PSYCHOTROPIC TRANSCENDENTAL – Grzyby na długich cienkich łodyżkach

Dobrze, że takie historie mają w sumie szczęśliwy koniec. Pamiętam moment, kiedy kilkanaście lat temu otrzymałem debiutancki krążek Psychotropic Transcendental – materiał do dnia dzisiejszego robi wrażenie i przyznam, że od czasu do czasu zastanawiałem się, dlaczego nie było kontynuacji. Dzisiaj wiadomo już, że historia następcy „Ax Libereld…” była długa, tworzyła się w bólach i wreszcie możemy spróbować zaprzyjaźnić się z dwójką tego składu. Materiał nagrany został w latach 2005-2008, jednak ze względów bardzo różnych czekał na ten właściwy moment, kiedy za miks oryginalnych ścieżek wziął się znany tu i ówdzie Haldor Grunberg – efekt okazał się na tyle dobry, że w 2018 roku światło dzienne ujrzała płyta „.​.​.lun yolina un yolina thu Dar​-​davogh.​.​.”. I to jest odpowiedni moment, by zadać kilka niewygodnych pytań wokaliście K-vass’owi. Efekt poniżej, wzbogacony kilkoma refleksjami na temat rzeczonego krążka.  

Na sam poczatek, muszę zapytać o coś co mnie intryguje: w czasach, kiedy zaczynaliście, tzw „trans” był czymś nowym i nie za bardzo popularnym. Dzisiaj, kiedy takie granie święci triumfy, wy jesteście już bytem czysto teoretycznym: nie czujesz złośliwego chichotu losu?

Raczej cieszę się, że dzisiejsza scena ma w temacie dużo do zaoferowania. Kiedy zaczynaliśmy, sen z powiek spędzał nam brak partnerów do wspólnej zabawy w pokrewnym klimacie. Radziliśmy sobie dzieląc scenę z różnymi zespołami zupełnie spoza tematu – ekstremalny metalcore (ale tak, zdarzyło się grać np. z Frontside)/gothic/rock alternatywny, powiedziałbym, że było dość barwnie. Paradoksalnie, fala zespołów post/sludge/stoner wylała się, kiedy zamknęliśmy działalność… no cóż, czasów się nie wybiera.

Pozostaje pytanie czy nie warto zatem spróbować jeszcze dzisiaj powalczyć na bardziej sprzyjającym gruncie, czy faktycznie nie ma możliwości w tym temacie?

To dość złożony temat bo przez te lata każdy z nas popłynął w swoim kierunku, zarówno muzycznie jak i życiowo. Uchylając rąbka tajemnicy – nie powiedzieliśmy ostatniego słowa i na okoliczność wydawnictwa można spodziewać się jakiegoś wydarzenia/wydarzeń.

W takiej sytuacji jak wasza, zawsze kintryguje mnie postawienie się w tzw pozycji „pomiędzy”. Gramy/nie gramy, jesteśmy/nie ma nas – czy nie szkoda wam na to czasu (śmiech)?

Myślę, że przez te lata sprawę niedokończonego słowa w postaci drugiej płyty spychaliśmy do szuflady właśnie z powodu jego braku. Zajęci koncertowo z innymi zespołami (ja – śpiew w Moanaa, w Blindead i gro innych artystów z którymi współpracowałem, Kumala – Closterkeller, projekty z Sivym), więc jakoś nigdy przez te lata nie było odpowiedniej ilości energii i czasu, żeby dać ludziom wydawnictwo na poziomie, nawet jeśli z głębokości sześciu stóp (śmiech). Jednak cały czas temat gdzieś tam uwierał psychicznie, pracując nad nowymi materiałami cały czas mieliśmy (z Mariuszem Kumalą), poczucie oporu – a może nawet zagrożenia – że znów utkniemy podobnie. Od jakiegoś czasu zaczęliśmy się trochę lepiej organizować, udało nam się skończyć produkcję UnipolarMDP (również pośmiertnie) oraz drugiej płyty Brain Story. Następnym celem był właśnie Psychotropic, głównie z racji tego, że to dla nas cenny i (nieobiektywnie) bardzo dobry materiał. Ponadto był aspekt vox populi – przez te wszystkie lata pojawiało się sporo pytań o dalsze losy zespołu.Listki

Jest bardzo dobry. I trafiający w zasadzie w czas. Słucham go i mam wrażenie, że jest to esencja takiego, hmmm, klimatycznego podejścia do transowości w muzyce, idealne wyważenie ciężaru, gotyckiej aury, plemiennego pulsu. Jest jednocześnie dość łatwo przyswajalny, co też ma znaczenie i co najważniejsze – brzmi jakby powstał w konkretnym czasie a nie rozciągnięty na przestrzeni wielu lat – opisz zatem, jakie były kulisy jego powstawania?

Podobnie jak debiut powstawał w kurniku (dosłownie – kiedy graliśmy, pod nami upierzone stworzenia walczyły o nowe życie) o powierzchni 12m/2, było to bardzo małe, hermetyczne ufo. Nowy materiał powstawał bardzo szybko po zakończeniu pierwszej płyty i tak jak poprzednio – był w dużej części wynikiem jamów, daliśmy sobie maksimum wolności. Końcem 2005 nagraliśmy partie perkusji, kilka miesięcy później gitary. Prace przy innych materiałach zaprzyjaźnionych zespołów dały nam złudne poczucie, że udźwigniemy to sami, były to lata, kiedy homerecording wjechał na salony (dostępność sprzętu, materiałów dydaktycznych w necie etc). I utknęliśmy🙂, powtarzając ten błąd jeszcze kilka razy (UnipolarMDP, StrommoussHeld etc). Później nastąpiła długa cisza, nieoficjalnie zakończyliśmy działalność. Kiedy końcem 2017 zebraliśmy wszystkie sesje i przedstawiliśmy je Haldorowi okazało się, że mieliśmy przy rejestracji sporo szczęścia i ślady są akceptowalne, dlatego uniknęliśmy dogrywek itd. Do tego stopnia, że pojawiło się nieco nieporozumień – płyta brzmi aktualnie, ząb czasu jej nie skrzywdził.

Przypomina mi się tutaj casus Kinsky, którzy też drugą płytę wydali po latach. Z tym, że oni grają koncerty (śmiech).

Jak już wspomniałem, nie powiedzieliśmy ostatniego słowa🙂. Ale na pewno nie ma planów na jakąś tzw. poważną reaktywację, wynika to głównie zaangażowania w inne projekty, które zjadają gros czasu. W moim przypadku, kiedy spokoje pracuje się na etacie i żyje w trzech miastach, uczestnictwo w ok. 40-tu koncertach rocznie nie pozostawia zbyt dużego pola manewru. Oczywiście, praca nad albumem w tym roku obudziła demony pod tytułem: dobry materiał, wypada zagrać.

Cóż, może to kwestia lokalizacji (śmiech). pochodzicie z miasta, które wydało na świat świetne zespoły, których cechą wspólną jest fakt, że jest o nich za cicho – obok was jest Newbreed, od dawna walczy też Myopia. Świetne muzyki, ale wokół w sumie cisza… 

Odczuwamy to nieco przy wyjazdach z Moanaa; fajnie było by pojeździć ze znajomymi ze swojego miasta, ale niestety nie zdarza się to. Nawet jeśli pojawiają się wydawnictwa to zespoły jakoś niechętnie eksportują je poza granice powiatu (śmiech). Dodam tylko, że muzyków jak i sal prób w Bielsku nie brakuje. Myopia, tak! Na dniach znalazłem jakieś stare foty z koncertów, obecnie są chyba aktywni tylko wydawniczo.

.​.​. lun yolina un yolina thu Dar​-​davogh .​.​.

PSYCHOTROPIC TRANSCENDENTAL .​.​.lun yolina un yolina thu Dar​-​davogh.​.​. Największym atutem nowej – drugiej – płyty bielskiego PT jest jej zaskakująca aktualność. W przypadku krążków będących czymś w rodzaju reanimacji czy recyklingu pomysłów sprzed nastu lat, istnieją obawy, że muzyka nie będzie miała przełożenia na aktualną sytuację rockowej, metalowej czy jakiejkolwiek innej sceny muzycznej, tymczasem „.​.​.lun yolina un yolina thu Dar​-​davogh.​.​.” brzmi całkiem nowocześnie a przy tym – tu pomijam kwestię na ile jest to przypadek – trafia w sam środek nadal inspirującej mody na dźwiękowe repetycje. Transowy charakter muzyki nie stoi w sprzeczności z ogólnie gęstym charakterem kompozycji. Nowe dźwięki czujnie reanimowane przez Haldora Grunberga łączą w sobie mocne brzmienie, niepokojącą atmosferę oraz idealne wyważenie między agresją a hipnotycznym, rytualnym wręcz pulsem. Wartością dodaną są wyraźne wycieczki w stronę klimatycznego gotyku w bardziej przestrzennych fragmentach, choć, o co w takiej muzyce łatwo, bez osiadania na mieliznach bylejakości. Zespół zadbał o odpowiednie zróżnicowanie materiału, który rozpina się między rozbudowanym formalnie metalem „Mahad Lavor sa – zax” a kwaśnym, lekko zamglonym lotem „Lavor ni termaned”. Potrafi troszkę poeksperymentować a nawet tworzyć przytłaczające gitarowym zgiełkiem katedry (dobry przykład: „Lin Varandhuar iin Badenath mahad Karviin”). Ogólnie, rozmach płyty robi duże wrażenie, które jest nieco tonowane przez, tak to przynajmniej odbieram, zimno, jakie emanuje z tego krążka. Takie odczucie, choć nie odwraca uwagi od świetnej muzyki, na dłuższą metę mi doskwiera, choć oczywiście zdaję sobie sprawę, że nadaje płycie wspomnianego, gotyckiego posmaku. Jedno jest pewne – płyty trzeba słuchać w całości, oswoić się z zafundowanym przez Satanic Audio brzmieniem i zapomnieć, że to w zasadzie powrót do przeszłości bo zespół nie zamierza/nie może funkcjonować jako pełnoprawny byt. Bardzo udana reaktywacja.

Ciekawe, Bielsko to ogólnie piękne miejsce, ale czy w jakiś sposób ma ono wpływa na was, jako muzyków?

Myślę że tak, jesteśmy nie-ślązakami, prawie-góralami (śmiech). Tempo miasta pomimo jego rozmiarów jest dość spokojne (żeby nie powiedzieć – prowincjonalne), wokół dużo natury (góry, jeziora), sporo miejsc żeby uciec od zgiełku. Jaki ma to wpływ na wypływające dźwięki – trudno ocenić, lokalna scena jest zbyt mała żeby była jakoś mocno charakterystyczna sama w sobie. Oczywiście, pozostawiam to do oceny słuchaczom.

Skupiając się na samej muzyce – co jest dla ciebie najważniejszym elementem „.​.​.lun yolina un yolina thu Dar​-​davogh.​.​.”?

Łatwa, choć trudna do zwerbalizowania odpowiedź. Utwory powstawały lekko i naturalnie, bez wojny, bez wywracania na lewą stronę, bez walki z aranżami. Dlatego do dziś nie przestaje mnie dziwić (ścieżki wokalne zarejestrowałem dziesięć lat temu) jak wpadłem na takie a nie inne partie – mocno przypomina jak ważna jest inspiracja dźwiękami kolegów, jak ważna jest przestrzeń, którą wspólnie się tka. Powstawała jako naturalna iteracja dźwięków, które zazwyczaj były trafione za pierwszym czy drugim razem. Może idealizuję, ale minęło sporo czasu zanim udało mi się pracować w podobny sposób (paradoksalnie, nad Sigihl).

Skoro przy wokalach jesteśmy – skąd pomysł na, hmmm, własny język?

Sam pomysł Gnata na język pochodzi z czasów pomiędzy Blind Slime (poprzedni zespół Gnata i Chrzańca) a Psychotropic. Spróbowaliśmy i okazało się, że świetnie pasuje do charakteru muzyki, twór poniekąd sztuczny,

Płyty

zaświatowy. Nie obarczony akcentem żadnego istniejącego języka, dał dużo wolności w interpretacji wymowy, naturalnie przesiąkł „słowiańskością” w brzmieniu. Jest w tym coś niepokojącego i archetypicznego, kiedy po raz kolejny używasz nieistniejących wcześniej słów, choć w pełni przetłumaczalnych. Znajdujesz je w sobie i już tam zostają.

To z innej strony – taki język to fajna sprawa, ale jednocześnie jest przypuszczenie, że uciekacie w taki wyimaginowany świat, by uniknąć konkretnych tematów – przekaz jest dla was nieistotny?

Tak, ktoś może odnieść takie wrażenie, ale teksty są w pełni przetłumaczalne (ed. bandcamp, do drugiej LP wrzucę na dniach) i opowiadają historie/obrazy/zdarzenia. Bariera z pewnością jest większa niż w przypadku żyjącego języka, łączy się z przejściem do uniwersum zarezerwowanego dla muzyki Psychotropic Transcendental. Dotyczy to zarówno nas jak i słuchaczy.

Czym jest dla ciebie/was ten mityczny trans? Dużo się o nim mówi, ale trudno go zdefiniować…

Próbą komunikacji z rzeczywistością w uproszczony sposób, jej zwierciadłem, momentem, w którym wyraźnie widać rzeczy tak naprawdę istotne. Bardzo często w kilku dźwiękach udawało mi się znaleźć spokój i odcięcie od codziennego natłoku niepotrzebnych informacji, symboli, bodźców. Dla mnie ten stan potrafi być odpowiedzią, nie zadaje pytań. Jest to mocno introwertyczna podróż; zawsze ciężko godzę fakt, kiedy ktoś pisze o swoim koncercie „rytuał”. Postrzegam to jako zaproszenie i doskonale rozumiem sentyment, ale wiem jak mocna jest granica między byciem muzyką a jej odbiorem.

Masz jakichś faworytów w tym temacie – współczesnych i nieco starszych?

Stojąc z drugiej strony, jako słuchacz, na pewno jest mniej wykonawców z gitarami. Necro Deathmort, Scorn, Folkazoid… Kiedy myślę o wyłączeniu się przy gitarach, hmm, jest dość sztampowo, np. „Dream Song” Ministry słuchany przez pół nocy (śmiech). Tu raczej konkretne utwory bywają kluczem niż całe płyty – „A Momentary Lapse of Reason” kilkukrotnie zatrzymał mi czas. Z rodzimych wykonawców – paradoksalnie – nerwowa i jazgotliwa Ketha swoim „#!%16.7” podobnież, a ich przybrani ojcowie przez wiele lat porywali mnie na chmurę której nie było.

Elementem, który w sumie mnie zaskoczył, jest okładka – pasuje raczej do stajni 4AD, niż polskiego labela z brutalną muzyką… Skąd taki pomysł?

To roślina, szczawik trójkątny, który żyje w cyklu dnia i nocy – jest heliotropem. Podąża za słońcem, a kiedy zapada zmrok składa listki i przypomina… grzyby na długich cienkich łodyżkach. Jakie są tego implikacje – można tylko domniemywać (śmiech).

Koncert…bo wasza muzyka też jest i silna, wkręcająca, ale z drugiej strony delikatna. W sumie, im dłużej jej słucham, tym bardziej zaczynam przekonywać się, że musicie to porządnie „ograć”, nie widzę inaczej. Jeden koncert to za mało.

Zobaczymy co czas przyniesie, zbliżający się jubileusz (sic!) płyty „Autoscopia/Murder in Phazes” jest tu dobrym przykładem, być może także pokażemy się okazjonalnie na scenie.

Czy jest coś czego w zasadzie oczekujecie po premierze nowej/starej płyty? Macie jakieś wyobrażenia, co byłoby dla was czymś w rodzaju sukcesu?

Przede wszystkim, bardzo miło jest się przekonać, że jednak sporo osób pamięta o tym projekcie. Jest to o tyle zadziwiające, że przez te wszystkie lata zespół wydał nieoficjalnie, własnym sumptem krążek w nakładzie 500 sztuk, zagrał w sumie kilkadziesiąt koncertów a pomimo tego pozostawił po sobie ślad. Jest pozytywny odzew, spod kamieni wychodzą niesłyszani/niewidziani od kilku(nastu) lat znajomi i wkładają płytę do odtwarzacza. Wielu z nich odbiera „Lun yolina…” jako coś zupełnie aktualnego i pyta o koncerty. A to samo w sobie jest sukcesem.

Rozmawiał  Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu.