PRÓCHNO – Deformacja brzmienia

Sztuka jest życiem, jak mówi mój rozmówca, gitarzysta Próchna i kilku innych zespołów, które za wspólny mianownik przyjęły bezkompromisowość. Na dzień dzisiejszy na prowadzenie wyłania się właśnie Próchno z nowatorskim ujęciem koncepcji transu, która znalazła się na płycie wydanej przez Gusstaff Records. Połączenie szorstkich, gitarowych pejzaży z nowofalowo pracującą perkusją, tworzy niepokojącą przestrzeń, która na płycie jest jedynie sygnalizowana, reszta rozgrywa się w naszych głowach. Deformacja tradycyjnej, muzycznej wartości, w tym przypadku przynosi ukojenie – debiutancki materiał zespołu to piękny kawał niełatwej, ale cholernie wciągającej muzyki. O koncepcjach, tworzeniu kolejnych zespołów i muzycznej filozofii opowiada Bartosz Leśniewski. 

Na początek brutalnie i beznadziejnie – po co ci to wszystko? Nagrywanie i granie muzyki, która dla przeciętnego – czyli w nowej, patriotycznej nomenklaturze prawilnego – człowieka jest kocią muzyką, hałasem, pierdami. Po co?

Za dużo wolnego czasu. A jak jest za dużo wolnego czasu, to nie jest dobrze. Dlatego trzeba zajmować się tym, na co w danym momencie jest największe parcie – a parcie jest zdecydowanie na muzykę, nawet jeśli jest ona hałasem. To po pierwsze. A po drugie – za dużo fajnych, zdolnych i pomysłowych ludzi jest dookoła. Nie skorzystać z ich towarzystwa oraz wrażliwości, jaką ze sobą niosą? To byłby grzech.

Jest w tym wszystkim coś w rodzaju romantycznej desperacji – wbrew wszystkiemu, wbrew wszystkim robimy coś co nie przynosi kasy, ale utrzymuje adrenalinę na ciągle wysokim poziomie. Czujesz się jak Don Kichot, który walczy z wiatrakami ludzkich przyzwyczajeń (śmiech)?

Powiem Ci, że chyba nie myślę tutaj o odbiorcach. Na pewno nie w momencie tworzenia muzyki. Wtedy najistotniejsze jest dla mnie to, żeby przede wszystkim mnie ona sprawiała przyjemność. Kolejnym punktem jest, aby było dobrze już po jej zarejestrowaniu – na spokojnie, podczas dalszych prac nad dogrywkami, miksami. Dopiero gdzieś potem pojawia się odbiorca. A i tutaj najpierw zaczyna się od testów na osobach z najbliższego otoczenia. Jak mam akcept od nich – to już jestem spokojny, że będzie dobrze. A mówię tutaj, jak wiesz, o naprawdę niezbyt szerokim gronie słuchaczy, do których to dociera. W ostatnim jednak czasie zainteresowanie projektami, w których biorę udział nieco wzrosło, nie wiem, może to chwilowe. Ale w tym momencie wszystko idzie nawet dość szeroko – szerzej niż byłoby przypuszczać.

Deformacja brzmienia

Deformacja brzmienia

Co musi się wydarzyć, żebyś uruchomił proces w postaci nowego projektu?

Coś po prostu musi zaiskrzyć. I to nie tylko na płaszczyźnie muzycznej, choć ta oczywiście jest bardzo ważna. Istotne są też inne punkty styczne – przyjemność towarzyska, itp. Im więcej, tym lepiej. Wtedy można zabierać się za muzykę. A w każdym składzie, w którym maczam palce, są osoby, które szanuję i cenię.

Patrząc na twoją karierę i kolejne zespoły, mam wrażenie, że cały czas dążysz/dążycie w stronę transu. Ten trans wisi nad wami, krąży wokół i wreszcie, na Próchnie eksplodował. Dobrze wyczuwam temat?

Chyba masz rację. Trans i repetycja to jest coś, co mnie bardzo pociąga i to zarówno w formie zrytmizowanej, jak i takiej pozbawionej tego kośćca. W tym ostatnim przypadku mam na myśli lejący się ambient. Przeciąganie jednego tematu czy może nawet dźwięku w nieskończoność, redukcja zmian do minimum, do tego koloryzowanie i zaciekawianie na trzecim czy czwartym planie, tak aby tylko delikatnie sygnalizować inne przestrzenie. To wszystko mnie totalnie kręci – bo obdziera muzykę z elementów nieistotnych z mojego punktu widzenia. Trans z tego wynikający – i to bez względu czy jest pochodzenia plemiennego czy kosmicznego – jest najistotniejszy. I chyba masz rację, że to na Próchnie osiągnęło swoją pełnię. Bębny Artura jadą w nieskończoność i w sumie mogłyby się nie zatrzymywać. Piękną tę perkusję zrobił. Bas Marcela gruntuje tę monotonną i fascynującą rytmikę. I dorzuca do tego synthy. A ja na tym, albo pod tym, koloruję pejzaże. Nie ma tam miejsca na zbędne rzeczy. Nie wiem, czy koledzy by się pod tym podpisali, ale ja mniej więcej tak to widzę.

No i potem, kiedy słucham „Na stacja i torach”, od razu przychodzi mi do głowy puls Lotto z VV. Co ty na to?

No to ja będę zaszczycony takim porównaniem. Wszystkie rzeczy, które firmuje ten zespół to najwyższy znak jakości. Jeśli jednak mnie pamięć nie myli, to puls Lotto był mocno zakorzeniony w muzyce techno. Natomiast jak rozmawiałem z Arturem o roli perkusji w Próchnie, to jako punkt orientacyjny padła nazwa Killing Joke. Rozwiązania rytmiczne, które mnie niesamowicie stymulują są na płycie „Trance Spirits” duetu Roach/Fayman (ze sporym udziałem Roberta Frippa i Momodou Kah) – tam z kolei kosmiczno-etniczny puls zalany jest niesamowitym sosem lodowatych ambientów. Artur pewnie dorzuciłby jeszcze sporo nowofalowych inspiracji. Ale bez względu na to, czy źródłem będzie techno, etno, czy też post punk – efektem końcowym i tak będzie trans.

Obok transu sporo na waszej płycie rasowego, choć szorstkiego ambientu. Choć co ciekawe, zupełnie inaczej konstruowanego niż w Obiektach – jakie są te różnice w podejściu do kształtowania przestrzeni brzmieniowej w tych dwóch projektach?

Tutaj założenie było bardzo proste. Punktem startowym był moment, w którym wymyśliłem sobie, że w studiu Marcela zarejestruję solowy album. Taka fanaberia i chęć sprawdzenia samego siebie. Inspiracją był ambient. Jedyną pozostałością po tym założeniu został utwór „Chmury”, który odzwierciedla pierwotny kierunek. Inne gitary szły już w bardziej zadziorną stronę – radykalnym przykładem destrukcji jest kompozycja „1908”. Bazowy sound został przez Marcela doszczętnie zniszczony w miksie. Ogólnie na brzmienie gitar w Próchnie olbrzymi wpływ miał Marcel, który je rejestrował, a potem obrabiał – miał wolną rękę. Bardzo lubię jego podejście do dźwięku, wiedziałem, że jak wykręci jakiś sound, to nie będę miał żadnych pytań. Wyszło kapitalnie. O odmienności ambientu z Próchna, duetu Leśniewski/Nowacki czy Obiektów świadczą przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze, w Próchnie postawiliśmy na deformację brzmienia. W przypadku duetu Leśniewski/Nowacki oraz Obiektów to co słychać z płyty jest właściwie tym, co wygenerowaliśmy z naszych urządzeń. Modyfikacje w miksach są, ale na niewielką skalę. Druga sprawa – duet i Obiekty mają dwóch gitarzystów – Maciek Nowacki jest niesamowicie czujnym gitarzystą. Drugi instrument sprawia, że jest inny punkt odniesienia i ten dźwięk jakoś reaguje na drugiego człowieka. A w Próchnie za wiosła odpowiadam sam. Co więcej, na samym początku zanim powstał zespół – były zarejestrowane tylko moje gitary. Czegoś jednak w tym wszystkim brakowało, dlatego potem doszły bębny, następnie bas i synthy. Ale na samym początku były tylko gitary.20190212_Prochno-Prochno

Co w zasadzie chcecie osiągnąć z Próchnem? Jaki jest ten punkt docelowy?

Punktem docelowym była rejestracja płyty – zamknięcie projektu, stworzenie z tych kawałków pewnej, spójnej całości. Nie było innych założeń. Artur mieszka w okolicach Suwałk, Marcel to Poznań z przyległościami, a ja stacjonowałem w Krakowie. Zatem przez dobrych kilka miesięcy skupialiśmy się na tym, żeby korespondencyjnie domknąć ten materiał. Bardzo zależało nam też, by mastering zrobił Maciej Miechowicz z Kobonga i Neumy. Udało się. Potem udaliśmy się z gotowcem do Gusstaff Records. Janusz Mucha wyraził wielkie zainteresowanie publikacją tego materiału. W międzyczasie dograliśmy jedną kompozycję, bo na winyl było trochę za mało. Dwudziestego drugiego marca rzecz wychodzi na kompakcie we wspomnianym labelu, a na winylu pod banderą Don’t Sit On My Vinyl. Będą też wszystkie możliwe Bandcampy i streamingi. Zatem wtedy osiągamy nasz pierwotny cel. Teraz pojawia się pytanie co dalej. A to dalej to pewnie jakieś koncerty, może kolejna nagrywka. Rozmowy trwają, jestem dobrej myśli. Tym bardziej, że po latach nieobecności wracam do Poznania, więc z Marcelem będziemy sąsiadami, a ten materiał na żywo może fajnie pączkować w róznych kierunkach. Ogólnie, jest zespołowa zgoda na ciąg dalszy, brak nam tylko jeszcze ustaleń, kiedy zagramy jakąś próbę. Ale myślę, że i to w jakimś niedługim czasie opanujemy.

Próchno kojarzy się z destrukcją, zniszczeniem, rozkładem – skąd ta nazwa? Czy chodzi o sonic youth’owe burzenie, destrukcję i budowanie od nowa? Czy jest jakaś inna geneza nazwy?

Jestem wielkim fanem powieści Wacława Berenta noszącej tytuł „Próchno”. To klasyka polskiej modernistycznej literatury. Fascynuje mnie ta książka od czasów studiów. Wracam do niej regularnie, bo stawia mądre pytania o rolę sztuki w życiu artysty. A ta może być najróżniejsza. Do tego klimat tej prozy jest fascynujący. W trakcie powstawania materiału zapytałem chłopaków, czy projekt może nosić tę nazwę. Zgodzili się, za co jestem im dozgonnie wdzięczny. Nazwa zespołu jest moim prywatnym ukłonem w kierunku jednej z najciekawszych polskich powieści.

Sztuka jest dla ciebie terapią?

Myślę, że sztuka to dla mnie życie, a nie terapia.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcie: archiwum zespołu