RAFAŁ GORZYCKI –  Inspiracją jest życie

Polska scena jazzowa to temat tak szeroki, że na jego zgłębienie potrzebowałbym kolejnego życia, trzeba zatem zabrać się za te wątki, które zdają się być szczególnie ciekawe. A ciekawa jest zazwyczaj różnorodność. Wprawdzie przyczynkiem do poniższej rozmowy jest premiera płyty Playing, jednak mój rozmówca, Rafał Gorzycki, to człowiek na miarę naszych czasów – wszechstronny, zabiegany, niespokojny, ciągle szukający ujścia dla swoich pomysłów, niekoniecznie w czystym jazzie, bo jest tu i muzyka kameralna, awangarda, różnorakie działania, łączące muzykę z innymi formami sztuki, dla którego szufladka z napisem „perkusista” jest zdecydowanie za ciasna. Z kolei na płycie „Playing” postanowił trochę odsapnąć, tworząc muzykę bliższą jazzowemu środkowi, stykającą się z rockiem, zjadliwą nie tylko dla znawców gatunku. Choć, jak podejrzewałem, w naszej rozmowie wykroczyliśmy poza obszar muzyczny; być może udało się stworzyć coś w rodzaju kontekstu dla współczesnego, zagłębionego w pędzącym świecie artysty.  

Zaczniemy może dość brutalnie, ale przecież lepiej od razu uderzyć – pokutuje przekonanie, że jazzmani są największymi pijakami wśród muzyków. Co za tym idzie – rock’n’rollowcy nawet się do Was nie umywają. Nie pytam czy to prawda, tylko dlaczego tak jest?

Poznałem różne środowiska, klasyków, rockmanów, jazzmanów, hardcore’owcow, hip hopowców;  klasycy nie piją w pracy, bo często są zatrudnieni na etatach w filharmonii, akademii czy operze, itp. Na wyjazdach jest inaczej – piją wszyscy, łącznie z babkami. Z jazzmanami jest tak, że wykonują wolny zawód i często są wolnymi strzelcami, więc nie mają obaw i piją. Rockowcy i inni podobnie, choć pojawia się też trawka i cięższe narkotyki. Trzeba mieć dużą samodyscyplinę, żeby nie zabłądzić i umieć się odnaleźć w tym środowisku… Każdy to przechodzi, bez wyjątku: dieta, wyjazdy, kawa, alkohol, dragi… ciężka praca i dużo pokus.

Choć z drugiej strony… Może właśnie używki są częścią kreatywności? Wiesz, czytałem „Desperado”, wywiad z p. Tomaszem Stańko – wynika z niego, że de facto, najciekawsze rzeczy robił w największym „ciągu”. Zresztą, z Urbaniakiem jest tak samo… Uznajesz używki jako obligatoryjne „wspomagacze”, czy absolutnie nie?

To jest tak, że nie każde brzydkie kaczątko będzie łabędziem… tzn., narkotyki mają swoją dobrą, twórczą moc… ale jeśli są stosowane co jakiś czas jako szamańskie rytuały. Jeśli nie możesz zagrać koncertu bez speeda, czy czegokolwiek, jesteś ćpunem i masz problem. Tak kończyli wielcy, więc warto się uczyć i o tym pamiętać… Hendrixa, Jima Morissona, mnóstwo heroinistów w jazzie lat 40 i 50` XX w – martwych lub rozwalających życie swoje i bliskich. Wybory Milesa nie są więc obligatoryjne, ale kuszące. Poznałem odmienne stany świadomości – było pięknie i kreatywnie, ale bywało też ciemno i smutno. Wielu mądrych ludzi się przeliczyło; jest mnóstwo pokus i trzeba być czujnym… Szkoda mi życia i wpadnięcia w nałóg.rafal7

To uderzę bardzo bezpośrednio na koniec tematu – masz w swojej dyskografii płyty, które powstały w „odmiennych stanach świadomości”?

Nie… jeszcze nie (śmiech). Pytasz ze względu na Ecstasy Project? Rozumiem, narkotyki i alko to śliskie sprawy, niebezpieczne dla nas… dla wszystkich!

Ale ok, czas na poważne pytanko. O życie. Często jest tak, że muzyka idzie w parze z życiem, czasem wręcz odwrotnie. Czy Ty doszedłeś już do czegoś w rodzaju równowagi – czy może jest tak, że właśnie brak równowagi, podskórne napięcie pobudzają kreatywność?

Uważam, że muzyka autorska, osobista, improwizowana jest zawsze odbiciem Twojego ducha i nie może być odizolowana od życia, bo byłoby to słychać – są tacy artyści, ale ja ich nie lubię słuchać… Lubię intymnych i szczerych twórców, nie tylko w jazzie , czy w muzyce, a w sztuce  w ogóle, w malarstwie, filmie itp. Mam problemy – dojrzałem artystycznie przez ostatnie trzy lata, znalazłem swój język i jestem w świetnej formie jako perkusista. Niestety, moje życie prywatne posypało się kilkukrotnie przez ostatnie lata. Trzyma mnie w pionie muza, synek, moja rodzina i bliscy, a muzyka… ma się dobrze i to jest w tym wszystkim przerażające albo budujące. Mówi się, że najlepsza sztuka powstaje w bólu; jest to nadużycie, stereotyp, ale jednocześnie coś w tym jest – kiedy jest ciepło, jesteś najedzony, zadowolony, nie chce się nic trudnego robić.

Miles Davis miał powiedzenie, że nie podaje ręki żonatym muzykom…

Miles był rasistą i psycholem… Nie należy go traktować jako wzór. Ale był wielki, trochę jak Picasso, wredny dziad, ale geniusz. Choć Picasso go przerastał. W tym powiedzeniu jest sporo racji – nie lubił, kiedy DeJohnette chciał jeździć w trasę z żoną. Ja też nie lubię, kiedy muzycy zabierają swoje kobiety. To zakłóca przypływ energii.

Czyli dochodzimy powoli do sedna – rodzina nie jest dobra, a jazzman jak marynarz, najlepiej czuje się „na morzu”. Czyli w sali prób albo na trasie. I tu pojawia się jeszcze temat inspiracji… Co np. w Twoim przypadku jest bezpośrednim bodźcem oddziałania? Co pobudza Rafała Gorzyckiego?

Tego nie powiedziałem…  Dobra i kochająca rodzina jest ważna i piękna, kocham bardzo synka i żałuję, że nie udało się nam z mamą Wojtusia. Rodzina daje wsparcie, miłość, poczucie bezpieczeństwa i sensu. Czuję potrzebę dzielenia się tym co dobre, ale i porażkami, czy kryzysami. Mam dwoje cudownych przyjaciół, wspaniałego brata i rodziców, ale wciąż czuję się niepełny… Natomiast, inspiracje są wszędzie. Nie inspiruje mnie jazz, wolę kino, malarstwo, literaturę. Ostatnio wychodzę poza sztukę i tam jest też mnóstwo inspiracji. Życie to inspiracja; banał, ale prawdziwy. Ale muzyka to bardzo zaborcza kochanka – nie lubi się dzielić sobą, stąd często porażki w związkach i samotność. Cały czas musisz z nią być, 24h na dobę a ludzie tego nie lubią, zresztą, wcale się im nie dziwię…  Choć ostatnio mój przyjaciel powiedział, że szukam w muzyce tego, czego nie otrzymałem od ludzi. Wypełniam deficyt… Będę o tym rozmyślać!

Inspiracją jest życie

Inspiracją jest życie

Dotknąłeś dość istotnej kwestii – wydajesz się być takim człowiekiem renesansu, który ma bardzo szerokie horyzonty. Słuchałem płyt, które nagrałeś i jest to muzycznie tak szerokie spektrum, że czasami byłem wręcz zaskoczony. W jaki sposób udaje ci się podzielić te wszystkie projekty – nie zbliżasz się czasami do, hmmmm, lekkiej schizofrenii?

Jest tak dużo pięknej muzyki od XI do XXI wieku, że nie rozumiem,  jak można słuchać tylko jazzu, albo tylko klasyki,  czy rocka. Słuchanie jednego gatunku, epoki, paradoksalnie ogranicza i zamyka a nie daje głębokiego wglądu i zrozumienia. Muzykę dzielę tylko na dobrą i nie. Słuchałem dużo jazzu, klasyki, muzyki współczesnej, kameralnej, elektroniki. Sadzę, że na zajęciach w szkołach artystycznych jest za mało historii sztuki, innych dziedzin, filozofii, etyki. Znam wielu muzyków, którzy poza swoją specjalizacją nie mają wiele do powiedzenia… O baroku, Mykietynie, nowym Jarmushu czy Kapuścińskim… Są świetnymi muzykami, ale nie artystami. To chyba słychać w grze, takie mam wrażenie. Muzyka jest dużo głębiej niż same dźwięki, ale schizofrenia jest i to duża – to jest bardzo trudne wyzwanie, w zasadzie nawet nie wyzwanie, tylko konieczność; nie umiem, nie umiałbym inaczej. Całe życie temu poświęciłem i może dlatego jestem taki płodny, choć nie przychodzi mi to z łatwością. Ponoszę bardzo duże koszty niezależności i bezkompromisowości.

W tym wszystkim znaczącym faktem jest totalne oderwanie od techniki. Od akademickości muzyki. Ma być poznanie dźwięku za pomocą emocji. I to mi się bardzo podoba, jednak zastanawiam się, gdzie jest w tym wszystkim tzw. „korektor”? Obiektywny głos, dzięki któremu nie gubisz się i pozostajesz zrozumiały dla przeciętnego słuchacza. Bo przecież de facto bez odbiorcy nie istniejesz…

Jordi Savall powiedział, że wykonuje  „starą muzykę”,  ponieważ kiedyś odbierano ją bardziej zmysłowo, emocjonalnie a współcześnie zbyt intelektualnie i matematycznie! A czy jestem zrozumiały? Takiej gwarancji nigdy nie mam, dlatego każda premiera jest dla mnie przerażająca. Wierzę, że to co robię, jest dobre. Inaczej bym nie wydał takiej czy innej płyty albo nagrał ją raz jeszcze. Jeśli ty nie sam nie czujesz, że to wartościowe, nikt tego tak nie odbierze. Pracując na projektem, wymyślając go, nigdy nie myślę o tym jak zostanie odebrany, tylko o tym, że to mnie intryguje, że to ciekawe, nowoczesne; często mam rację, czasem się mylę. Trio Poems to nieudana płyta, ale nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Wiem, jest ryzyko, ale i jest zabawa. Lubię wyzwania,  próby przekraczania formy i stylu. Teraz pracuję nad albumem solowym – SYRIUSZ – gdzie gram na fortepianie, podaję poezję współczesną, wibrafon i organy, pracuję intensywnie. Właśnie słucham zgrywek ze studia i aż sam siebie zaskakuję, nie wiem, co to za muzyka… ale czuję, że to dobre i wartościowe… To wielkie wyzwanie, bo na fortepianie gram od niedawna a interpretacja wierszy, to jeszcze większa nowość dla mnie. To intymny świat i pokazuję go wszystkim. Gdybym wiedział jak to trudne wyzwanie, nie wiem, czy zdecydowałbym się na to raz jeszcze, choć czuję, że to będzie piękna płyta.  A co do techniki… nie do końca się zgadzam – są takie czasy i jest taki poziom wykonawczy, że trzeba być sprawnym instrumentalistą. Problem polega na tym, że emocje i wrażliwość nie zawsze idą w parze ze sprawnością wykonawcy, artysty. Jeśli tak jest to mamy do czynienia z muzykiem, artystą kompletnym, geniuszem jak Coltrane, Shorter, Argerich, Fellini, Shoenberg, Miro!

Jak do takiej techniki się dochodzi – praktyka na scenie? Ćwiczenia? Akademia? Jaka jest najlepsza droga? No i jaka jest zależność techniki i talentu? Jak w/g Ciebie „talent” można zdefiniować?

Dróg jest wiele… Ja jadłem chleb z wielu pieców, od wielu piekarzy i różnych mąk… I taki jest efekt: jestem niespokojnym duchem, balansującym między gatunkami i epokami, choć, mimo to,  potrafię się w muzyce zagłębić i nie robić  płytkich projektów. Wszystkie elementy, które wymieniłeś, są, moim zdaniem, konieczne do osiągnięcia poziomu dającego możliwość przekazania bez zakłóceń głębokiej treści: scena, szkoła, ćwiczenie, ale i doświadczenia poza instrumentem, zgłębianie sztuki życia… Chyba Rubinstein powiedział, że nie można za dużo ćwiczyć, bo nie będzie o czym grać. Żeby mieć o czym grać, musisz żyć i doświadczać, ale żeby pięknie to opowiedzieć, musisz pracować ciężko, ćwiczyć, ćwiczyć, studiować w taki, czy inny sposób. Także doświadczenie sceniczne jest nie do przecenienia i nie do nauczenia. Co do talentu – nie wiem, co to? Może po prostu łatwość w wykonywaniu pewnych ruchów, może dobry słuch muzyczny, choć to nie to…  Znam „absolutowców”, którzy średnio grają, może więc chodzi o wrażliwość? Jest ważna, ale nią nie wygrasz wszystkiego… Nie myślę o talencie, bo uważałem kiedyś, że niewiele go mam. Wolę więc skupić się na rzeczach, na które, na pewno, mam wpływ. Pogodziłem się z tym, że nie będę Williamsem albo Bachem…

Marcin Wilkowski Photography

No właśnie – starałem się jakoś Ciebie sklasyfikować, ale… nie da się. Działasz na tylu polach, że trudno nadążyć. Jest jakiś jeden wątek, który jest Ci szczególnie bliski?

Sam nie nadążam i nawet nie próbuję. Jest w tym jakieś bogactwo, choć z drugiej strony to może być przekleństwo, bo dla mainstreamowców jest zbyt awangardowy, dla awangardowców zbyt spokojny; ani klasyczny ani freejazzowy, ale jest to mój język, mój świat. Mam styl i wyobraźnię a  tego nikt mi nie zabierze. Ktoś może tego nie lubić, ale to fakt. Ecstasy Project to zespół, który łączy świat kameralistyki XX wieku z jazzem ECM i latami 60. XX w. Sądzę, że ten projekt zostanie odkryty jeszcze kiedyś, pewnie po mojej śmierci ( śmiech). Co do wątków – jest nim na pewno muzyka barokowa, Telleman, Pergolesi, Bach, Ramaud, oraz muzyka fortepianowa – od Bacha, Chopina do Mortona Feldmana. Świetna muza na piano solo – Feldmana i ostatnio Piano music – Mykietyna. Moja przyjaciółka habilitowała pianistkę, która nagrała album z muzyką fortepianową Mykietyna. Bardzo świeże i nowoczesne myślenie. Bardzo szanuję tego kompozytora.

Mówimy o kameralistyce, Chopinie itp. a przecież dla mnie pozostajesz świetnym, interesującym perkusistą. Co urzekło Cię w tym instrumencie? W jaki sposób rozwijałeś tę przyjaźń?

Jeśli jestem świetny i interesujący to właśnie dlatego, że swoim myśleniem i słuchaniem, doświadczeniem wykraczam poza ten instrument. Mój brat miał alternatywny band i w przerwie chodziłem sobie pobrzdąkać na wszystkim. Miałem 12/13 lat i bębny były najfajniejsze. Potem zaraz pojechałem na Jazz Jamboree’89 i słuchałem poważnych zawodników. Wiedziałem, że będę grał jazz, na perkusji… Miałem 14 lat, teraz to dopiero rozumiem. Nie mogłem wybrać innej stylistyki, czy gatunku ani instrumentu. Jestem niespokojnym duchem, szybko się nudzę, potrzebuję nowych bodźców, lubię zmiany, jestem energiczny: jazz, perkusja, muzyka współczesna, nie mogło być inaczej…

Widziałeś film Whiplash?

Nie, ale wszystko wiem – może właśnie dlatego go nie widziałem. Wiesz, przeżyłem dużo bólu i wyrzeczeń na swojej drodze, mnóstwo ciężkiej pracy i przeciwności losu…

Jaka jest dla Ciebie tzw. granica eksploatacji własnych możliwości? Znasz ją? Doszedłeś kiedyś do niej? Czy może muzykowanie to ciągłe jej szukanie?

Mam tak często… i idę dalej. Bywam tyranem dla siebie, bardzo surowym… Dopiero od jakiegoś czasu jestem czulszy i łagodniejszy dla siebie, choć jestem czasem blisko załamania. Np. kiedy pracuję nad Syriuszem – to najtrudniejsza sesja w moim życiu a nagrałem już 21 płyt. Ale było warto, czuję, że to niesamowite doświadczenie, wzbogacające mnie jako perkusistę, muzyka, pianistę, kompozytora i człowieka. Nie szukam granicy wytrzymałości, to byłoby brutalne i bez serca. Nie jestem masochistą – szukam w muzyce totalnego piękna, niezakłóconego przekazu, a to kurewsko trudne zadanie. Kilka razy mi się udało, więc szukam dalej, choć styl już znalazłem jako perkusista. Muzyka jest jednak większa od bębnów – nie ujmiesz pewnych emocji i subtelności na perkusji i pewnie stąd moje pisanie muzyki a teraz fortepian… Napięcia harmoniczne dla perkusisty są niedostępne.vibes-z-dolu

Ciekawe jest to, że tworzysz w mieście, uznawanym na królestwo alternatywy i awangardy. Masz styczność z muzykami z tzw. kręgów „ziołkowych”? Od Kuby Ziołka?  

Jasne, znam i szanuję jego projekty i bezkompromisowość. Mamy salki prób obok siebie… Pracuję właśnie równolegle nad tryptykiem triowym. Pierwsza odsłona to „Playing” (wyd. For Tune) a druga to  TUNNING ENSEMBLE z Kubą na elektronice i geniuszem fletu  Tomaszem Pawlickim. Zaczęliśmy już próby, zimą planowana jest sesja. Mój plan jest taki, aby stworzyć brzmienie, którego jeszcze nie było i jest szansa, że się uda. Tunningujemy brzmienia a cała trójka to bardzo inteligentni i osłuchani artyści, więc jest nadzieja. Mam już kilka nagrań, są niesamowite, nie słyszałem w życiu takiej muzyki, takiego brzmienia. Bydgoszcz uchodzi za takie królestwo awangardy?

To może być bardzo ciekawe. Zetknięcie tych płaszczyzn… Tak, uchodzi. Stara Rzeka święci triumfy. Alternatywne zespoły z Bydgoszczy są bardzo na fali. Ale pogadajmy chwilę o „Playing”. Bardzo mi ta płyta przypadła do gustu.

Zawsze myślałem, że jestem jednak z głównego nurtu i „Playing” właśnie to pokazuje. Chciałem oddać swoje pogodne i dostępniejsze oblicze, też bywam wesoły i śmieję się… To miłe, że spodobała ci się płyta. To duża zasługa Marka i Wojtka – są pogodniejsi i spokojniejsi ode mnie i chętnie za nimi podążyłem.

Przekonałem się do gitary w takiej muzyce. Zawsze mnie wkurzał fakt, że jazzowi gitarzyści nie tworzą klimatu, nie rysują, tylko zap… solówki. A na „Playing” jest właśnie ten klimat, malowanie harmoniami, dziwnymi akordami z minimalną ilością solowych „wyskoków”…

Wiesz, szczerze… to bardziej świadczy o tym, że nie wiedziałeś, których gitarzystów jazzowych słuchać… Abercrombie, Jakub Bro, Frissel – to czysty klimat… A Marek właśnie z tej linii się wywodzi i ja także takich gitarzystów słuchałem a potem szukałem, żeby z nimi grać.  Najpierw udało mi się spotkać Kamila Patera (duet Therapy, Dziki Jazz A-kineton) a teraz do Tria – Marka Malinowskiego. To wspaniały i kompletny, wrażliwy muzyk. To on stworzył klimat na płycie, ja trochę tylko z nim rozmawiałem.

Płyta, jak sam mówisz, jest bardzo „uśmiechnięta” i chyba jest to jedno z Twoich najprzystępniejszych dzieł. Myślisz, że uda się z „Playing” osiągnąć coś więcej, wejść na wyższy, biznesowy poziom?

To na pewno, najbardziej przystępna moja płyta. I udało uniknąć dało się kiczu i tandety….( śmiech). Miło byłoby pospijać śmietankę w końcu. Ale nie mieszkam w Warszawie, nie pokazuję się i  nie mam teraz menadżera.  Poza tym, przyczepiono mi łatkę – „trudna muzyka” i to może być problem, tak samo jak pochodzenie; klub Mózg – to musi być yassowiec. Ostatnio słyszałem taką historię: moja znajoma spotkała swoją znajomą skrzypaczkę, gdzie gra z żoną mojego byłego nauczyciela i nie wiedząc, że my się znamy, padł z jej strony taki tekst – Wiesz, ten Gorzycki, to nawet dobry był i u mojego męża się uczył, ale zaczął grać yass, szkoda faceta…  Jakbym został heroinistą i pedofilem. Taka anegdota, ale daje do myślenia poza tym, że nigdy nie grałem yassu, ale to już nikogo nie interesuje. Więc, jak widzisz, lekko nie jest (śmiech).

Yass w pewnym sensie wraca. Przynajmniej mam takie wrażenie…

Nic mi o tym nie wiadomo, on zawsze był, jest i będzie jako alternatywa a etykieta się przydała w pewnym konkretnym kontekście i wśród pewnych ludzi. Ale tu wkraczamy w grząski grunt definicji i ludzkich interesów.

No bo granie nie może być oderwane od ludzkich interesów… Tak czy inaczej, biznes wkracza na ten teren. Ile razy słyszałeś pytanie czyrafal2 można się z takiej muzyki utrzymać?

Zbyt wielu długów nie mam, może tak być? Lekko nie jest – wiadomo, to niekomercyjna działalność; tylko wariat, który to kocha i poświęcił wszystko, może to robić , bo logika temu przeczy.

Ok, to teraz pytanie z gatunku „łatwych” – którą płytę w swojej historii muzycznej uważasz za najlepszą i dlaczego?

A które dziecko się bardziej kocha? Cały tryptyk duetowy jest świetny: czyli Therapy, Experimental Psychology, Nothing – to dojrzała i nowoczesna muzyka. Jestem tam w świetnej  formie jako muzyk. Jeszcze SSP – Electogride, EP – They were P.

Na koniec opowiedz o najbliższych planach…

SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ SYRIUSZ!!  Premiera w lutym 2017 a w międzyczasie Tunning Trio z Ziołkiem i koncerty  w ramach promocji „Playing”…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum artysty/Marcin Sauter i Igor Gorzycki