PIOTR SCHMIDT QUARTET – Wyćwiczyć, zapomnieć i grać z serca…

Ludzie słuchający ambitniejszych rzeczy, czy ogólnie obcujący z wyższą sztuką, są bardziej kreatywni, inteligentni i zaradni życiowo. (Piotr Schmidt)

Znalezienie ulotnej, muzycznej równowagi jest marzeniem każdego muzyka, choć może to być także ślepy zaułek. I właśnie wyjście z tej strefy komfortu jest prawdziwym zwycięstwem, które stało się udziałem Piotra Schmidta, promującego właśnie płytę „Tribute to Tomasz Stańko”. Zwycięstwo jest podwójne – hipnotyzująca, dystyngowana i aksamitna mikstura klasycznego jazzu, wysmakowanych improwizacji i ulotnej melodyki, spotyka się bowiem z subtelnym ukłonem w stronę ostatniego etapu w karierze wielkiego trębacza. Schmidt nie ukrywa uwielbienia dla Tomasza Stańko, jednak muzyczna wypowiedź jest na tyle indywidualna, że staje bez problemu obok takich płyt jak „Soul of Things” czy „Suspended Night”. Zapraszamy na rozmowę z mistrzem trąbki, kompozytorem i akademickim wykładowcą – Piotrem Schmidtem. 

Krąży po światku muzycznym opinia, że jazzmani to ludzie, którzy piją i imprezują dużo bardziej niż np. rockmani. Prawda to, czy fałsz?

Chyba jednak jest to fałsz. Niestety, by grać jazz trzeba dużo więcej umieć, a więc dużo więcej ćwiczyć, a potem całe życie dalej ćwiczyć by być jeszcze lepszym lub chociaż utrzymywać kondycję i technikę by wszystkie te trudne dźwięki wygrać. To wymaga czasu i zaangażowania, także bycia w miarę ogarniętym. Oczywiście, niektórzy potrafią łączyć picie i imprezowanie z byciem świetnym i technicznie perfekcyjnym muzykiem jazzowym, ale moim zdaniem to jest wyjątek od reguły. Jest nawet taki dowcip, że jazzman powinien mieć żonę i kochankę. Kochanka myśli, że jest u żony, żona, że jest u kochanki, a on może w spokoju poćwiczyć. Z mojego doświadczenia wynika, że jazzmani raczej idą w drugą stronę – w stronę fascynacji kulturą wschodu, buddyzmem i medytacją.

Dobre. Czyli Miles Davis, który powiedział kiedyś, że nie podaje ręki żonatym muzykom, miał rację?

Nie pamiętam takich słów Milesa, na pewno nie było tego w jego autobiografii. Te słowa pewnie były też wyrwane z kontekstu. Większość muzyków, z jakimi Miles grał, przynajmniej do lat 60. miało żony w tym czasie, lub już za chwilę miało mieć, a więc było w długotrwałych związkach. Żona to także stabilizacja, potrzebna do tego żeby można było spokojnie zajmować się tym, co jest czasem niemal sensem życia muzyka jazzowego – jazzem. Zamiast tracić czas na wieczny podryw, wiadomo już, na czym się stoi i na tym można budować dalej. Ale oczywiście, co muzyk, to inny przypadek, trudno tutaj generalizować. Wydaje mi się, że Miles nie chciał żeby jego muzycy zabierali swoje żony ze sobą na trasy koncertowe, bo wtedy zachowują się inaczej, a przede wszystkim inaczej grają, o to mu chodziło.

Wyćwiczyć, zapomnieć i grać z serca...

Wyćwiczyć, zapomnieć i grać z serca…

O ile pamiętam, kiedyś cytował to Michał Urbaniak. Rozpoczęliśmy imprezowo, ale przecież ty należysz do frakcji dobrze wykształconych muzyków, ba, jesteś wykładowcą. Zastanawia mnie – choć dla ciebie będzie to może niewygodne – czy tradycyjne wykształcenie pomaga w byciu dobrym muzykiem jazzowym?

To jest dobre pytanie. Niektórzy twierdzą, a na pewno sporo osób twierdziło to w latach 30., 40. i 50., że tradycyjne wykształcenie blokuje naturalną spontaniczność i ekspresję muzyka jazzowego na scenie. Moim zdaniem jednak obecnie trudno znaleźć świetnego muzyka jazzowego, który nie ma wyższego, muzycznego wykształcenia. Za dużo jest pracy przy nauce improwizacji, żeby przy okazji nie zrobić jakiś muzycznych studiów. Najczęściej jest to wydział jazzu, ale czasem też klasyka lub kompozycja. Obecnie może to jedynie pomóc, to zależy od podejścia do tego faktu. Bach czy Chopin to byli wybitni improwizatorzy, ale też całkowicie świadomi ludzie. Świadomość jest już konieczna, bo jazz stał się zbyt zaawansowaną muzyką, żeby grać ją ze słuchu tak jak to robiło się w latach 20., 30., 40. czy 50.

Właśnie – improwizacja. Modny temat ostatnio. Ale – każdy jazz jest improwizacja, zaś nie każda improwizacja jazzem. Na czym twoim zdaniem polega istota i fenomen improwizacji? Czy improwizacji można się nauczyć?

Tak, na tym polega właśnie studiowanie jazzu, na nauce improwizacji. Niektórzy ludzie postrzegają improwizację jako chaos. Jako free jazz, a więc z masy gówna lepi się coś, co potem i tak trudno od gówna odróżnić, przynajmniej dla niewprawionego ucha. Inni improwizowanie postrzegają jako brak przygotowania się, np. jak uczeń improwizuje odpowiedź przy tablicy, bo się nie przygotował. To są stereotypy, z którymi czasem nie ma co walczyć, bo są za bardzo zakorzenione. Improwizacja to umiejętne posługiwanie się muzyką w oparciu o wiele czynników. Takimi czynnikami są forma, skale, akordy, dźwięki grane przez pozostałych muzyków w danym momencie, które też są oparte jakoś o formę i harmonię. Czynnikiem jest faktura rytmiczna. Ogólnie więc mamy pewne wyznaczniki formalne, które determinują nam inne wyznaczniki, w oparciu o które się improwizuje, decydując o kształcie i rytmice melodii, czy też reharmonizacji w locie, w przypadku instrumentów harmonicznych. Natomiast fenomen improwizacji dla wprawionego słuchacza polega też na tym, że mimo iż muzycy są ograniczeni formalnie, to jednak widać, że muzykę tworzą na bieżąco, że korespondują ze sobą, wchodzą ze sobą w interakcję tu i teraz i to widać, słychać – to jest fascynujące.

Idąc tym topem – czy uważasz, że ktoś niewykształcony, powiedzmy, samouk nie może dobrze improwizować, bo ogranicza go brak wiedzy formalnej, pozwalającej swobodnie poruszać się w świecie dźwięków?

Nie, uważam, że wykształcenie pomaga. Ja sam potrafię grać nie myśląc o dźwiękach. Gram bardzo fajne frazy, a nie wiem co gram. Ale czasem mi to nie wystarcza, czasem żeby zagrać coś bardziej skomplikowanego, a jednocześnie odjazdowego, muszę uruchomić inną półkulę mózgu, bo inaczej są to za trudne rzeczy, żebym zagrał je ze słuchu. Samouk może zagrać bardzo wiele, może też grać przecież świadomie, wiedząc za każdym razem gdzie jest, co gra itd… Nie trzeba mieć formalnej edukacji, by się dobrze wykształcić. Wszystko zależy też od muzyki jaką gramy; do 90% muzyki wystarczy świetny słuch i talent, w tym tak 50% jazzu też. Tomasz Stańko grał bardzo dużo rzeczy bez świadomości. Tzn. jakby zatrzymał się i pomyślał co gra, to by wiedział. Ale sporo grał po prostu od serca. On miał jednak tyle doświadczenia że mógł sobie na to pozwolić. To jest szeroki temat z tą świadomością gry. Charlie Parker powiedział kiedyś, że najpierw musisz wszytko świadomie wyćwiczyć, a potem masz o tym wszystkim zapomnieć i grać z tylko z serca. I to jest to. Natomiast ludzie zapominają, że jak grają tylko z serca, a nie spędzili 10 lat po 10 godzin dziennie wszystko najpierw ćwicząc (skale, akordy… ), to nie uda im się grać z serca tego, co będą chcieli, bo nie będą umieli zagrać tych dźwięków.

Jak myślisz, skąd taka popularniść improwizacji w środowisku alternatywnym? W tej chwili co drugi poszukujący zespół chce/próbuje wprowadzać improwizację do swojej muzyki. Czy można traktować taką formę ekspresji jako szczytowe osiągnięcie muzycznej wolności i świadomości?

Wydaje się, że tak, można to nazwać szczytowym osiągnięciem muzycznej wolności na pewno, świadomości już niekoniecznie, bo nie wiadomo czy ktoś improwizuje świadomie czy nieświadomie. Tak czy siak, w obu przypadkach może wyjść świetna muzyka, to uzależnione jest od umiejętności instrumentalisty, jego doświadczenia, słuchu i lat spędzonych z instrumentem. Ogólnie rzecz biorąc, jak takie solo fajnie wyjdzie, to daje to ogrom satysfakcji i artystycznego spełnienia i pewnie dlatego tak to muzyków uwodzi. Dla ludzi jest to mniej interesujące, bo to tak jakby oglądać na YouTube jak ktoś inny gra w grę komputerową. Choć przesadziłem, bo to też tak jak oglądać film lub serial. Nie masz wpływu na narrację, opowieść, ale jak cię wciągnie, jak jest dobra, to siedzisz i oglądasz zafascynowany, przebywając razem z kreatorami tej historii w innym świecie. Ale tutaj znowu mamy rozdźwięk, bo film ktoś kręcił przez pół roku i potem jest film gotowym produktem, którym się fascynujemy lub nie, natomiast muzyka na żywo na scenie jest tworzona w czasie rzeczywistym i my jako uczestnicy tego wydarzenia możemy być świadkami powstawania czegoś nowego, czegoś artystycznie ciekawego tu i teraz, na naszych oczach. To jest obserwowanie innej rzeczywistości kreowanej przy nas, dla nas.

Najważniejszy jest chyba fakt ciągłej ewolucji muzyki improwizowanej. W zasadzie, każde wykonanie i koncert mogą być inne, mieć inną narrację i dynamikę. Ale to z kolei powoduje, że dla wielu słuchaczy taka muzyka jest zbyt trudna, bo wymaga uwagi i odrobiny wysiłku. Pytanie brzmi – czy można „nauczyć się” słuchania jazzu?

Większość ludzi uczy się słuchania jazzu. Zaczynamy od jazzu prostszego – Louis Armstrong, Miles Davis lat 50., Bobby McFerrin itd… Potem rzeczy trudniejsze, aż dochodzimy do trudnych. U mnie było inaczej, bo u mnie w domu jazz sączył się z głośników zawsze, więc wychowałem się wręcz bezwiednie wokół dźwięków tej muzyki. Tata puszczał jazz, mama puszczała muzykę klasyczną, czy dobre musicale, więc to cały czas było i dla mnie jazz stał się naturalnym wyborem, kiedy zechciałem być muzykiem. Dawał mi wiele satysfakcji artystycznej, wykonawczej, trzeba było się tylko nauczyć improwizować, by umieć grać dźwięki jakie słyszałem, jakie mi się podobały. Warto uczyć się słuchać „trudniejszej” muzyki, bo to także trening dla mózgu. Ludzie słuchający ambitniejszych rzeczy, czy ogólnie obcujący z wyższą sztuką, są bardziej kreatywni, inteligentni i zaradni życiowo.FB tribute

…czyli rozumiem, że wybór trąbki jako głównego instrumentu nie był spowodowany faktem, że łatwiej jest nosić taki instrument niż np. perkusję (śmiech).

Wybór trąbki był przypadkiem. Nie dostałem się na fortepian na II stopień, bo popełniłem łącznie cztery błędy w czterech utworach na egzaminie dyplomowym. Zdałem jednak bardzo dobrze inne przedmioty, wiec pozwolono mi zdawać do II stopnia, ale na jakiś instrument dęty. Wybrałem saksofon. Niestety nie było miejsca na saksofon i do wyboru pozostał fagot i trąbka. Do dziś zastanawiam się, czy gdybym wybrał fagot, byłbym znanym, wziętym polskim fagocistą jazzowym…

Ech, te przypadki… Zdecydowałeś się na muzyczne zawodowstwo, a to pociąga nieuchronne pytanie o tak niewygodny temat jak kasa. Często rozmawiam z różnymi muzykami i ta kwestia zazwyczaj wyzwala w nich pokłady zgorzknienia. Zatem – ciężko wyżyć z takiej muzyki jak jazz?

Ciężko, ale też ciężko wyżyć z każdego własnego biznesu. Masz sklep, masz restaurację, masz firmę przewozową, co zrobić żebyś nie zbankrutował? Żebyś zarabiał? Każdy na swoim ma ciężko, bo o biznesie myśli się cały czas. W pracy jesteś cały czas. I wielu się nie udaje, bankructwa firm są nieustanne. Najłatwiej się poddać i i iść do korpo. Nie deprecjonuję korpo, ale tam się pracuje dla kogoś innego, a jak masz swój biznes to pracujesz dla siebie. Jak jesteś ogarnięty, znasz się na tym co robisz, masz dobry produkt, wiesz jak go sprzedać, to ci się uda i będzie ok. Ja nie traktuję swojej kariery jak biznesu, bo muzyk przede wszystkim cieszy się, że może grać, cieszy się z muzyki jaką tworzy z innymi fajnymi muzykami. To mu daje satysfakcję, jaką trudno znaleźć w innych zawodach, czy zwykłych biznesach. Ale jednak trochę biznesowego myślenia trzeba mieć nawet będąc muzykiem. Cokolwiek robisz, musisz umieć to sprzedać. Inaczej robisz do szuflady.

Nie obawiasz się, że np. w którymś momencie będziesz musiał oddzielać granie muzyki „ambitnej” od klezmerki „dla kasy”. Czy raczej ci to nie grozi?

Groziło mi to zaraz po studiach. Bałem się wtedy najbardziej o kasę, bo rodzice mieli i mają mało, wiec głupio brać, trzeba jakoś zarobić. Zacząłem jeździć na konkursy jazzowe i wygrywać je dla pieniędzy. Z wygranej można było żyć kolejne 2 miesiące. Nawet zagrałem dwa wesela, w tym jedno jazzowe, gdzie jak graliśmy, to ludzie jedli, a jak puszczaliśmy żywszą muzykę z głośników, to tańczyli. Ale rodzice pomagali ile mogli, ja też aktywnie walczyłem o nowe płyty, nową muzykę, o koncerty, byłem swoim managerem ponad sześć lat. Potem też, choć miałem już do pomocy różnych ludzi. Ogólnie po pierwszych dwóch latach już na tyle ogarnąłem rynek, że mogłem przeżyć, a z każdym rokiem było coraz lepiej. Teraz już się w ogólne nie martwię o nic i realizuję projekty marzeń, nawet jak muszę czasem w nie zainwestować sporo swoich pieniędzy. Stać mnie, to inwestuję…

Miło to słyszeć. A propos projektów – grasz w duecie, w kwartecie, jest Schmidt Electric – czy jesteś w stanie określić, który projekt jest dla ciebie najistotniejszy, czy może najbardziej rozwojowy?

W tej chwili jestem skupiony przede wszystkim na projekcie „Saxesful” oraz „Tribute To Tomasz Stańko”. To moje najnowsze dwa projekty. „Saxesful” jest dużym przedsięwzięciem z dużą ilością zaproszonych gościnnie gwiazd polskiego jazzu, a kwartet to moje oczko w głowie, bo realizuję się tam artystycznie na niespotykanym dotychczas w mojej karierze muzycznej poziomie. Zresztą, podstawę projektu „Saxesful” stanowi ten sam kwartet, a więc ja, Wojciech Niedziela na fortepianie, Maciej Garbowski na kontrabasie i Krzysztof Gradziuk na perkusji. Oba projekty jednak bardzo cenię. Schmidt Electric uwielbiam, ale na razie jest o nim ciszej, bo skupiałem się na tych dwóch wspomnianych projektach. Na pewno jednak kiedyś z wielką pompą wrócę do Schmidt Electric i zrobię z tym zespołem coś super. Kwestia czasu. Obie estetyki muzyczne są mi bardzo bliskie, choć są skrajnie różne. Przestrzenny jazz akustyczny oraz groove’owy jazz elektryczny. Z jednej strony zabawa improwizowaniem formy, sonorystyką i przestrzenią, słuchaniem się nawzajem i detalem, a z drugiej zabawa gatunkami muzycznymi, innego rodzaju przestrzenią, barwą dźwięków syntetycznych i groove’em.

No właśnie – pretekstem do rozmowy jest płyta „Tribute to Tomasz Stańko”. Co czujesz, kiedy dochodzą do ciebie informacje, że krążek został uznany za jedną z najlepszych jazzowych płyt na świecie?

Olbrzymią radość. Nawet nie dumę, bo to nie jest tak, że jestem z siebie dumny, po prostu złożyło się na to zbyt wiele czynników i być może wyszło tak trochę przez przypadek, ale przypadek, który wplótł się w dużą akcję tworzenia muzyki, która trwa od wielu wielu lat. Natomiast jest to ogromna radość, bo rzeczywiście udało nam się nagrać kapitalną płytę. Na pewno bardzo wiele zawdzięczam tej sekcji rytmicznej, którą celowo dobrałem do tego i poprzedniego projektu, chcąc by grali tak jak grają, ale też dodatkowo sugerując im pewne rzeczy. Czasem metaforą. Myślę, że moje marzenia o takiej muzyce razem z ich umiejętnościami i estetyką wykonawczą pozwoliły nam stworzyć tę płytę. Dążyłem do takiej muzyki już na krążku w duecie z Wojciechem Niedzielą – „Dark Morning”. Z tej płyty też jestem bardzo zadowolony, pierwszy raz udało mi się w muzyce akustycznej osiągnąć taki klimat. Płyta „Tribute to Tomasz Stańko” jest w zasadzie kontynuacją tego klimatu, ale zagraną w kwartecie. Z Niedzielą, Garbowskim i Gradziukiem grać taki jazz to wielka przygoda. Przygoda, którą można jednak sprofilować i ustawić w pewnym kierunku, bo to fenomenalni muzycy, którzy mogą wszystko, a mi zależało, żeby pewne aspekty naszej gry uwypuklić, a inne przykryć. To chyba mi się udało. Świadczy o tym choćby spory rezonans w środowisku dziennikarzy, muzyków i fanów jazzu.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz usłyszałeś Tomasza S.? Twój wpis we wkładce płyty świadczy o dużym pokładzie emocji związanych z panem Stańko…

Dawno temu, nawet nie pamiętam. Na początku nie byłem jego fanem. Lubiłem Milesa, Clifforda Browna, Freddie Hubbarda, z nowszych Roy’a Hargrove’a, też niedawno zmarłego, Wyntona… Stańko zawsze gdzieś tam był, ale z boku. Dopiero kiedy nagrał „Suspended Night”… to mi otworzył oczy na inne granie. To było coś niesamowitego. Znam tę płytę na pamięć. Potem „Lontano”, „Dark Eyes”… Ten okres, wytwórnia ECM, to mi się u Stańki najbardziej podoba.Live

Mam tak samo. Okres po 2000 roku. Choć np. odkrycie takich płyt jak „Fish Face” było dla mnie szokiem…

Na pewno chciałbym wrócić do poprzednich płyt, które znam, ale których wcześniej nie lubiłem aż tak, jak ten okres najnowszy. Niektórych w sumie nawet nie pamiętam z brzmienia i dźwięków, warto sobie odświeżyć, bo może dopiero teraz do nich dojrzewam? Stańko przed 2000 rokiem jest trudniejszy w odbiorze, ale nie wiem czy przez to bardziej ambitny. Moim zdaniem ten okres ECM niesie ze sobą tak duże pokłady niesamowitych emocji, że nie da się mu odebrać nic z artyzmu i nie da się przypisać ani grama ukrytej komercji. Czysta sztuka.

Jak wyglądała praca nad tym materiałem? Czy fakt, że tworzysz muzykę w hołdzie mistrzowi w jakiś sposób zmieniała podejście do tego materiału?

Nie bardzo. Większość utworów z tej płyty powstało w czerwcu, przy okazji nagrywania płyty „Saxesful”. Wtedy wszyscy myśleli, że Stańko ma zapalenie płuc i wróci szybko do gry. Chciałem mieć fajne spokojne przerywniki utworów z saksofonistami. Jedynie pięć utworów zostało dogranych później, w październiku, już z właściwym przeznaczeniem. Moja muzyka była ostatnio mocno inspirowana Tomaszem Stańko, nawet bez takiego bodźca, jak się okazuje, więc utwory były nagrywane niekoniecznie myśląc o nim, ale na pewno on był z tyłu głowy, gdzieś w podświadomości, bo kiedy odsłuchiwałem ten czerwcowy materiał na początku sierpnia pomyślałem, że to się idelanie nadaje na „Tribute” dla Tomasza Stańko. Tak bardzo jest to w jego klimacie i na pewno by mu się ta muzyka spodobała.

W grudniu miało też miejsce premierowe wykonanie tego materiału. Były emocje? Gdzie pojawicie się w tym roku? Kalendarz zapełniony?

To była piękna premiera. Nawet miało być nagranie video, ale akustycy nie ogarnęli dobrze nagrania audio i trzeba było z tego zrezygnować. Kalendarz się zapełnia, pierwsze koncerty na przełomie stycznia i lutego w tym w Warszawie 9 lutego zrobimy ponowne nagrania live koncertu. Już jest kilkanaście koncertów zabookowane, a będzie sporo więcej. Ludzie słyszą, że to jest piękna muzyka, czytają świetne recenzje i nas zapraszają. To bardzo miłe i z tego też naturalnie bardzo się wszyscy cieszymy.

Tak się zastanawiam – czy można przyjąć, że na dzień dzisiejszy „Tribute…” to twój „szczyt”? Czy tylko kolejny skromny krok ku doskonałości?

Nie wiem czy szczyt. Jestem też bardzo zadowolony chyba z pięciu ostatnich płyt, w tym Schmidt Electric – dwie ostatnie, Duo z Wojciechem Niedzielą i „Saxesful”. Ale rzeczywiście coś jest w tej muzyce takiego, że może to i szczyt. Ja osobiście uwielbiam tę płytę podobnie jak i poprzednie, ale może też i ją sam wolę bardziej, choć czasem… nie mi oceniać. Każdy ma też inny gust i inne dźwięki przyjmuje. Na pewno długo po tej płycie nic nowego nie nagram. Za bardzo mi się podoba i za dużo w okół niej się dzieje (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu