PRĄD – Wszystko kręci się wokół gitar

Misja kosmiczna Prądu powiodła się. Pięciu młodych Polaków pod banderą Roskosmosu dokonało udanej deorbitacji stacji orbitalnej Mir. Z tej okazji udaliśmy się do Kosmodromu Bajkonur, aby odbyć rozmowę z jednym członków załogi na temat ich niedawnego „Lotu”. Pułkownik Rafał Bielski z chęcią odpowiedział na nasze pytania.

Od wydania ep-ki minęło 2,5 roku, to sporo czasu. Co wam tyle zajęło?

Przede wszystkim, pisanie muzyki na ten album. Jak mówiłem ci przy okazji naszej ostatniej rozmowy, proces twórczy trwa u nas długo – dużo jest przearanżowań, zmian, zastanawiania się, a często bywa też tak, że utwory, którymi się zaraz po stworzeniu bardzo jaramy, po jakimś czasie lądują w koszu. Cóż, nie jesteśmy przesadnie płodnym zespołem. Poza tym, chcieliśmy w ciągu tych dwóch lat wyciągnąć jakieś wnioski z ep-ki, no i nabrać dystansu do tamtego materiału. To zaprocentowało, bo moim zdaniem „Lot” jest dużo lepszy od naszego poprzedniego krążka.

Wspominałeś kiedyś, że wstydzicie się twórczości z pierwszych czterech lat istnienia, staraliście się ją pousuwać z Internetu. W takim razie – jak dziś oceniasz ep-kę? Będziecie usuwać i zacierać ślady po jej istnieniu?

Nie ma się czego wstydzić, chociaż na koncertach już raczej tych utworów byśmy nie grali – bronią się może ze dwa kawałki, czyli „Podwójna” i „Felek”. Generalnie zauważamy jej mankamenty, ale też wiemy, że gdybyśmy tej płyty nie nagrali, to teraz bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Naturalny proces.

Jakie konkretnie wnioski z tego krążka wyciągnęliście?

Chociażby podejście do nagrywania. Zarówno ep-kę, jak i „Lot” nagrywaliśmy na setkę, ale tym razem się lepiej do sesji przygotowaliśmy – to kwestia na przykład odpowiedniego rozłożenia wszystkiego w czasie tak, aby się nie śpieszyć i móc nagrywać na spokojnie. Również jeśli chodzi o miks i mastering, tak w skrócie mówiąc, wiedzieliśmy co wyciszyć, a co podgłośnić. Moim zdaniem efekt na „Locie” jest dużo lepszy.

Wszystko kręci się wokół gitar

Wszystko kręci się wokół gitar

Na pewno jest to krok w inną stronę. Zupełnie odeszliście od piosenek, ładnych melodii, typowych struktur.

To wynika ze zmiany sposobu komponowania. Wcześniej wyglądało to tak, że ktoś przynosił jakiś riff, albo prawie gotowy utwór, a my tylko ogrywaliśmy go na próbie. Nowy materiał powstał z improwizacji. Od dwóch lat nagrywamy każdą próbę i odsłuchujemy to, co się nagrało i jeśli wychwycimy coś ciekawego, pracujemy nad tym dalej.

Największa zmiana zaszła chyba w wokalu. Jest bardziej różnorodny, ale też nie jest już wysunięty doGała przodu jak wcześniej, pełni raczej funkcję kolejnego instrumentu.

Dokładnie tak. Chociaż nasz wokalista już na ep-ce narzekał, że wokal jest za cicho. Teraz też narzeka (śmiech). Podczas nagrywania wokali, w studio byłem ja i wokalista. Mieliśmy już ułożone linie melodyczne, a teksty napisane, ale zaproponowałem Marcinowi, żeby nad nimi nieco popracować, efektem czego przearanżowaliśmy je, głównie pod kątem barwy wokalu – tzn. tam gdzie planowo miały być growle, pojawił się czysty, spokojny głos. Było trochę kłótni, tudzież merytorycznych dyskusji, ale ostatecznie efekt całemu zespołowi bardzo się spodobał, mimo, że zupełnie tego z nimi nie konsultowaliśmy. Ta zmiana w wokalach to też był jeden z wniosków, które wyciągnęliśmy z ep-ki. Uznaliśmy, że powinniśmy poświęcić mu więcej uwagi, bo przy poprzedniej sesji to było tak trochę z marszu zrobione – ot, linie melodyczne były napisane i po prostu nagraliśmy te wokale, kompletnie się nad nimi nie pochylając, nie analizując ich.

A z czego wynika opóźnienie premiery płyty? Początkowo informowaliście, że „Lot” ukaże się na początku czerwca. Czy to ma jakiś związek z waszym transferem do Music Is The Weapon?

KomaszTak. Byliśmy już po pierwszych rozmowach z Music Is The Weapon, ale tak się złożyło, że „Boro”, który kieruje tą wytwórnią, akurat wyjeżdżał na urlop, więc nie mogliśmy pewnych spraw dopiąć. Temat nie był jeszcze do końca pewny, więc nie chcieliśmy dawać żadnej informacji na ten temat. Najśmieszniejsze jest to, że my już w czerwcu mieliśmy w domu cały nakład w wersji fizycznej, a tu nagle gdy się okazało, że będziemy współpracować z wytwórnią, trzeba było robić nowy nakład od nowa, żeby logo MITW pojawiło się na płytach.

Jak w ogóle doszło do tej współpracy?

Mamy we Wrocławiu takiego pasjonata podziemnej sceny, chłopak nazywa się Paweł Irek, no i Paweł Irek jest tzw. „ogarniaczem”, jeśli chodzi o koncerty czy kontakty międzyzespołowe. Sam napisał do Music Is The Weapon, bo wcześniej dostał od nas płytkę, bardzo mu się spodobała i stwierdził, że trzeba ją jakoś bardziej rozpromować. Wytwórnia pojawiła się dopiero na końcu, głównie jako dodatkowy kanał dystrybucji i sposób na promocję. Widzimy na naszych mediach społecznościowych, że poskutkowało – mamy spory przyrost lajków i odsłuchów tylko dzięki temu, że Boro wrzucił na stronę info o naszym krążku.

Nie żałujecie, że nie udało się rozpocząć współpracy z jakąś wytwórnią wcześniej?

Niekoniecznie. Wydaje mi się, że teraz jest lepszy moment niż np. przed wydaniem ep-ki, bo teraz mamy lepszą muzykę. Na wszystko jest czas. Ep-ka była wydana podziemnie i dobrze, że tak się zostało. Wiesz, ja ją nawet lubię, alePiotrek myślę, że gdy za 2 lata będziemy wydawać kolejną płytę, to moja ocena „Lotu” będzie mniej surowa, niż ocena ep-ki teraz. To po prostu dobry materiał.

W jakim kierunku teraz zmierzacie? Wasza muzyka zmienia się bardzo szybko, już kiedy wydawaliście debiutancką ep-kę, na próbach graliście zupełnie inną muzykę, zbliżoną do „Lotu”.

Mieliśmy już wtedy napisany kawałek otwierający tę płytę, „Wstrząs”. Od razu było czuć, że to coś innego. Teraz jest podobnie. Mamy napisane dwa dobre strzały – żałujemy, że nie znalazły się na płycie – i one ciągną w innym kierunku niż „Lot”. Są zdecydowanie bardziej space rockowe, bardziej płynące, więcej w nich przestrzeni. Nie będziemy z nimi czekać do następnej płyty, chcielibyśmy jeszcze w tym roku wydać ep-kę, na której właśnie te dwa utwory by się znalazły – one są dosyć długie, jeden trwa 7 minut, drugi 13, łącznie 20 minut, czyli w sam raz. Wiesz, ja nie mam pojęcia skąd te zmiany w naszej muzyce, my tego nie planujemy, to wychodzi jakoś samoistnie, jak gdyby każdy z nas oddzielił sobie gdzieś w podświadomości poszczególne okresy naszej działalności grubą kreską.

Mówisz o nowym materiale; tym, którego jeszcze nie słyszeliśmy, że jest space rockowy. A jak byś określił „Lot”? Dużo jest tam kosmosu, ale z tradycyjnie pojmowanym space rockiem niespecjalnie mi się kojarzy; stoner rock też średnio pasuje.

Mnie się wydaje, że szeroko pojmowany noise rock – to jest odpowiednia szufladka. To nieokreślony gatunek, w którym Rafałzmieści się sporo przeróżnych rzeczy. Z drugiej strony – będę trzymał się tego, że to muzyka psychodeliczna, więc może bardziej w tym kierunku… Nie wiem i w sumie nie przykładam do tego wielkiej wagi. Być może nigdzie nie pasujemy, bo dla stonerowców jesteśmy zbyt eksperymentalni, a dla lubiących eksperymenty zbyt klasyczni.

A o co chodzi z tym waszym zamiłowaniem do „rosyjskiego kosmosu”? Sposób na wyróżnienie się? Wiadomo, że kosmos to temat bardzo oklepany, ale w Gagarina, Łajkę i Sojuz to mało kto idzie.

Nie ma w tym żadnej większej filozofii, w jakiś sposób jarają nas takie klimaty, więc podświadomie idziemy w tym kierunku. To nie było w żaden sposób wykalkulowane. Swoją drogą Radek, nasz realizator, mówił, że ta estetyka mu do naszej muzyki bardzo pasuje, bo ona ma w sobie taki PRL-owski posmak, z którym Radziecki Program Kosmiczny fajnie współgra.

Potrafisz wskazać jakieś konkretne muzyczne inspiracje „Lotu”? Coś, co was zachwyciło, zaprowadziło na inną ścieżkę?

Pamiętam, że przy okazji poprzedniego wywiadu sypałem ci gitarzystami i zespołami jak z rękawa, ale teraz nic szczególnego nie przychodzi mi do głowy. Nie było chyba żadnego konkretnego zespołu, który wywarłby na nas piętno podczas nagrywania. Oczywiście były jakieś małe zachwyty. Jeden z numerów – nie powiem który, czytelnicy mogą się pobawić w zgadywanie – miał roboczy tytuł „Nagrobki”, bo gdy go pisaliśmy, strasznie jaraliśmy się tym właśnie zespołem. Poza tym standardowo – Kyuss, Voivod, generalnie wszystko to, co siedzi głęboko w serduszku.

To ty nadal jesteś tą osobą, która stara się zarażać chłopaków z zespołu nową muzyką i w jakiś sposób naprowadzać na inne tory?

Trochę tak, ale poza wspomnianymi wcześniej Nagrobkami nie mieliśmy żadnej wspólnej zajawki. W przypadku „Lotu” była to praca bardziej zespołowa, nie podrzucałem chłopakom płyt proponując, żebyśmy poszli w danym kierunku, nie przynosiłem riffów z domu – wszystko tworzyło się podczas jamów.

A czy razem z muzyką, jaką gracie, zmienił wam się też gust?

Jeśli o mnie chodzi – nie. Mam teraz mniejsze parcie na poszukiwanie nowej muzyki, wychodzi tego tyle, że mi sięWojtek zwyczajnie nie chce, trudno nad tym zapanować. Jedną z moich ostatnich fascynacji jest kapela All Them Witches, rzecz zupełnie inna od muzyki, którą my gramy, bardziej klasyczna – puszczałem chłopakom z zespołu, ale nie siadło. Poza tym spodobał mi się też nowy krążek niemieckiego Black Salvation – to też niby stoner, ale jednak mocno skwaszony, nie do końca pasujący do szufladki. Generalnie – wszystko u mnie nadal kręci się wokół gitar.

Dlaczego tak rzadko koncertujecie?

W ciągu ostatnich dwóch lat w zespole przybyła trójka dzieci. Na pięciu członków, aż czterech to ojcowie. To dosyć drastycznie zmniejsza nasze możliwości koncertowe. Graliśmy niedawno na bardzo fajnym festiwalu Slot Art w Lubiążu, ale poza tym rzadko podróżujemy po Polsce. Mamy mało czasu – to raz, oprócz tego po prostu nie chce nam się organizować koncertu na drugim końcu Polski, na którym pojawi się pięć osób. Nie zrozum mnie źle, taki koncert też może być świetny, ale tak zwyczajnie, po ludzku nam się nie chce. Ale oczywiście, jesteśmy otwarci na wszelkie zaproszenia. Na pewno je przemyślimy.

Być może fakt dołączenia do Music Is The Weapon pomoże w zwiększeniu zainteresowania zespołem.

Wiem, że we wrześniu Music Is The Weapon organizuje taki objazdowy mini-festiwal z kapelami z labelu. Kilka miast, fajne koncerty. Dołączyliśmy zbyt późno, dlatego nie ma nas w line-upie, ale może uda się nas gdzieś wcisnąć

No to co – czekamy na ep-kę. A właśnie – chcecie ją wydać fizycznie?

No jasne. Ja jestem tradycjonalistą pod tym względem, lubię mieć płyty, dlatego pokusa posiadania płyty przez samego siebie nagranej jest zbyt silna, aby to odpuścić. Poza tym wiemy, że na Bandcampie czy innym YouTube to ona raczej zginęłaby w tym morzu muzyki z całego świata.Prąd

Rozmawiał Paweł Drabarek

Poprosilśmy też Rafała, aby wymienił osiem najważniejszych dla niego albumów oraz jeden krążek, którego fenomenu nie rozumie. Oto lista:

IRON MAIDEN – Brave New World Nie mam żadnych wątpliwości, że ten album powinien znaleźć się na samym szczycie tego typu listy. Iron Maiden to moja pierwsza wielka fascynacja muzyczna i właśnie ta płyta była jej początkiem. Pamiętam to jak dziś – wycieczka szkolna do Warszawy w podbazie, całe 12 lat na karku i nagle jakiśbrave-new-world ziomeczek z innej klasy, który jako jedyny oprócz mnie miał w naszym Autosanie walkmana, proponuje wymianę kaset. To dawaj, mówię mu, a on dał i jak się okazało było to właśnie „BNW”, która wtedy dopiero co się ukazała. No i się zaczęło. Dosłownie zachorowałem na ten zespół, w zasadzie betonując się muzycznie na najbliższe dwa, trzy lata, kiedy to słuchałem tylko IM. Dzięki temu byłem największym ekspertem od Ironów w moim średniej wielkości powiatowym mieście, codziennie woziłem się w ich koszulkach, a przed swoim pierwszym koncertem IM we Wrocławiu w 2003 r. skreślałem w kalendarzu kwadraciki. Zresztą, ten pierwszy koncert to był emocjonalny szczyt mojej fascynacji nimi, bo potem było już niestety z górki – „Dance of Death” to był dla mnie spory zawód i sztandar powoli zaczął być wyprowadzany. Nie uważam, żeby to był najlepszy ich album, ba, pomimo sentymentu pewnie i w top-3 Ironów by się nie znalazł (za lepszy uważam też nieodległy czasowo „Chemical Wedding”), ale miejsce szczególne w moim serduchu będzie jednak zajmować zawsze.

PARDISE LOST – Icon Drugi po Ironach zespół – fetysz jaki mi się przydarzył. Czasem na granicy gulity pleasure, kiedy to po którymś z kolei albumowym wygłupie z ostatnich lat wstydziłem się sam przed sobą, że ich lubię, ale co zrobić. IconOkres 1990- 2001 w ich wykonaniu łykam bez popity (z małym wyłomem w postaci Bonjovian Times, która to choć rżnie z zajebistego The Cult, to jednak bywa irytująca) i mógłbym o każdej płycie z osobna napisać elaborat, dokładnie tłumacząc wszystkim trwającym w błędzie dlaczego Paradise Lost wtedy nie byli żadnym gotykiem, ale to nieistotne. To na „Icon” znajduje się utwór, o którym mogę spokojnie powiedzieć, że jest utworem mojego życia („True Belief”), to „Icon” też mocno rozwinął mnie jako gitarzystę, bo zaczynając przygodę z gitarą prawie wszystkie utwory z Icon rozkminiałem ze słuchu. Trzeba bowiem pamiętać, że to pięknie gitarowa, rockowa wręcz płyta (choć nie tak gitarowa i rockowa jak „Shades of God”), bez cekinów i żabotów, za to z posmakiem Jacka Danielsa pitym pod sztandarem Danzig, którego koszulkę nosił wtedy Mackintosh.

QUEENS OF THE STONE AGE – Lullabies to Paralyze I znów kolejna płyta będąca początkiem czegoś absolutnie wyjątkowego w moim muzycznym życiu. Poznanie QOTSA w okolicach premiery Kołysanek otworzyło przede mną całe magiczne uniwersum, o którego istnieniu nie miałem jeszcze wówczas pojęcia, bo przecież skąd miałem wiedzieć, żeLullabies zaraz po QOTSA tuż za rogiem czaić się miał Kyuss ciągnący za sobą wszystkie stonery. Nie wiem czy to najlepsza ich płyta, bo mi się samemu to okresowo zmienia, w każdym razie dla mnie jest ona najważniejsza. Jej wyjątkowość, nie tylko w obrębie dyskografii QOTSA, ale w ogóle w muzyce, polega na niesamowitym mariażu radio-friendly hitów do potupania i pośpiewania wraz z narkotycznymi kwasami przyduszającymi słuchacza kolanem w rynsztoku co jednocześnie w jakiś magiczny sposób w ogóle się ze sobą nie gryzie. Całość brzmi bardzo monolitycznie i zwięźle – nie znam drugiej takiej płyty. Nie da się też ukryć, że dzięki gitarowym zagrywkom Homme’a z tego albumu jest to również kamień milowy dla mnie jako gitarzysty.

ENTOMBED – Wolverine Blues Miałem tu przepotężny dylemat. To, że Entombed tu będzie było dla mnie pewne, ale o miejsce na liście walczył „Clandestine” z „Wolverine Blues”, a to przecież pojedynek na miarę książek tych lepszych Wolverineautorów. W końcu stanęło jednak na tym drugim, bo choć „Clandestine” uważam za najlepszą, death metalową płytę ever, to jednak kiedy się głębiej nad tym problemem zastanowiłem, to doszedłem do wniosku, że jednak właśnie „Wolverine Blues” wypalił mi w głowie dużo większą dziurę. I znów trzeba to napisać wyraźnie – nie ma drugiej takiej płyty. To nie jest death metal, nawet pomimo oczywistego bagażu dwóch poprzednich albumów oraz klasycznego wydawałoby się darcia mordy i dobrze znanych pił łańcuchowych zamiast gitar; od razu podskórnie wyczuwa się, że w tych harmoniach, riffach i atmosferze, a nawet odjechanym tytule jest coś dużo większego. Ale to „coś” jest najwyraźniej zupełnie niedefiniowalne, skoro przez ponad 20 lat nikt, albo ja o czymś nie wiem, nie był w stanie choćby zbliżyć się na krok do tej magii; magii, dla której szufladkowe uproszczenie w postaci określenia death’n roll zupełnie nie wystarczy. No ale już, szkoda strzępić ryja: Jezus, Szatan i Hitler kupili moją duszę, do widzenia.

VOIVOD – Phobos  W Prądzie lubimy przy opisywaniu swojej własnej muzyki używać słowa „kosmos”. Prawda jednak jest taka, że tak jak Lem najlepiej opisywał kosmos literacko, tak nikt lepiej niż Voivod na tej płycie nie zrobił tego Voivod Phobosmuzycznie. Kiedy usłyszałem pierwszy raz delay’owe tremolo w utworze tytułowym, to wiedziałem, że oto jest Głos Pana, a zaraz potem przyszedł Borg ze Star Treka i powiedział „Opór jest bezcelowy”. I faktycznie był bezcelowy, poddałem się tej płycie w pełni. Dziękuję zatem Pan Borg, dziękuję też Pan Voivod. Dla mnie jako gitarzysty jest to znów kolejny kamień milowy – bo z jednej strony te trytony, sprzęgi, dysonanse, a więc znaki rozpoznawcze stylu Piggy’ego, właśnie tutaj wryły mi się na dobre w głowę i już z niej nie wyszły, a z drugiej zaś pokochałem z miejsca brzmienie gitar- delaye, pogłosy, flangery itd., które z kolei dało mi impuls do własnych poszukiwań w tym zakresie. Zdecydowanie Canada can into space.

MAYHEM – Grand Declaration of War Było to jakoś w okolicach 2004 roku, kiedy to EMPIK pozbywał się z półek kaset magnetofonowych i walały się one po takich dużych koszach, wszystkie przecenione na piątaka. Kupiłem wtedy Mayhem GrandDeclarationOfWarwłaśnie „GDOW”, nie mając zielonego pojęcia co to jest i w sumie do dziś nie wiem co mnie wtedy podkusiło, żeby to zrobić, ale nieważne. Nie znałem zupełnie kontekstu historycznego w jakim osadzona była ta płyta i ten zespół – to przyszło dopiero z czasem. Ale być może dzięki temu zrobiła mi ona, choć jednak po pewnym czasie oswajania się, bardzo duże spustoszenie w garze. Niedługo będzie można mówić, że ta płyta ma 20 lat (!!!), a czas obszedł się z nią wyjątkowo łagodnie, co więcej ona wciąż sprawia wrażenie nowatorskiej. Dla mnie idealnie też współgra z dwoma innymi płytami z tego okresu, które razem w pakiecie znakomicie pokazują specyficzny ferment przełomu wieków jaki musiał dziać się na tej scenie, czyli „Rebel Extravaganza” i „Thorns”. Co więcej, do tych naszych bardzo ciekawych obecnych czasów, ta płyta swoim niepokojem pasuje wręcz idealnie, chociażby dzięki takim ilustracjom nuklearnej zimy jak „Completion in Science of Agony”.

RADIOHEAD – OK Computer Kolejna płyta, która poczyniła małą rewolucję w moich muzycznych poszukiwaniach, tym razem popychając mnie w rejony tzw. alternatywy. Ta właśnie płyta otworzyła przede mną wrota, za którymi stał chociażby Blur, Pavement, Modest Mouse, Primal Scream, a więc rzeczy, które w okresie znudzenia metalem, a taki teżOK mi się zdarzył, na pewien czas mnie zafascynowały. Pamiętam, że początkowo nie mogłem przebrnąć przez jęczącego Yorke’a, ale warstwa muzyczna na tyle mnie intrygowała, że w końcu płaczek przestał mi przeszkadzać. Fenomenem tej płyty dla mnie jest to, że przy dość złożonych strukturach muzycznych i wielu nieoczywistych rozwiązaniach pozostaje ona wciąż niesamowicie nośna i przebojowa. Dodatkowo jest tu mnóstwo do odkrywania, bo w tle, na drugim, trzecim czy nawet czwartym planie, dzieją się bardzo ciekawe rzeczy; dla mnie jako gitarzysty zresztą to też było pewne wyzwanie – osobiście do dziś lubię sobie odegrać czasem „Electioneering” choćby żeby przypomnieć sobie jak bardzo gra Greenwood’a odbiega od mojego stylu. Dodam jeszcze, że znajomość tej płyty pomogła mi w tym, że moja żona w ogóle moją żoną się stała, także tego.

MONSTER MAGNET – Spine of God A tutaj najchętniej upchnąłbym dwie bardzo ważne dla mnie płyty – wyżej wymienioną oraz Celtic Frost – „Monotheist”. Rozumiem jednak, że zasady to zasady, więc z ciężkim sercem, ale MM Spineostatecznie decyduję się na debiut Monster Magnet. Po latach doszedłem do kontrowersyjnego i zapewne odosobnionego przekonania, że to jednak jest ich najlepsza płyta. Wyczuwam tu taki wyjątkowy podziemny vibe, którego nie znajduję już na późniejszych płytach (choć i tak wszystkie te wydane do roku 2000 kocham bezgranicznie). Cały album to jest też bardzo specyficzna, używkowa jazda nawet jak na nich, bo umówmy się – takiego lotu jak utwór tytułowy, choć przecież latali później wcale nienajgorzej, to już nie zrobili. Sami zresztą najlepiej opisali diabła siedzącego w tej muzyce, słynną frazą z wkładki, którą zawsze warto przypomnieć- „It’s a satanic drug thing, you wouldn’t understand”. Dodam tylko, że nigdy nie podszedł mi singlowy „Medicine”, choć doceniam jego wpływ na muzykę, bo przecież ten riff przewodni zerżnęli sami Beastie Boys w „Sabotage”. Hehe.

Album, którego fenomenu zrozumieć nie potrafię: IRON MAIDEN – The Number of the Beast Od Iron Maiden zacząłem, na Iron Maiden skończę. Nie uważam tej płyty za złą, jednak wbrew powszechnemu przekonaniu oNumber jej „pomnikowości” to przyznać muszę, że praktycznie wszystkie pozostałe płyty IM z lat 80-tych lubię zdecydowanie bardziej. Co ciekawe, mam tak od zawsze i choć przez lata podejmowałem próby przekonania się do niej, to niezmiennie włącza mi się jakaś wewnętrzna blokada na ten album i zmuszony jestem sięgnąć po najlepsze w takiej sytuacji lekarstwo jakim jest odpalenie znakomitej i niedocenionej „Killers”. Nawet teraz, kiedy to mówię, słyszę w głowie ten nieszczęsny refren z „Invaders” więc dziękuję, czas kończyć.