata i zwrócą na nas uwagę rdzenni Indianie. Raz nawet ktoś życzył nam śmierci właśnie z powodu jakiegokolwiek związku z ich kulturą, ale przyjmijmy, że to był totalny ignorant, który w ogóle nie wiedział, o czym śpiewamy. W każdym razie, z przyzwyczajenia do pewnego rytuału zakładania pióropusza nie łatwo było zrezygnować, ale wewnątrz nie miałem z tym problemu. Rozmowa na ten temat z wspomnianym w oświadczeniu native Indianinem była bardzo merytoryczna i na wysokim poziomie. Poza tym, fascynacja kulturą nadal zostaje w zespole.

Zawsze odnosiłem wrażenie, że do tematu podchodzicie poważnie i to nie jest tylko zapożyczenie efektownej otoczki, a faktyczna fascynacja, za którą idzie też pewna świadomość. Pozostaje uszanować decyzję. A jak w ogóle zrodziło się w tobie zainteresowanie tą kulturą?

Oprócz zabaw w dzieciństwie i westernów (śmiech), to zawsze wzbudzało u mnie jakiś podziw i ciekawość. Aktywowało się w połączeniu z muzyką i szukaniem zespołowej tożsamości. Podchodzimy do tego poważnie, bo ciężko jest pokazywać emocje, robiąc to tylko pod publiczkę.

Jasne. To jeszcze, przechodząc ku końcowi, zapytam o festiwal. Po pierwsze, co was kiedyś skłoniło ku takiej idei? Brak podobnego wydarzenia w Polsce? I, po drugie, dlaczego zdecydowaliście się niejako „powiązać” to z zespołem? Bo jest słowo „red”, ta sama, indiańska, estetyka… Kojarzy się jednoznacznie.Live

Na pewno głównym powodem był brak podobnego wydarzenia oraz to, jak sytuacja się ma na innych festiwalach. Chcieliśmy zrobić miejsce, które pozwala ci się oddać muzyce i jednoczenie bawić bez stresu. Z najwyższa jakością, a nie tanimi chwytami i żerowaniu na uczestnikach kosmicznie drogimi biletami, merchem czy jedzeniem. Oczywiście z roku na rok wprowadzamy pewne zmiany, ale to jest ciągłe ulepszanie i inwestowanie. Wierz, lub nie, ale „red” w nazwie festiwalu nie wzięło się od Red Scalp, to przypadek. Jankes wymyślił nazwę bo chciał ją powiązać z racą, którą się sygnalizuje, że potrzebna jest pomoc. Jankes dużo żegluje, stąd pomysł. Ale faktycznie to, jakie mamy estetyczne wizje na Red Scalp, automatycznie powiązało się z Red Smoke, chociaż wigwam na polu namiotowym był tam już dawno temu; to akurat wielki zbieg okoliczności. Ta sama ekipa ogarnia dwie rzeczy, no i Jan jest grafikiem zespołu i festiwalu. Nie sposób tego rozłączyć.

Jasne. Z tego, co wiem, uparcie obstajecie przy tym, że RSF nigdzie się z amfiteatru nie rusza. Miejsce jest naprawdę fajne, tylko, że ściągacie też coraz większe nazwy. Czy nie ma obawy, że w pewnym momencie będzie możliwość zabookowania jakiegoś giganta, ale z racji ograniczonej pojemności wiązałoby się to z bardzo wysokimi cenami biletów, żeby to jakoś wyrównać? Czy po prostu ta skala „wielkości”, jaka jest teraz, i headlinerzy pokroju Kadavar, to jest stan realny i docelowy?

W planie jest zostać przy tej skali zespołów. Nie spodziewaliśmy się tak szybkiego wskoczenia na ten poziom i tym bardziej nie myśleliśmy o innym miejscu. Ja najbardziej cenię sobie właśnie klimat małomiasteczkowego amfiteatru i uważam, że zmiana mogłaby wszystko zepsuć. Zresztą naszym głównym celem jest ściąganie rewelacyjnych składów, które niekoniecznie muszą być wielkie, a tych przybywa.

Bardzo zdrowe podejście. Sam już nie mogę się doczekać, jakie z tych niekoniecznie wielkich składów ściągniecie w tym roku – lepiej zacząć się nie mogło (śmiech). No dobrze, to ostatnie słowa pozostawiam tobie. Jakie są najbliższe plany/ambicje Red Scalp?

Mamy zamiar zagrać w tym roku zdecydowanie więcej koncertów w Polsce i za granicą. Nowy materiał już powstaje, także w żadnym wypadku nie osiadamy na laurach, tylko pracujemy jeszcze mocniej.

Adam Gościniak

Zdjęcia: archiwum zespołu/Tarakum Photography