PLANET HELL – Szukanie złotego środka

Planet Hell szturmem wdarło się na wysokie pozycje wszelkich zeszłorocznych podsumowań związanych z muzyką metalową. Nie powinno to nikogo dziwić, ich debiutancki krążek – zatytułowany „Mission One”, jest chyba najlepszą hybrydą twórczości Voivod, Gorguts i Nocturnus od wielu lat. Chcąc dowiedzieć się paru rzeczy o zespole i luźno związanych z nim spraw, przepytaliśmy jego gitarzystę, skrywającego się pod pseudonimem First Mate.

Jak sądzisz, co spowodowało takie wzięcie na techniczne formy metalu, jakie można zaobserwować dzisiaj?

Nie sadzę, że jest obecnie wzięcie na techniczne granie. Koncerty odwiedza garstka osób siedzących w temacie. Obecnie w niszy metalowej jest moda na stare, brudne brzmienia blackmetalowe. Dzieciaki wchodzące w klimat pasjonują się takimi właśnie odmianami gatunku, co łatwo zaobserwować. Niemal wszędzie dominuje ten pakiet: katany, ramoneski i bycie najbardziej „true„.

Mierzi cię to?

Absolutnie nie. Dla mnie najważniejsze jest to, że robię to, co kocham i mogę coś przekazać w muzyce, a czy w przyszłości następne pokolenia to ocenią? Nie zastanawiam się nad tym.

A co przekazujesz w utworach, które współtworzysz m.in. z Embrional i Planet Hell właśnie?

Obecnie z Planet Hell tworzymy materiał na następcę „Mission One”. Za całokształt i koncept jest odpowiedzialny szef zamieszania: Przemysław Latacz. Ja podsyłam riffy, które są wykorzystywane w materiale. W szkieletach, które są grane na próbach, staram się dorzucić coś od siebie. Coś, co sprawi, że muzyka stanie się, jak to ostatnio odkryłem, najbardziej optymalnym strzałem w twarz. Jeśli chodzi o przekaz, to chyba dla mnie ważniejsze jest wzbudzenie szoku, pewnego rodzaju suspensu. Przeżywam go ilekroć puszczam płyty Gorguts, Cattle Decapitation czy Dying Fetus. Z Embrional sprawa ma się podobnie. Obecnie siedzimy w studiu i nagrywamy. Materiał, który się ukaże, będzie kolejnym krokiem dla tego zespołu, gdzie dorzuciłem swoje trzy grosze. Szefostwo kapel, w których się udzielam to zajebiści muzycy i cieszę się, że mogę współpracować z moimi idolami z czasów gimnazjum.Planet Hell

Naprawdę uważasz, że kapele takie, jak Cattle Decapitation czy Gorguts wzbudzają kontrowersje?

Nie tyle chodzi o kontrowersje co świeżość w muzyce, która nie jest oczywista. Stosują mnóstwo zabiegów rytmiczno-sonorystycznych, co sprawia, że ich twórczość jest niepowtarzalna i jedyna w swoim rodzaju. Słuchasz Gorguts i od razu wiesz, że to dźwięki z Kanady.

No właśnie: czy Gorguts dalej można określić mianem innowacyjnej formacji? Faktycznie, już na debiutanckim albumie wypracowali charakterystyczny styl, ale czy ewolucja tej kapeli nie zakończyła się na albumie „Obscura”?

Dla mnie to jest fenomen w death metalu. Każda następna płyta daje słuchaczowi nowe wrażenia, wspomniany wcześniej suspens, przekazując to w bardzo inteligentny sposób. To właśnie w muzyce cenię.

Nie generalizujesz przypadkiem, używając łatki „death metal” bez przymiotnika „techniczny”? Z całą sympatią, ale nie uważam choćby Necrovore za kapelę serwującą odbiorcom bardzo inteligentny przekaz.

Techniczny death metal to wymysł współczesności. Pokaż mi granice, gdzie death metal jest techniczny, a gdzie nie.

Nie pokażę, bo brzydzę się szufladkowaniem, ale pewne ramy wolałbym zachować. Nie wmówisz mi, że Nocturnus i Autopsy można wpakować do tego samego worka.

Oczywiście, że nie. Ale po co zbędne dywagacje na temat tego, kto jak gra. Muzyka ma być dobra i koniec. Uważam, że artyści też w żaden sposób nie identyfikują się specjalnie z tym, czy to jest techniczne, progresywne. Ma być ogień, a dźwięki same się obronią.

Na początku naszej rozmowy wspomniałeś o słabej frekwencji na koncertach grup tech-metalowych. Czy uznajesz, że za tym stoi konkretny powód, czy może nieszczęsny los?

Ludzie idą na łatwiznę, biorą to co im dają, a gdy coś jest nieoczywiste i trzeba trochę ruszyć szare komórki – odpuszczają. Oczywiście, nie wszyscy. Jest wielu wyjadaczy, którzy lubują się w technicznym, wymagającym graniu, to fakt. Osobiście jednak nie znam żadnego młodego człowieka (młodszego ode mnie – sam jestem gówniarzem), prócz Daniela (perkusista Embrional – przyp. red.), który stawia na bardziej wymagającą twórczość. Teraz obraz metalowca na południu Polski wygląda tak: idzie do „Korby” (katowicki pub – przyp. red.) się napić i bawić w rock’n’rolla w stylu Lemmy’ego.

Jest w tym, co mówisz trochę racji. Sam jednak uważam, że techniczny/progresywny metal to często aż nadto przeintelektualizowana stylistka. Sztuka dla sztuki, przerost formy nad treścią, kilometrowe solówki – norma. Nawet w takim graniu obowiązuje zasada „less is more” i odnoszę wrażenie, że ma ona zastosowanie w Planet Hell.

Zgadzam się. Sam osobiście nie jestem fanem gitarowych onanizmów. Dla mnie to typowa popisówa, a nie o to chyba chodzi. Muzyka powinna mieć klimat. Jak to u nas się mówi: ma żreć. Nie rozumiem kompletnie djentowców, którzy grają na pustej strunie przez większość utworu, a potem dorzucają do tego milion kakofonicznych dźwięków. Ani to smaczne, ani ładne, ani sensowne. Trzeba znaleźć złoty środek w tym, co się robi.

Jak więc do niego dotrzeć? Uważam, że nagranie nagranie płyty z techniczną muzyką, która nie nudzi całym bogactwem inwentarza, jest ciężkim wyzwaniem.

Jak najbardziej. Trzeba próbować, grać, konsultować. Na całe szczęście – w moim mniemaniu – gram z ludźmi, którzy chcą tego, co ja. Mamy wspólne inspiracje i gusta, co wkrótce będzie do sprawdzenia na nowej ep-ce Embrional, a niedługo potem drugim krążku Planet Hell. Najważniejszy jest wspólny cel, radość z muzyki i odpowiedni do tego ludzie. To jest złoty środek.

Jesteś bardzo młodym muzykiem, ale już odgrywasz ważną rolę w kapelach, które zdobyły posłuch na polskiej scenie. Nie jest to stresujące i nobilitujące jednocześnie?

Jest to motywujące by rozwijać się muzycznie i samorealizować. Mam niesamowite szczęście, że mogę robić to, co zawsze chciałem w tym wieku. Dodatkowo jeszcze w kapelach, które – jak sam wspomniałeś – sporo namieszały na krajowym podwórku.

Wprawdzie mamy dopiero maj, ale widzisz rozsądnych konkurentów dla Planet Hell w stawce na rok 2017?

Tak, Embrional (śmiech).PH

A poza tym?

Mam ogromne nadzieje na nowy Decapitated, choć po przesłuchaniu nowego utworu jestem rozczarowany. Adama i jego gromadki, którzy zmiażdżyli mnie „The Satanist”, również wyczekuję z niecierpliwością. Na śląskim poletku mamy także Deviation, który uwielbiam – mają potencjał na zostanie krajowym towarem eksportowym obok wspomnianych Decapitated, Behemoth czy Vader.

Nie jesteś jednym z tych, którzy narzekają na obecne wcielenie Decapitated?

Jestem. To, co robił Vogg ze spółka mając lat „naście”, było niesamowite. Jestem fanem Decapitated, ale po reaktywacji kapeli moje stosunki z nią uległy pewnemu dystansowi. Fakt, jest groove i siła, ale odczuwam tu pewnego rodzaju koniunkturę.

A nie naturalny rozwój? Przecież już „Organic Hallucinosis” zdradzała fascynacje Vogga feelingiem i nowocześniejszymi odmianami metalu.

Bardzo możliwe. Ja tego nie kupuję.

A tego nowego singla też nie kupujesz, czy pewna iskierka nadziei płonie?

Iskierka nadziei zawsze płonie. Zwłaszcza po tym, jakie Wacek rzucił riffy na Instagrama. Na singlu się zawiodłem, ten utwór jest po prostu nudny – nie żre.

A co w tym roku na deathmetalowym poletku zażarło?

Immolation i przedsmak Suffocation.

Na sam koniec często zadaję to nudne pytanie o plany, ale w kontekście twoich muzycznych działań może ono wymknąć się sztampie. Jakie więc one są?

Moim planem jest iść do przodu. Rozwijać się, tworzyć i świetnie przy tym bawić.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum zespołu