POKRAK – bez pośpiechu

Tworzenie muzyki bez kontekstu zawsze było w nadwiślańskim kraju ryzykowne. Bo też bez wsparcia konkretnej sceny, dobijanie się do drzwi sławy to trudny i żmudny kawałek chleba. Na szczęście nadal są zespoły, które taką ryzykowną decyzję podejmują. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Pokrak należy do tych wykonawców, którym może się udać, bo poza pomysłem mają warsztat i determinację a także niezaprzeczalny atut – oryginalnie brzmiącą płytę „Selfinside”, o której już na łamach Violence pisaliśmy. Teraz zapraszam wszystkich na ciekawą i chyba wyczerpującą temat rozmowę z gitarzystą Piotrem Polakiem, który z małą pomocą wokalisty Darka Cara poruszył większość związanych w Pokrak wątków.

Kilka słów o historii zespołu i najważniejszych – na ten moment – wydarzeniach, jakie stały się Waszym udziałem?

Zaczęliśmy grać na początku 2010, jako połączenie kilku innych muzycznie światów. Pracując w jednej kanciapie z innymi projektami, niezobowiązująco pogrywaliśmy sobie od czasu do czasu i wyszło z tego coś najbardziej luźnego, z czym mieliśmy do tej pory do czynienia. Przeważnie – i tak jest do dziś – kawałki powstawały po 1 spotkaniu i przychodziły nam w miarę naturalnie i łatwo. Historia niezmienna do dziś, 3 lata grania, 3 materiały – 2 krótkie EP („Pokrak”, „Heart is Never Dry”) i płyta „Selfinside”. Skład stabilny… Za najważniejsze wydarzenia, obok wszystkich koncertów, które mieliśmy przyjemność zagrać, uważamy wyróżnienie prezydenta Białegostoku, który przyznał nam stypendium artystyczne, widząc w nas potencjał i małą trasę po Polsce zorganizowaną wspólnie z zaprzyjaźnioną kapelą MOAFT. Nie nastawiamy się na jakieś spektakularne sukcesy i powolutku robimy nowy materiał, odzwierciedlający nasz aktualny stan.

Zaskakuje mnie Wasza nazwa. Przyznam się, że w pierwszym momencie myślałem, że pochodzicie z … Krakowa. Co ona oznacza i kto wpadł na taki pomysł?

Pokrak

Pokrak

Jest w Białymstoku kultowa kanciapa, w której, jak wspomniałem, grało i wciąż gra kilka znaczących zespołów, przekazywana z rąk do rąk tych bardziej aktywniejszych, natomiast legenda głosi, że pod jednym z włazów (bo jest to schron cywilny) skrył się pokrak, można go nawet czasem usłyszeć. Zainspirowani tą postacią, a dodatkowo znacznie różniący się osobowościowo i muzycznie, postanowiliśmy połączyć te dwa fakty w tę dziwną nazwę. Przez długi czas padały pytania o koneksje ze sceną grind’ową czy inną ekstremalną odmianą muzyki właśnie przez nazwę, ale jak można się domyślić, szybko następował zwrot. Przez moment sami zastanawialiśmy się, czy to dobre rozwiązanie, ale nie wpadło nic bardziej charakterystycznego i tak już zostanie.

Słuchając Waszej muzyki zastanawiam się – co jest w przypadku Pokrak ważniejsze – technika czy klimat, bo w moim przekonaniu te dwa aspekty ścierają się na płycie najbardziej…

Wiesz, nie nazwałbym tego jakimś celowym miksem czy wypracowanym schematem, dającym satysfakcjonujące rozwiązanie. Jeśli takie jest, to jesteśmy szczęśliwi, ale bardziej kładliśmy nacisk na samą kompozycję, na przełożenie pomysłów na utwory. Technika jest taka, jaką sobie wypracowaliśmy indywidualnie i staramy się używać jej w taki sposób, żeby na żywo i na nagraniach było porównywalnie. Płyta jest po prostu zgraniem naszych pomysłów, zarchiwizowaniem ich i bylibyśmy bardzo zawiedzeni nie mogąc jej odtworzyć na koncercie. Klimat płyty był trochę założony z góry, taka refleksyjno – melancholijna nuta nie była wyczuwalna we wszystkich kawałkach, dlatego też nie wszystkie znalazły się na „Selfinside”. A odpowiadając na pytanie, jeśli miałbym wybrać – klimat ważniejszy niż technika.

Trudno taki klimat „studyjny” przełożyć na warunki koncertowe? Udaje się Wam taka sztuka? Oczywiście – z Waszego punktu widzenia…

Niestety, trudno… Staramy się używać tych samych gratów, grać wszystko w podobny sposób, ale jak wiadomo, każde miejsce brzmi inaczej, a dodatkowo do odegrania naszej muzyki potrzebne jest trochę mocy, głównie ze względu na wokal. Jeżeli jest za mało pary, Darek, niestety, musi śpiewać siłowo a reszta kapeli gra dużo delikatniej i nie ma tego energetycznego, hipnotyzującego efektu. Ale robimy, co możemy.

W kontekście Pokrak co i rusz pojawia się nazwa Deftones. Sam jej zresztą w recenzji użyłem. Nie drażni Was ten fakt? A może cieszy? Macie jakieś własne punkty „triangulacyjne” do których odnosicie swoją twórczość?

Nazwa Deftones pojawia się od niedawna, szczególnie po „Selfinside”, gdzie jeszcze wyraźniej słychać rozgraniczenie „ciężka muzyka/delikatny wokal”. Natomiast wyliczając średnią muzyczną zespołu, ponad połowa nie czuje się związana z tym zespołem. Z recenzjami i opiniami jest tak, że trzeba przybliżyć ludziom nie znającym np. Pokraka, że jest mniej więcej podobny do Deftones czy czegokolwiek innego, żeby mogli bez słuchania i na szybko zdecydować, czy jest sens się w to zagłębiać. Rozumiemy i absolutnie nas to nie drażni. Sami się tak dobraliśmy, raczej świadomie wybraliśmy instrumentarium, styl muzyczny. Bardziej widzimy siebie w scenie eksperymentalno – alternatywnej niż post metalowej, ale słów zaczynających się na post… też pojawia się dużo, więc może już na tym skończę, żeby nie rozpoczynać nowych wątków.

Nowy wątek sam się pojawia, mianowicie „nu metal”, z którym kiedyś Deftones był kojarzony i który to obecny jest też w Waszym przypadku. Odżegnujecie się od tej działeczki, bądź co bądź nieźle wyświechtanej i nieco dzisiaj skompromitowanej, czy to Wam „nie robi”?

Daleko nam do tej stylistyki, być może niskie strojenie gitar kogoś zwiodło, ale nic z tego gatunku oprócz pierwszych płyt Korna (któremu również daleko do NM) nie zostawiło śladu w naszej twórczości.

bez pośpiechu

bez pośpiechu

Pytanie nieco „kulinarne” – jaki jest Wasz przepis na dobrą kompozycję?

Musi być szef kuchni i dobrzy kucharze, świeże produkty i nutka inspiracji. Większość naszego materiału powstawała na zasadzie podstawowego, przewodniego motywu, przygotowanego wcześniej głównie przeze mnie. Dalej praca u podstaw – rytm, brzmienia, przestrzeń, na końcu spinający tekst. Generalnie im większe parcie na tworzenie, tym więcej dobrych pomysłów, dlatego też robimy utwory bez pośpiechu, ale konkretnie, czyli tzw. próba twórcza trwa zwykle 4-5 godzin i zwykle powstaje jakieś 80-90% utworu. Później wnikliwe osłuchanie i jak najszybszy powrót do „nory” w celu sfinalizowania utworu. Zdarza się, że ciężko jest odpowiednio odegrać to, co wymyślimy, więc kolejnym i naturalnym etapem jest zwyczajne szlifowanie i trenowanie. Aż do momentu, kiedy poczujemy, że już czas na kolejne ciastko.

Wrócę jeszcze do koncertów – Wasza muzyka – pomijając kwestie brzmieniowe – aż prosi się o odpowiednią oprawę, coś w rodzaju performance. Czy kombinujecie z czymś takim (wizualizacje, para – teatralne elementy…) czy na razie nie ma takich możliwości?

Dorastamy do momentu, kiedy trzeba zacząć się nad tym zastanawiać. Zaczynaliśmy z wizualizacjami, ale było z tym więcej kłopotów natury technicznej i merytorycznej niż przyjemności. Wiem, że ruch w stronę performance’u zdecydowanie zmieniłby nastawienie zarówno nasze jak i odbiorców, ale musimy to jeszcze przemyśleć. Jeżeli znajdziemy odpowiednią formułę, która nas wzbogaci i da nową energię do lepszych występów, z pewnością ją wprowadzimy. Dzięki za sugestię.

Może trzeba do zespołu przyjąć dodatkowego człowieka od efektów specjalnych, a la Neurosis?

No jasne…  póki co musimy zrobić jeszcze kawałek muzyki, żeby w ogóle stać na jednej scenie z takimi tuzami, wszystko w swoim czasie…

Z Waszą muzyką wiąże się też pojęcie „emocje”. Jest ich tu pełno, płyta aż nimi kipi, co dzisiaj wcale nie jest tak często spotykane. A to z kolei sugeruje duże związanie z przekazywanymi treściami – czego dotyczą teksty i na ile jest to artystyczna kreacja a na ile tematy, które są wam osobiście bliskie?

Darek: W życiu nieodłączne są emocje, obserwując jak działa ten świat, szukając prawdy i sensu nie da się oddzielić od tego całej swej istoty, bo nie poznajemy wyłącznie zmysłami, ale również, a według mnie przede wszystkim, całym swym wnętrzem. Teksty Pokraka niosą ze sobą przede wszystkim to właśnie poszukiwanie. Proces doświadczania i zetknięcia rzeczywistości poznawanej i poznającej. Staramy się nadać im pewien uniwersalny kształt, bo zobowiązuje do tego świadomość, że po drugiej stronie jest człowiek, który szedł inną drogą niż ja, a dobrze byłoby aby znalazł tam jakiś pokarm dla siebie, by mógł się w tej przestrzeni też odnaleźć.

Kilka słów o sesji nagraniowej – gdzie, z kim i jak przebiegał ten proces? Czy nagrywanie tak osobistej płyty wiąże się z jakimiś specjalnymi przygotowaniami?

Na potrzeby tej płyty zrobiliśmy swoje studio, nazwaliśmy je Studnia, tak jak studio, prowadzone przez mnie przez blisko 10 lat w zupełnie innym miejscu. Od nowa zaadoptowane pomieszczenie, z dużą przestrzenią, dobrym klimatem i przede wszystkim niezależnością czasową. Założyliśmy sobie pół roku, wyszło troszkę szybciej, natomiast intymności i złapania „momentów” mieliśmy wyjątkowo dużo, stad pewnie wrażenie tak emocjonalnej, osobistej płyty – bo rzeczywiście taka była, bo osobiście ją nagrywaliśmy bez pomocy neutralnych realizatorów. Unikaliśmy edycji, nowoczesnych technik, a skupiliśmy się na różnych wykonaniach i interpretacjach podstawowych pomysłów. Jak dziś przesłuchuję nagrania demo z prób, nawet tych ostatecznych, często słyszę zupełnie inne emocje, inne tempa, inne barwy tych samych numerów. Spokojnie można wydać dodatek z historią płyty „od momentu poczęcia” . Co działo się później, też jest dość magicznym procesem, mianowicie w celu wzmocnienia brzmienia i złapania dystansu oddaliśmy ślady braciom Wiesławskim z Hertz Studio i wspólnie dopracowaliśmy ostateczne brzmienie. Jesteśmy zadowoleni z efektu i w naszym mniemaniu brzmienie wyszło bardzo oryginalne. Nie wiem, czy poprawne czy nie, ale z pewnością prawdziwe.

Muszę o to zapytać, choć dżentelmeni o kasie nie rozmawiają – często, szczególnie w przypadku zespołów zachodnich, choć i w Polsce ma to miejsce słyszę/czytam „zrobiliśmy własne studio”. Przecież to w sumie spory wydatek finansowy. Macie bogatych teściów/rodziców, macie inne, ukryte źródła dochodów, czy też sformułowanie „własne studio” oznacza w praktyce wynajętą kanciapę na próby z kilkoma mikrofonami?! Jaka jest ta szara rzeczywistość??

W naszym przypadku to długotrwały proces zbierania gratów przez lata. Nie miałem nagłego przypływu gotówki, wszystko było zbierane, dokupowane, jak w przypadku większości tego rodzaju sytuacji. Okazyjnie, bądź w momencie „górki” finansowej. Pomieszczenie 100 metrowe nie jest taką zwykłą kanciapą, a po wstępnym zaadoptowaniu nabrało akustycznych właściwości. Wbrew pozorom nie jest to trudne i nawet nie mając zgromadzonego sprzętu czy doświadczenia można zrobić ciekawe studio projektowe. My mieliśmy dylemat – wchodzić na „tydzień” do super studia i prawdopodobnie nie złapać „tego czegoś” albo spróbować zrobić coś, niekoniecznie super profesjonalnego, ale spędzić tam tyle czasu ile chcemy. Efekt okazał się naprawdę niezły, więc polecam tego typu tematy wszystkim, którzy nie mają możliwości wynajęcia studia na miesiąc. A wracając do gratów – w tym momencie mamy wszystko co potrzebne do zarejestrowania całej kapeli na tzw. setkę, i pracujemy nad zestawem nagłaśniającym, pozwalającym na odegranie tego wszystkiego

Zdradź nam, jakie były kulisy powstania wytwórni Green Lungs, jak wygląda jej działanie i jakie tajemne więzy łączą Was z MOAFT??

Green Lungs od Zielonych Płuc – czyli regionu skąd pochodzą obie kapele – to raczej inicjatywa niż wytwórnia tak naprawdę – zainspirowana DIY, mamy kontrolę nad tym, co robimy, co i jak i komu sprzedajemy. Póki co, są to nasze wydawnictwa: Pokrak „Selfinside”, Moaft „Vana Imago” i split Pokrak/Moaft/Monroe’s Mysterious Death. Ten ostatni band to projekt pomost – łączący P i M – Misiek z Moaft i ja gramy luźniejsze, stonerowo – punkowe rzeczy. Z MOAFT spotkaliśmy się w 2011 roku na wspólnym koncercie w Olsztynie i bez zbędnego tłumaczenia wiedzieliśmy, że wspólne granie to coś, co nas interesuje. Inna muzyka, bardzo inna, ale podwaliny te same.

Zbliża się koniec roku i czas podsumowań/planów. Jak podsumujesz 2012 i co w przyszłości czeka nas z Waszej strony?

Rok 2012 to dla nas pierwszy rok z poważnymi wyjazdami poza własne podwórko, nagranie pierwszej płyty, wydanie jej we własnej wytwórni (współprowadzonej z MOAFT) Green Lungs Records i dużo niezbędnego doświadczenia. Plany na kolejny rok to przede wszystkim koncerty oraz praca nad nowymi utworami. Idealnie byłoby nagrać kolejną płytę w 2013 roku, czego sobie i zainteresowanym życzymy. Chcielibyśmy pokazać się jakiejś szerszej publiczności, jednak nie jest to takie oczywiste. Postaramy się być w miarę aktywni, do zobaczenia gdzieś, kiedyś.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia koncertowe Marta Lebiocka

Pokrak Bandcamp