PSYCHO – Staram się cieszyć życiem

Bostońskie kombo dinozaurów undergroundu świata nie zawojuje, ale przypomina ciągle o tych ideałach, które w dobie totalnej komercjalizacji sceny muzycznej stały się egzotycznymi bajaniami. Odrodzony w 2005 roku zespół powrócił do punkowych korzeni, ale nadal nie wypiera się okresu, kiedy ścigał się ze światłem i formacjami typu Nasum. Wydana przez Selfmadegod płyta „The Grind Years” przypomina o tym etapie działalności Psycho, zaś poniższych kilka zdań od pałkera grupy, Charliego, utwierdza mnie w przekonaniu, że człowiek jest godny uwagi tylko wtedy, kiedy dojrzeje. Zaraźliwy optymizm tego niemłodego pana, nadużywanie słowa „kocham” poprawiają humor, szczególnie, że za oknem jesień, a nasz naród skłonny tylko do narzekania, raczej nie wzbudza we mnie optymistycznych fluidów. Zapuście sobie „The Grind Years”, poczytajcie wywiad i cofnijcie do początków lat 90 – tych…

Zaczynaliście swoje muzyczne kroki stawiać w czasach, które wielu fanów muzyki wspomina z sentymentem – opowiedz o tym, jak żyło się muzykom punk rockowym w złotych latach 80 – tych?

Charlie: Yeah… zaczynaliśmy w latach osiemdziesiątych… Cóż, wydarzyło się wtedy mnóstwo popierdolonych spraw, po drodze… Mieliśmy mnóstwo doświadczeń takich jak zepsute vany podczas drogi na koncerty. Wyobraź sobie, że jedziesz na koncert i pół godziny drogi do miejsca gigu pada ci rozrusznik w samochodzie… Wiele było takich historii, które wówczas były z naszego punktu widzenia tragiczne a dzisiaj wspominamy je z sentymentem. Dużo śmiesznych spraw… Chcesz jeszcze? Kiedyś w innym miejscu nasz gitarzysta Johnny X był kompletnie nawalony i w pewnym momencie zaczął obsikiwać wszystko, co znalazło się w zasięgu jego ptaka, cały backstage był zalany jego sikami…. Tak wyglądały lata 80 – te. Dobra zabawa i mnóstwo śmiechu. Choć wcale nie było tak lekko i wesoło, to jednak jakoś wszystko było bardziej naturalne, nie było takiej szarości jak dzisiaj. Teraz wszyscy chcą być profesjonalni i zarabiać kasę. Kiedyś liczył się dobry i szalony klimat…

Jesteś mocno związany ze swoimi punkowymi korzeniami, jednak są zapewne zespoły które wywarły na Ciebie wpływ i kiedy tworzysz muzykę, czujesz, że się nimi inspirujesz?

Inspiruję się wszystkim!! Teraz i wtedy. Staram się cieszyć życiem, najlepiej jak potrafię. I czasami spotykam zespoły, które mają podobne podejście, do życia i do muzyki.  Uwielbiam też spotykać ludzi, z którymi od lat koresponduję. Staram się pilnować, dbać o swoje korzenie, ale też nie zapominam, by cieszyć się z chłopakami teraźniejszością i tym, co dzieje się w zespole dzisiaj.

Czy jakaś scena szczególnie wpłynęła na Twoje życie?

Staram się cieszyć każdym rodzajem muzyki, jak tylko mogę. Kocham death metal, grind, ale też i Black Sabbath. A więc nie tylko sam punk rock.  Staram się być blisko muzyki, ciągle poznawać nowe rzeczy, jeśli są odpowiednio ekstremalne, to na pewno je polubię. W kręgu moich zainteresowań jest dużo grind core’a i metalu i nieco mniej punk rocka, ale tak jest dobrze.

The Grind Years opisuje ważny, przynajmniej tak mi się wydaje,  okres w życiu zespołu. Masz jakichś faworytów z tego składaka?

Kocham „Grind Years” i mam mnóstwo fajnych wspomnień z tego okresu. Kocham „Roast Beef”, „Carnation Instant Death” a także „Fuego y Azufre”. A co do faworytów, to w każdym okresie naszej działalności znaleźć można takie kawałki, piosenki w stylu „Animal”, „You love us… you hate us”, „Mr. Policeman”, „Foaming AT the Mouth”, „Lame Brain” i cały nowy Staff z „siódemki” „Saw Blade Shaped”. Uwielbiam wszystko, co zrobiliśmy…

Płyta ukazała się dzięki Selfmadegod – skąd pomysł na kolaborację z polskim wydawcą? Co w ogóle wiesz o naszym kraju?

Jesteśmy z Karolem przyjaciółmi już ponad 20 lat. Zapytałem się go, czy jest zainteresowany wydaniem tej płyty i okazało się, że On bardzo chciał zrobić ten krążek! To był i jest człowiek bardzo łatwy we współpracy a przy tym przesympatyczny! To ciągle świetny przyjaciel. Nie wiem za wiele o Polsce, ale mam nadzieję, że sporo sie nauczę, kiedy będziemy u was grać w 2011 roku. To będzie dobry czas!

Powiedz mi, dlaczego w pewnym momencie zdecydowaliście sie właśnie na flirt z grind core – co wyjątkowego jest w takiej formie ekspresji?

A więc… startowaliśmy w 81 roku jako punkowy zespół i kiedy zmienili się członkowie zespołu wkraczaliśmy w coraz bardziej ekstremalne rejony, to była prawdziwa progresja w kierunku hałasu. Kochamy grind core, ale kiedy Ed wrócił do zespołu, powróciliśmy do klimatów bardziej punkowo – thrash’owych z okresu 1986 – 90. Takie gówno robimy teraz. To wciąż kurewsko szybkie granie, ale z bardziej normalnymi wokalami, żadnych grindowo – death’owych growli. Oczywiście, ja ciągle tak ryczę, ale Ed i Johnny nie.

Może kilka słów na temat przekazu – czy używacie tekstów i wokali, by coś konkretnego przekazać, czy raczej to dodatkowy instrument?

Teksty jak najbardziej mają dla nas znaczenie, zazwyczaj staramy się pisać o osobistych rzeczach, wydarzeniach, które nas dotknęły a wokale są tak samo ważne jak muzyka.

Lista waszych koncertów jest bardzo długa. Możesz porównać przeszłe sztuki, z dawnych lat z tymi, które gracie obecnie?

Fakt, ciągle gramy odkąd powróciliśmy w 2005 roku. Nie da się jednak porównać tamtych lat z dzisiejszym dniem. Mamy mnóstwo fajnych wspomnień, ale nie bawimy się w sentymenty a raczej szykujemy się na jeszcze lepszą zabawę.

Pamiętasz może najlepszy i najgorszy koncert, jaki się wam kiedykolwiek trafił?

Gramy kilka razy w miesiącu, cztery do sześciu koncertów. Zdarzają się oczywiście lekko gówniane sztuki, jak np. ta, którą graliśmy w bardzo dużym, rock’owym klubie, kiedy… nie przyszła ani jedna osoba. Dół niezły. Albo ta sytuacja z naszym vanem, kiedy prawie nie eksplodował, bo rozwalił się zbiornik paliwa i wszędzie była benzyna. Było groźnie. Wspaniałe koncerty graliśmy za to z Suicidal Tendencies, Danzig i Wendy O and the Plasmatics. Totalnie szalone były też koncerty w Australii…

Preferujecie większe sztuki, czy raczej zatęchłe piwnice? Pamiętasz jakieś szczególnie dziwne miejsce, gdzie zagraliście koncert?

Raczej nie gramy dużych sztuk, typu festiwale itp. Zdecydowanie preferujemy te obskurne piwnice. Prawdziwy, szczery DIY gig to dla nas najlepsza rzecz na świecie.! Najdziwniejsze miejsce w jakim graliśmy, to np. w Nowym Jorku na imprezie Punk Island. Ponad 100 zespołów grało na wyspie… Dziwaczne doświadczenie, granie na wolnym powietrzu, nie słyszeliśmy się nawzajem i nie wiem, co słyszeli ludzie… Albo gig w Filadelfii – graliśmy w typowej piwnicy i okazało się, że ktoś został na zewnątrz zadźgany nożem. Przyjechała policja a my wszyscy kryliśmy się w tej piwnicy, bo granie w tym miejscu koncertów było nielegalne. Na szczęście, pamiętam, że udało nam się ewakuować bez żadnych problemów. Dużo było takich historii…

Ok., wróćmy do muzyki – opowiedz, co znajduje się na waszej najnowszej winylowej ep – ce? Czy to zapowiedź dużego albumu?

Tak, po pięciu latach ponownego połączenia sił pod banderą Psycho, zaczęliśmy tworzyć nowe rzeczy i nagrywać je. Nasz przyjaciel z Patac Records bardzo chciał wydać nasze nowe nagrania, więc mu zaufaliśmy i w ten sposób pojawiła się ta płyta. Materiał składa się z kilku nowych kawałków, ponownie nagranej staroci oraz koweru G.G. Alain’a. Tak po prawdzie, to w 87 czy 86 roku napisaliśmy wspólnie w G.G. kawałek, jeszcze z naszym starym wokalistą Codym, ale to kolejny przypadek w naszej karierze, jeśli chodzi o zmiany składu. Teraz wróciliśmy do klasycznego tria ze mną na bębnach i wokalu, Johnnym X na gitarze i wokalach oraz śpiewającym basistą Edem Lynchem.

Możesz opowiedzieć coś o waszym  życiu poza zespołem? Co robicie na co dzień, czym sie zajmujecie?

Cóż, mam żonę (od jedenastu lat…), dwie córki, psa i dom… Prowadzę wydawnictwo Fudgeworthy Records i Infection Distro, na miejscu, w moim domu. Sprzedaję nagrania moim znajomym i przyjaciołom. Pracuję też w sklepie meblowym i mam sporo roboty jako kierowca. Właśnie czeka mnie kurs do Nowego Jorku a w listopadzie do Montany, ponad 35 godzin jazdy. Spróbuję załatwić to w trzy dni… Śmieszne jest to, że wcześniej mamy kilka koncertów, więc ciągle będę w podróży. A kiedy wrócę… znowu jedziemy na koncerty! Zaczęliśmy już planować koncerty na czerwiec 2011, dwutygodniowy euro tur…  Powoli przygotowujemy się też do nagrywania nowej płyty, fajnie byłoby mieć nowy krążek, na razie jednak ciągle szukamy pomysłów, mamy już około 11 wstępnie zaaranżowanych piosenek.  Ciągle pracujemy nad następnymi i nad kolejnymi koncertami, także tu w Bostonie, choć te sztuki zazwyczaj zmieniają się w zjazdy rodzinne…

Kilka słów na koniec…

Wspierajcie podziemną scenę! Obojętnie czy to będzie punk rock, grind, death czy black metal. To wszystko ekstrema i podziemie! Wspierajcie małe przedsięwzięcia, ludzi z pomysłami a nie wielkie korporacyjne gówna. Przyjdźcie na nasze koncerty, kiedy będziemy grać w Polsce, Niemczech i Czechach!!

Rozmawiał Arek Lerch