PETER J. BIRCH – Szczere historie

Wreszcie – chciałoby się powiedzieć. Peter J. Birch czyli Piotr Brzeziński, bard z Wołowa, powrócił po dwuletniej przerwie z nowym albumem „Inner Anxiety” i ponownie zachwyca. I powrotem do korzeni, swoistą melancholią i perfekcyjnym ujęciem gatunku, dobrym słowem czy fajnym dźwiękiem. Jest w jego muzyce wszystko to, czego oczekujemy od solidnego, mądrego songwritingu – szczerość, dojrzałość i zwyczajnie dobre kompozycje. O tym i o wielu innych aspektach muzykowania rozmawiamy z Piotrem, który już niedługo znowu rusza w drogę

Zacznijmy nietypowo – co wpłynęło na zmianę wizerunku i drastyczne skrócenie brody pana Bircha?

Nic. Lubię brodę i raz mam dłuższą, a raz krótszą. Nie wiąże się z tym też żadna filozofia bo na przestrzeni lat, nawet w trasie, niejednokrotnie była krótka, ale bardzo szybko odrasta.

Przeczytałem gdzieś, w recenzji nowej płyty, że „Piotrowi znowu się udało”. Czujesz się człowiekiem spełnionym?

W żadnym razie. Do spełnienia brakuje mi jeszcze masy nagranych albumów i kolaboracji.

Oczywiście, ale czy nowa płyta jest czymś w rodzaju spełnionego marzenia? Nie mów, że należysz do grupy ludzi, którzy realizują zadanie i nie cieszą się efektem, tylko patrzą w bliżej nieokreśloną przyszłość…

Tak, każda następna płyta to kolejne, spełnione marzenie. Składa się na to przecież wiele czynników, cały proces twórczy, potem nagraniowy, współpraca z ludźmi, a na końcu szukanie wydawcy itd. Przy tej płycie było sporo stresu i wątpliwości, ale ostatecznie wszystko dobrze się zakończyło i jestem bardzo zadowolony z finalnego efektu.

… zanim jednak będzie o nowej płycie, cofnijmy się trochę. Kiedy ostatnio rozmawialiśmy w październiku 2015 roku, powiedziałeś, że masz na liczniku 400 koncertów. Zatem, żeby tradycji dokonać – ile dzisiaj pokazuje licznik?

Praktycznie tyle samo, gdyż ostatnią trasę koncertową skończyłem w marcu/kwietniu 2016 roku i od tamtej pory miałem właściwie 2 lata przerwy od grania, poza dosłownie 6 koncertami w przeciągu tego czasu. Zazwyczaj to było przecież około 100 rocznie. Potrzebowałem przerwy, nabrania dystansu, złożyło się też na to zakończenie współpracy z dotychczasowym menedżerem Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Chciałem też przede wszystkim zniknąć dla dobra kolejnego materiału, bo czułem, że granie non stop koncertów zaczyna mnie wykańczać fizycznie. Psychicznie gdybym mógł to pewnie grałbym cały czas bo to uwielbiam, ale gardło nie dawało rady, czułem też, że nie tędy droga. Z późniejszych rozmów z ludźmi z branży wynikało, że rzeczywiście nikt nie ogarnia, kiedy Peter gra trasę, kiedy jest nowa płyta bo wszystko następowało po sobie praktycznie bez przerwy. Postanowiłem to trochę zmienić, przerwa z planowanego roku z hakiem wydłużyła się do dwóch lat, ale nie żałuję. Teraz mam nowego menedżera, nową płytę i ogłoszoną trasę w marcu. Nie żałuję tego kroku w tył, mimo iż było bardzo ciężko w tym okresie. Teraz chcę zrobić dwa słoniowe do przodu.

Szczere historie

Szczere historie

No właśnie – kurczę, wydaje mi się, to to musiało być uczucie podobne do jakiegoś, nie wiem, detoxu? Odwyk czy coś w tym rodzaju, bo nagle, po latach spędzonych w klubach, w drodze, na adrenalinie, nagle siadasz w domu. Kiedy pojawiły się pierwsze zimne poty? (śmiech)

Dokładnie. Zimne poty dopadły mnie na samą myśl o tym, że muszę kombinować żeby jakoś przetrwać ten okres. W końcu do tej pory jakoś utrzymywałem się z grania, a tu nagle dopada mnie szara rzeczywistość. Dorabiałem więc pracując ciężko u wujka w ekipie remontowej. Raz sprzedawałem bilety na spektakl, ale wolę o tym zapomnieć bo wszystko poszło nie tak, co nie ukrywam zniechęciło mnie do dalszej pracy. Taki już jestem. Nie będę w stanie siedzieć za biurkiem od 8 do 16, 5 razy w tygodniu. Mam więc olbrzymią motywację by robić wszystko tak by być w stanie utrzymać się z muzyki. To przysparza jednak wiele stresu i niepewności. Ale żeby tak nie marudzić to są też lepsze okresy. Poza tym, w ciągu tej przerwy zrobiłem w końcu prawo jazdy, którego to tematu nie zamknąłem na studiach, mimo iż wówczas wyjechałem godziny. Z tym też było trochę zamieszania, trochę pecha, nie z mojej winy, ale ostatecznie wszystko się udało.

W takim doświadczeniu też jest coś fajnego, bo powstaje kontekst, który pozwala jeszcze bardziej cieszyć się muzykowaniem. Być bardziej świadomym tego co dzieje się obok. Ale dostrzegam też coś takiego jak obdarcie ze złudzeń i pewien rodzaj powagi – bo nowa płyta wydaje mi się być dziełem najbardziej nasączonym dojrzałością, jest pozbawione beztroski… trop?

Myślę, że tak. Tutaj chyba po raz pierwszy jest już taki dorosły Peter. Nie chcę mówić, że dojrzały bo do tego mi jeszcze trochę lat brakuje (śmiech). Ta płyta powstawała trochę w bólach, wielkim, „wewnętrznym niepokoju/lęku” właśnie. Dużo pytań, mniej odpowiedzi, cała masa refleksji. Jednak gdy przyszła opakowana i włączyłem ją sobie to odetchnąłem ze sporą ulgą.

Traktuję ją jako twój powrót do korzeni (wiem, banalne…). Bo poprzednia płyta to było szczytowanie – zespół, rozmach, koncerty. A teraz jest znowu intymnie: ty, gitara i w zasadzie tyle. Potrzebowałeś zatem oddechu nie tylko jako człowiek, ale także jako artysta…

Tych koncertów z zespołem było, niestety, chyba raptem cztery sztuki. Bo to właśnie akurat pechowo trafiło na ten początek przerwy. A odnośnie kolejnego kroku to po „The Shore Up In The Sky” mój plan był jeszcze bardziej zamaszysty, ale legł w gruzach. Nagrałem w domu demo dużej płyty na cały band i rozesłałem do dużych wytwórni, praktycznie bez odzewu. Miałem jednak piosenki akustyczne, kameralne i od dawna przesuwałem ten plan na nagranie spokojnej, minimalistycznej płyty, w takiej wersji w jakiej najczęściej można posłuchać mnie na koncertach. I tak się złożyło, że powstało „Inner Anxiety”.

Zatrzymam się jeszcze przy składzie – czy przerwa była jedynym powodem, dla którego dzisiaj znowu jesteś samotnym bardem?

Tak jak powiedziałem, pierwsze plany w czasie przerwy były na zespół, ale to się nie udało. Potem stwierdziłem, że łatwiej będzie mi wrócić samemu i z taką minimalistyczną płytą. Jak na razie, nie narzekam bo odzew jest zaskakująco fajny.

Z punktu widzenia logistyki może to być niezły strzał – masz prawo jazdy, gitarę i ruszasz w drogę. W sumie, chciałem się już chyba zapytać o to kiedyś – czy nie czujesz się podczas takich wojaży samotny?

Logistyka na pewno też miała tutaj prawo głosu. Nie jestem gwiazdą, która weźmie busa, cały band, każdemu godziwie zapłaci i samemu jeszcze coś zarobi. Uznałem więc, że po takiej przerwie pójście od razu w zespół może być strzałem w kolano. Zobaczymy jak będzie w przyszłości, ale na razie o tym nie myślę i skupiam się na tu i teraz. Na razie i tak nie ma planu ruszenia autem. Na marcową trasę ruszamy w czwórkę: ja, Sonia Pisze Piosenki (bo to nasza wspólna trasa), towarzysząca jej na scenie Kasia Golomska z Lilly Hates Roses i nasz menedżer Piotr Wiśniewski. Ja i Kasia mamy prawko, ale nie wyobrażam sobie spędzić całej trasy za kółkiem i jeszcze grać koncerty, więc najprawdopodobniej będziemy jeździć moimi ulubionymi pociągami bo na kierowcę raczej nas nie stać. A w przyszłości zobaczymy, na kilka koncertów w Polsce nie ma sprawy, ale zagranicę jako muzyk i jedyny kierowca to nawet nie chcę się porywać bo to się może źle skończyć. Więc odpowiadając na pytanie – nie będę samotny przynajmniej na tej trasie, ale bardzo lubię podróżować sam po Polsce. Dobrze mi z tym. Muszę się dogadać w tej sprawie z Piotrkiem bo to dopiero początek naszej współpracy, a on ma tak, że chce być wszędzie ze swoimi artystami.Peter

Ciekawi mnie, dlaczego rozstałeś się z Borówką – wydawało mi się, że to niemal układ idealny. Gdzie zazgrzytało?

Nie zazgrzytało chyba nigdzie. Raczej mieliśmy trochę inne wizje tego wszystkiego, może też już tyle lat spędzonych razem w trasie pewne rzeczy wyczerpało? Zmiany są trudne, ale dobre i potrzebne. Ze swojej strony poczułem jakąś ulgę, myślę, że on też, ale to musisz jego zapytać (śmiech). W każdym razie wszystko odbyło się pokojowo, więc o żadnych zgrzytach nie ma mowy. Utrzymujemy kontakt i żartujemy tak samo jak wcześniej. Chętnie pomogę ogarnąć koncert jego muzyków i wiem, że on zrobi to samo dla mnie. Jak coś potrzebujemy to dzwonimy do siebie z prośbą o pomoc czy przysługę. Moje drzwi dla niego i jego rodziny są zawsze otwarte. Kibicuję jego pracy i jestem pewny, że on mi też. Jednym słowem, jest między nami absolutny luz. Wiem, że chciałbyś usłyszeć, że jest mi winny milion dolarów i się pobiliśmy, ale muszę Cię rozczarować (śmiech).

Ok, zatem, stoimy przed nową płytą. Dziełem pozornie tylko prostym, bo jest to muzyka mająca drugie dno, gdzieś poza gitarą akustyczną, jest niepokojąca a jednocześnie nostalgiczna. No i ten tytuł – wewnętrzny niepokój: czy to niepokój, który każe ci ponownie wstać z fotela i ruszyć w drogę?

Tak. Brakowało mi bardzo grania koncertów, trasy, podróży, a nawet hoteli. W końcu to była praktycznie codzienność przez sześć lat. Jest więc nowy materiał, sprawdzony już na pierwszym koncercie w tym roku w Środzie Wielkopolskiej i przyjęty został bardzo dobrze. Liczę, że nie inaczej będzie w marcu.

Nawiążę jeszcze do tytułu – możesz coś więcej powiedzieć o tekstach spiętych tym „wewnętrznym niepokojem”?

Teksty z płyty na płytę stają się dla mnie coraz ważniejsze, kosztują mnie dużo więcej wysiłku niż kiedyś. Z finalnego efektu jestem jednak dumny, dlatego od kilku płyt ważna jest dla mnie wkładka z tekstami, żeby każdy kto zna angielski, mógł się z nimi zapoznać i odnaleźć w nich cząstkę siebie lub czegoś ważnego dla siebie, gdyż zawsze podkreślam i uważam, że to jest najfajniejsze – każdy może interpretować moje teksty do własnych potrzeb. Sam mam tak, że niekiedy z czasem i w konsekwencji różnych zdarzeń, dany tekst lub jego fragment może nieco odwrócić dotychczasowe znaczenie. Jest tu kilka prawdziwych, szczerych historii, jak zwykle w moim przypadku kilka snów i sporo wątpliwości tyczących się kondycji człowieka we współczesnym świecie. O chęci izolacji od tego całego wyścigu szczurów, zarówno w realnym, jak i wirtualnym świecie. Jest też tekst o facecie-pantoflu zniewolonym przez złą kobietę, której jednak mimo wszystko obsesyjnie pożąda. Nie jest w stanie się od niej uwolnić, ani fizycznie, ani psychicznie. Stąd nieco przewrotny tytuł „His Life Was Stuck Inside Her Butt”. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Nie korci cię, żeby nagrać płytę po polsku?

Myślę, że taki moment kiedyś nadejdzie. Powoli takie rzeczy testuję, ale jeszcze nic publicznie. Choć zdradzę, że niedługo pojawi się w sieci utwór z moim gościnnym udziałem, w którym to śpiewam napisany przeze mnie po polsku tekst.

Stylistycznie płyta odmienia przez wszystkie przypadki Amerykę, w zasadzie nawet piszą o tobie „Amerykanin z Wołowa„. Zastanawiałeś się kiedyś jakby to było pojechać i zagrać na amerykańskim kontynencie? Stres byłby większy?

Nie wiem. Tworząc nie myślę o Ameryce. Może wcześniej lub w przypadku kilku utworów, które zawierały amerykańskie miasta w nazwie. Trochę to już zmęczone określenie, ale wiadomo, nasuwa się większości jako pierwsze więc luz. Stres na pewno by był, bo zawsze mi jakiś towarzyszy – mniejszy lub większy. Mam nadzieję się o tym kiedyś przekonać, ale na razie mam wrażenie, że Ameryka nie jest mi pisana.

Zatem, skoro nie jedziemy do Ameryki to zdradź co inspirowało cię w minionym roku – muzycznie i pozamuzycznie…

Kilka wydarzeń w moim życiu, jak zwykle inni ludzie i ich historie, różne zjawiska współczesnego świata. A muzycznie to nie wiem, nie będę po raz setny pisał o oczywistych wykonawcach, których słucham od zawsze i już naturalnie gdzieś nimi przesiąkam. Jednak w końcu zacząłem słuchać więcej muzyki, doglądać nowości bo często gdy grałem to chciałem od muzyki odpocząć i nie poznawałem zbyt wiele. W ostatnim czasie to trochę się zmieniło, ale na pewno nie zaliczam się do tych co słuchają niezliczonych ilości i robią rankingi nowości w ilościach stu nowych płyt rocznie. Jest co roku jakaś płyta lub dwie i kilku wykonawców, utworów, które mnie jarają i to jest fajne. Jestem dość staroświecki jeśli chodzi o słuchanie muzyki. Kolekcjonuję winyle, idąc śladami ojca i moja kolekcja rośnie coraz szybciej. Jeszcze niedawno było to 30 placków, a właśnie doliczyłem się ponad 50. Jest to uzależniająca sprawa, ale sprawiająca przeogromną satysfakcję. Moja narzeczona też coś tam przebąkuje, że może też zacznie zbierać, więc byłoby w ogóle super. Właśnie, nie wspomniałem, że w ciągu tej przerwy również się oświadczyłem (śmiech). Dopiero niedawno po raz pierwszy zacząłem słuchać muzyki ze Spotify bo ogólnie zawsze serwisy streamingowe mnie odstraszały. Jednak nie wszystkie interesujące mnie płyty jestem w stanie kupić (a szkoda), więc dobrze się tym czasem posłużyć. Oczywiście,Peter J. Birch CD też mam, ale teraz kupuję już raczej tylko wtedy gdy nie ma winyla, kiedy bardzo chcę mieć dany album.

Jak twoim zdaniem wygląda ta cała scena songwriterska? Parę lat temu było to modne, a jak jest teraz, tym bardziej, że ciągle pojawiają się nowi samotnicy z gitarami, zresztą, współpracując do niedawna z Borówką pewnie dobrze o tym wiesz (śmiech).

Mam wrażenie, że jak zaczynałem to było tego bardzo mało, potem dość dużo, a teraz znowu malutko. Większość songwriterów od Borówy to obcokrajowcy. Znam może kilka około folkowych bandów, a z bardami to już w ogóle ciężko. Nie mówię o poezji śpiewanej po polsku bo to nie moja bajka, a takich pewnie jest sporo. Są tacy co zaczynali od gitary akustycznej, a teraz mają zespoły i robią inną muzę albo poszli w ogóle w inny klimat, więc tak kiedyś luźno rozmawiając z Piotrkiem, on stwierdził, że to jest naprawdę garstka polskich, czynnie działających, folkowych lub około folkowych songwriterów. Ja znam Daniela Spaleniaka, Henry No Hurry, Sonia Pisze Piosenki, Further Away, Fismolla (ale on już chyba sam na scenie nie występuje) i… pewnie gdybym dłużej się zastanowił to jeszcze kilka osób bym w głowie wyłowił. A tak to moi znajomi Sasha Boole z Ukrainy czy Moriah Woods z USA czynnie grający lub mieszkający w Polsce. Także na pewno jest pole do popisu, tylko mało osób takiej muzy słucha, a jak już słucha to niekoniecznie nas wygrzebuje bo istnieje przesyt wszystkiego, a nasza promocja to zazwyczaj tyle ile sami jesteśmy wywalczyć np. fejsbukiem. Dlatego tak często na koncertach słyszę „gdzieś Ty się ukrywał!?” itp. A przecież np. „Trójka” regularnie od lat puszcza moje utwory, choć oczywiście nie łapiące się na listy przebojów. Może dlatego? Może głównym czynnikiem jest właśnie bariera językowa, mimo iż mamy XXI wiek i w mojej opinii powinniśmy iść z duchem czasu i uczyć się języków, ale to nadal nisza osób, które znają język i wsłuchają się w teksty.

Myślę, że po prostu jest przesyt. Muzyki jest zbyt dużo i to powoduje, że przebijają się tylko ci najbardziej hałaśliwi. Zmieniając temat – czy przez te dwa lata przerwy miałeś okazję pohałasować na bębnach? Nie tęsknisz?

Miałem. Zostałem zaproszony przez znajomych z ostrzeszowskiego Let The Boy Decide do zespołu na stanowisko bębniarza i dośpiewującego chórzysty jak się w praniu okazało. Ten band to najlepszy przykład jak trudno jest się przebić. Nagraliśmy moim zdaniem bardzo fajną płytę i… praktycznie cisza. Zagraliśmy może trzy koncerty i zespół się chyba rozpadł na dobre, z różnych przyczyn, nie przez brak odzewu. Brakuje mi tego bo nie mam wcale regularności, Turnip Farm też już raczej odstawiliśmy do zajezdni i cholera wie czy to jeszcze ruszy, czy jest w ogóle sens. Mam jednak w planach na ten rok ogarnąć nowy zespół z częścią składu LTBD, w którym bym bębnił i śpiewał. Zobaczymy, czy coś z tego będzie.

Opowiedz na zakończenie coś o czekającej nas trasie, która ze względu na skład zapowiada się bardzo smakowicie…

Zarówno ja jak i Sonia mieliśmy dwuletnią przerwę od grania, a że od niedawna mamy wspólnego menedżera to właśnie Piotrek wpadł na pomysł by ruszyć razem w trasę. Taki powrót dwójki songwriterów. Sam jestem ciekaw jak to wyjdzie, ale wracamy z nowymi materiałami – ja z czwartą płytą, a Sonia z nową ep-ką. Liczę, że trochę osób się zjawi, spotkam znajome twarze i wszystko fajnie się uda. Zobaczymy. Oczywiście zapraszam serdecznie! Plan trasy i wydarzenia można znaleźć na moim facebooku.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Karolina Pędlowska

TRASA