PROCES – Muzyka radiowalna

Album „Łzy” jest wprawdzie pierwszą próbką możliwości warszawskiej formacji Proces, a jednak trudno mówić w tym przypadku o debiucie. Po pierwsze dlatego, że płyta ta anonsowana była już przed rokiem, kiedy sam zespół nosił nazwę Prônd. Po drugie – i to informacja kluczowa – w składzie Procesu wypatrzyć można bardzo znanych muzyków. Wokalista Piotrek Połać to jedno z dwóch odnóży potentata nurtu „alt disco polo”, duetu Bracia Figo Fagot, gitarzysta Piotrek Rutkowski do niedawna jeszcze stanowił podporę progresywno-metalowego Spirit, z kolei miejsce za perkusją przypadło Darkowi „Darayowi” Brzozowskiemu, człowiekowi, który swoim bębnieniem zasilał chociażby Vadera i koncertowy skład Dimmu Borgir. Co może grać tak dobrana ekipa? Odpowiedź w tytule wywiadu, rozwinięcie – poniżej.

Czy nadużyciem będzie stwierdzenie, że Proces i Prônd to dwie nazwy tego samego zespołu?

Piotrek Połać: Nie będzie. Generalnie jest to wciąż ten sam zespół, choć w międzyczasie doszło do jednej zmiany personalnej i opuścił nas basista Filip „Heinrich” Hałucha. Właściwie początkowo nazywaliśmy się właśnie Proces, ale po po nawiązaniu współpracy z SP Records, ludzie z tej wytwórni oznajmili, że musimy zmienić nazwę. Prônd był ich pomysłem, ale od początku ten szyld stwarzał problemy, choćby dlatego, że był trudny do zapisania. Kiedy z kolei rozwiązaliśmy kontrakt i przeszliśmy do Polskiego Radia, od nowego wydawcy usłyszeliśmy, że Prônd nie przejdzie.unnamed-1 Wróciliśmy więc do oryginalnej nazwy.

O zespole zrobiło się głośno rok temu, kiedy SP Records puściło w obieg pierwsze zapowiedzi płyty Prôndu. Materiał był już wówczas gotowy?

Piotrek Rutkowski: Był gotowy, ale pojawiły się problemy z wytwórnią. Po przejściu do Polskiego Radia powiedziano nam z kolei, że potrzebny jest nowy miks, co dodatkowo opóźniło moment wydania. Same utwory zostały jednak nagrane już półtora roku temu.

PP: W efekcie powstał trzeci miks płyty. Pierwszy zrobił Kuba „Kikut” Mańkowski i ten poszedł w bardzo elektroniczną stronę, co dla SP Records było nie do przyjęcia. Kolejnym zajął się Andrzej Izdebski, który osiągnął bardziej rockowy sound, a dodatkowo dograł nam syntezatory. Ostateczny miks jest za to dziełem Jacka Gładkowskiego. Jacek wykorzystał zresztą partie klawiszy zaaranżowanych przez Iziego.

Nie szkoda wam tego rocznego opóźnienia? Zwłaszcza że plany mieliście ambitne. Pamiętam, że Piotrek Rutkowski odgrażał się, że nie będzie już „grania za pizzę”.

PR: Żeby nie było – po koncercie pizza musi być zawsze (śmiech). Opóźnienie nie do końca było zależne od nas. Nie mogąc dogadać się z SP Records w kilku kwestiach, musieliśmy spisać rok na straty. Warto było jednak poczekać, bo dzięki Polskiemu Radiu mamy zapewnioną znacznie szerszą promocję.

Czy każdemu z członków Procesu zapewnia on pożądaną odmianę stylistyczną?

PP: Niewątpliwie tak. Jednocześnie stawia też przed nami duże wyzwanie, ponieważ nagranie takiej prostej – przynajmniej, jeśli chodzi o ilość dźwięków – płyty nie jest wcale łatwe. Proces nauczył nas pokory. Na pewno oferuje bardziej przystępną formę. Nie chcę, żeby to źle zabrzmiało, ale stworzyliśmy muzykę „radiowalną”. Może ona swobodnie polecieć w radiu – w przeciwieństwie do tego, co gramy na co dzień.

Można by też określić „Łzy” po prostu jako „polski rock”. To prosta, komunikatywna płyta, która najskuteczniej powinna chwytać za polską duszę.

PP: Masz rację. Takiej muzyki zresztą brakuje, polski rock najwidoczniej umarł. Ostatnim zespołem grającym w podobnym stylu było Myslovitz. Dzisiaj z kolei odgrzewa się stare zespoły, nie mające już zbyt wiele do powiedzenia. Młodzież idzie w klubowe brzmienia, ale zapotrzebowanie na rocka jest wciąż duże. Nie jestem ekspertem od śledzenia rynku, ale myślę, że tak właśnie jest. Może więc pora na zmianę pokoleniową?

Swoją drogą masz też okazję do zmiany nastrojów. Po zabawowych Braciach Figo Fagot możesz realizować się w melancholijnym i dość smutnym repertuarze.

PP: Tak naprawdę pod otoczką wesołości Bracia także są dość smutni. Wewnętrznie nie jestem zresztą najweselszym człowiekiem na świecie, dlatego cieszy mnie możliwość takiej introwertycznej ekspresji, jaką daje mi Proces.

Możecie już pochwalić się planami koncertowymi? Będzie można usłyszeć materiał z „Łez” na żywo?

PR: Plany maglują się cały czas. Na pewno pod koniec roku odbędziemy trasę. Czas pokaże czy wcześniej coś się jeszcze wydarzy. Na razie skupiamy się na promocji albumu.

PP: Poza tym jest trudny moment, wstrzeliliśmy się w pewną pustkę na rynku. Trasy zimowo-wiosenne właśnie się kończą, zaczyna się okres juwenaliowo-festiwalowy… Być może wydanie płyty teraz nie było najlepszym posunięciem, ale nie chcieliśmy już dłużej czekać. Możemy zatem skupić się na promocji, powrzucać do sieci kilka teledysków, a w trasę ruszyć jesienią.

Muzyka radiowalna

Muzyka radiowalna

A jak forma? Daray swego czasu zamieścił na Facebooku zdjęcie z wynikami badań z onkologii. Nic dziwnego, że pojawiły się pewne spekulacje, co do jego zdrowia. Wszystko z nim w porządku?

PP: Taaa, zdrowy jest jak ryba! Coś tam wtedy sprawdzał, chyba pobierali mu krew (śmiech). Były pewne podejrzenia, ale szybko zostały wykluczone. Gorzej ze zdrowiem psychicznym. No i kręgosłup go boli, a stawy wysiadają, ale to choroby zawodowe perkusistów.

Pytanie do Piotrka Rutkowskiego: co dalej ze Spirit? Zespół zaczął mocnym wejściem – koncerty z Triptykon, bardzo dobra płyta i… nagle zapadła cisza.

PR: Ostatni koncert zagrałem ze Spirit w grudniu. Od tamtego czasu kapela pozostaje w zawieszeniu, nie gramy żadnych prób. Ubiegły rok dał nam w kość za sprawą kilku decyzji oraz planów, które chcieliśmy zrealizować, ale zostały nam odebrane. Druga płyta czeka wciąż na wydanie, tylko że… nie mamy zdrowia, by do tego doprowadzić. Przyszłość Spirit zależy więc od tego, czy będzie nam się chciało (śmiech).

Piotrek Połać nosił się z kolei z ambitnym planem realizacji projektu w stylu „Mondo Cane” Mike’a Pattona. Podjąłeś jakieś kroki, by go urzeczywistnić?

PP: Tak, przede wszystkim zacząłem grzebać w polskich piosenkach. Sięgnąłem do bigbitu, z przykrością jednak stwierdzam, że nie ma w nim nic fajnego do zaśpiewania (śmiech). Najfajniejszą retro-płytę nagrał Zbyszek Wodecki z Mitch & Mitch, tyle że on odtworzył swój album 1:1. Zrobiłem risercz, nasłuchałem się muzyki jak głupi, a i tak nie jestem w stanie powiedzieć czy znalazłem cokolwiek godnego uwagi. Wrócę do tego projektu, ale należałoby pogrzebać w aranżacjach tych piosenek, by w ogóle były słuchalne. Niestety, pochodzą one z innej epoki, a ówczesna muzykalność Polaków była po prostu nieznośna.

Mówiłeś mi w swoim czasie, że chciałbyś koncertować z tym projektem. To jednak wymagałoby każdorazowo występów z orkiestrą. Jest to do ogarnięcia logistycznie?

PP: Na pewno nie na taką skalę, by zagrać 130 koncertów w roku, ale tak z pięć-sześć jest spokojnie do zrobienia. W każdym dużym mieście działa przecież jakiś teatr muzyczny. A mnie nie jest potrzebna duża orkiestra, wystarczy kameralna.

A co powiecie o projekcie Fall? O jego istnieniu wielu dowiedziało się w momencie, gdy założyliście jego fanpejdż, ale… już wtedy Fall nie istniał?

PR: Dlatego założyliśmy fanpejdż. Status Fall jest zamknięty, udostępniliśmy więc dwa kawałki, które nagraliśmy pod tym szyldem dwa lata temu. Były plany, aby wydać je na winylowym singlu, potem nosiliśmy się z zamiarem realizacji OSC_3704dużej płyty… Nie mogliśmy jednak zgrać się terminowo, aż w końcu wszystko się wypaliło.

PP: Po części się wypaliło, a po części Zbyszek „Inferno”, który grał z nami na perkusji, nie miał czasu. Teraz wydał album z Azarath, skupia się na nowej płycie Behemotha… Poza tym chciałby też zająć się życiem rodzinnym. Nie mówimy jednak, że nie wrócimy jeszcze do Fall. Tym bardziej, że mamy skończone jeszcze co najmniej dwa kawałki, skądinąd znacznie brutalniejsze. Jeżeli w udostępnionych numerach słychać wpływy Opeth, to te nienagrane brzmią raczej jak Bloodbath.

Nie korci was, aby znów spróbować z czymś ostrzejszym? Zwłaszcza w obliczu niepewnej sytuacji Spirit i rozstania Piotrka ze Speculum.

PP: Cały czas krąży nam po głowach pomysł powołania ze wszystkimi muzykami Procesu projektu o nazwie Pies. Miałoby to być takie ordynarne thrashowe granie. Może powstaną ze dwa – trzy kawałki i jako Pies będziemy supportować koncerty Procesu. Mamy już tytuły dla dwóch numerów – jeden to „Sierść”, a drugi „Jebał cię pies”.

PR: Nie jest dla nas wielką sztuką nagranie płyty metalowej. Mamy poczucie, że jesteśmy w stanie zrobić to w każdym momencie. I właśnie dlatego… nadal tego nie zrobiliśmy.

Rozmawiał Sebastian Rerak

Zdjęcia: Oskar Szramka