PAWEŁ BARTULEWICZ (The Dead Goats) – Z kozłem w kinie

The Dead Goats to fajna kapela, która wydała ostatnio trochę nowej muzyki, bla bla bla, poczytajcie sobie recenzje albo najlepiej posłuchajcie sami, bo recenzenci kłamią. My tu pogadamy sobie z Pawłem Bartulewiczem o kinie. Kiedy akurat nie jest zajęty robieniem kariery we wspomnianym zespole bigbitowym, Paweł ogląda filmy na kopy i prowadzi – chwilowo zahibernowanego – fanpage’a Strefa Kultu. Drogi czytelniku – jeśli miniony weekend bardziej niż z drugą turą wyborów prezydenckich kojarzył ci się z premierą „Mad Max: Fury Road” – ten wywiad jest dla Ciebie.

Zaczęło się od filmów czy od muzyki?

To żeś mi ćwieka zabił, teraz muszę się cofnąć pamięcią do czasów dzieciństwa (czyli do zeszłego roku) i to bez pomocy narkotyków. Z tego co sobie przypominam to chyba filmy były tą pierwszą muzą, która to zamotała mi mocno w głowie. Pamiętam doskonale chociażby „seans” trzeciego „Evil Dead”, który spędziłem udając, że śpię a tak naprawdę zerkając spod kołdry z fascynacją na dziwne rzeczy dziejące się na ekranie. Wędrując teraz myślami do przeszłości przypomina mi się coraz więcej takich akcji związanych z filmami, przykładowo kaseta „Nocy Żywych Trupów” w czarnej obwolucie, którą to rodzice trzymali wysoko na półce, do której dostępu nie miałem. Tak więc odpowiedź jest jednak prostsza niż myślałem – najpierw były filmy (oczywiście od razu horrory).

Co najbardziej zapamiętałeś z magnetowidowej ery wczesnych lat 90.?

Ha, ha, zważywszy na mój młody bądź co bądź wiek, z wczesnych lat 90. mogłem zapamiętać najwyżej co lepsze zabawki otrzymane w prezentach świątecznych. Na szczęście jednak udało mi się o kulturę VHS zahaczyć, bo wypożyczalnie w okolicy jeszcze przez jakiś czas dość prężnie działały; mówimy tu o wczesnych latach XXI wieku, więc trochę pieniążków tu i ówdzie zostawiłem wypożyczając masowo kasety z różnymi choróbskami. Bardzo fajne to były czasy, a jeszcze lepiej zrobiło się, kiedy do domu zawitał Internet. Wraz z kolegą rzuciliśmy się jak dzikie psy na zasoby tegoż, ściągając z eMule masowo niedostępne w wypożyczalniach zapomniane kulty i modląc się, żeby nie okazały się już trzecim w tym tygodniu pornolem. Do tego doszły nieocenione fora internetowe, w szczególności Horror Online, na którego okres świetności udało mi się załapać i które to spełniło nieopisaną rolę w okresie, kiedy masowe oglądanie bez ładu i składu zmieniło się w gruntowne budowanie wiedzy w temacie okołohorrorowym, poznawanie ciągów przyczynowo-skutkowych i inne tego typu inteligentnie brzmiące sprawy.tdgviolence

Pamiętasz kiedy rekreacyjne zażywanie telewizji zmieniło się w nerdowe uzależnienie? Ten moment, kiedy zaczynasz opowiadać ludziom o starych filmach Abla Ferrary, kojarzysz każdą przyszłą gwiazdę, która za młodu zagrała epizod w „Miami Vice”, znasz na pamięć filmografię Waltera Hilla…

O, niechcący odpowiedziałem na to pytanie wcześniej. Możliwości które dawały wypożyczalnie kaset rozszerzył znacząco Internet, wtedy okazało się jak przerażająco obszerny jest ten temat. Jako że byłem cały czas w fazie zafascynowanego połykania wszystkiego brudnego, co wpadło w drżące ręce (dziwnie to zdanie zabrzmiało), perspektywa wypłynięcia na szerokie wody a zarazem usystematyzowania tego wszystkiego w głowie stała się czymś nie do odparcia. Te czasy właśnie wspominam jako najlepszy okres w swoim życiu, ponieważ to wszystko, do czego docierałem było tak świeże, takie nowe, takie fascynujące, że nawet teraz oczy mi się błyszczą jak o tym pomyślę. Wiadomo rzecz jasna, że wraz z coraz to obszerniejszą wiedzą coraz więcej rzeczy staje się bardziej chlebem powszednim, ale z całych sił staram się nie tracić tego pierwiastka i kultywować choć ułamek tej młodzieńczej podjary. Z zadowoleniem stwierdzam, że dalej mi się to udaje.

Był sobie świetny fanpage „Strefa Kultu”, który ostatnimi miesiącami kompletnie przygasł. Obejrzałeś już wszystkie dobre filmy na świecie?

A gdzie tam. Nigdy nie uważałem się za eksperta – raczej za pasjonata, który o swoich zboczeniach lubi skrobnąć parę słów. Nawet w swoim najbliższym otoczeniu znam osoby, które mnie wciągają nosem i wypluwają; w przeciwieństwie do nich jednak zdecydowałem się o tych rzeczach pisać i dzielić się wszystkim, co złe i przegniłe, bo zwyczajnie to lubię. Nie potrafiłem jednak na „Strefie” nigdy wpasować się w panujące fejsbukowe standardy zwięzłości, bo i nie taki był mój zamysł. Nie chciałem, żeby ta strona wyglądała jak milion innych, których twórcy wrzucają dziennie po sto zdjęć z filmów, które i tak wszyscy znają, do tego z jednym zdaniem opisu. Mógłbym to robić, bo to jest łatwe odwoływanie się do sentymentu użytkowników – „Ach, oczywiście że pamiętam Piątek Trzynastego, więcej takich stron w Internecie!”. Nigdy mi o to nie chodziło, w zamyśle miałem (i mam dalej, niczego nie wykluczam) wyciąganie raczej mniej znanych i trochę zapomnianych rzeczy. Jeśli pojawiały się te bardziej popularne, to przez nie próbowałem raczej walczyć z obiegowymi opiniami na ich temat – a nuż ktoś, kto zapamiętał „Joyride” jako gówno dzięki mnie odświeży sobie ten film i zweryfikuje swoją ocenę. Jeśli tak – misja wykonana. Nie wiem czy to było przyczyną słabnącego zainteresowania stroną, czy też po prostu moja pisanina była słaba, w każdym bądź razie do tematu wrócę na 100%, bo cholera, lubię to.

Po repertuarze, jaki prezentowałeś na „Strefie” widać, że lubisz solidny, wciągający storytelling. Nie kręciło Cię nigdy arthouse’owe wydziwianie Larsa Von Triera, Jima Jarmuscha i innych ulubieńców młodzieży studenckiej?

Oczywiście że tak, we wszystkim co robię staram się pozostawać otwarty na jak najwięcej bodźców. Zamykanie się w szufladkach nie interesuje mnie i zwyczajnie mierzi, bo w głównej mierze właśnie stąd biorą się bzdurne obiegowe opinie, z którymi walka jest niezwykle trudna. Miłośnik horrorów krzyczy, że Von Trier jest pedalski, miłośnik Von Triera krzyczy, że „Teksańska Masakra” to bezsensowna jatka. I obaj się mylą oczywiście. Ograniczanie horyzontów sobie samemu to największa krzywda, jaką można sobie wyrządzić, oczywiście w kontekście szeroko pojętej sztuki (tak, „Texas Chainsaw Massacre” Hoopera to też sztuka, moi drodzy, i to ciężkiego kalibru). Sam jestem po części winny takiego podejścia, bo z pełną świadomością olałem tuzów w rodzaju Felliniego czy innego Fransuła Trio, ale w przeciwieństwie bezmyślnego olewania jestem prawie pewien, że obaj mają na koncie wspaniałe filmy, które z pewnością by mnie zachwyciły. Nie da się jednak interesować wszystkim, przez co świadomie wybieram pozostanie w krainie bliższej mojemu sercu i zawsze przedłożę „Timebomb” (w którym Michael Biehn robi tłumik z pustego baniaka po wodzie) nad „Satyricon”. A „Królestwo” Von Triera oczywiście miażdży.

Po kim bardziej płakałeś – po Quorthonie czy po Tonym Scott’cie?

Quorthon umarł w momencie, kiedy tak naprawdę dopiero wchodziłem głębiej w temat muzyki (wspominałem już że jestem młody?), natomiast wiadomość o śmierci Tony’ego Scotta wbiła mnie wręcz w fotel. Oglądałem zdecydowaną większość jego filmów, kocham „Man on Fire”, „The Hunger” i „The Last Boy Scout” (nawet „Fana” wspominam bardzo ciepło, może kiedyś skrobnę coś o tym na „Strefie”), a to przecież tylko wycinek jego dokonań. Dużo ludzi narzeka na jego rozedrgany i „głośny” styl reżyserii, ja jednak uwielbiam go za to, że nigdy nie był nudny. Wielka szkoda.

Z kozłem w kinie

Z kozłem w kinie

Podoba Ci się polskie kino sensacyjne z czasów PRL? Mam na myśli wszystko od „Prawo i Pięść” przez „Prywatne Śledztwo” po „Psy”…

Tu mnie masz. Będzie to najkrótsza odpowiedź w tym wywiadzie: z polskiego kina jestem totalna dupa i nie licząc oczywiście żelaznych klasyków, widziałem tak naprawdę całe nic. Następne pytanie!

Jak myślisz, dlaczego współcześnie polskie kino gatunkowe nie istnieje? Pojawiają się przebłyski typu „Jack Strong”, „Ziarno Prawdy” czy „Jeziorak”, Smarzowski zahacza formalnie o kino sensacyjno-kryminalne, ale w dużym uproszczeniu można powiedzieć, że temat u nas leży…

Tak jak napisałem – w polskim kinie nie siedzę praktycznie w ogóle, więc szczerze mówiąc brak polskiego kina gatunkowego szczególnie mnie nie boli, od tego są widocznie bardziej zdolni twórcy w innych miejscach globu. Przyczyny tego, jak i wielu innych rzeczy, upatrywałbym w sytuacji politycznej Polski, gdzie non-stop trwała walka o podniesienie kraju z kolan, przez co kino i sztuka ogólnie obrały rolę orędownika narodu. Sztuka przemawiała cały czas stojąc i mniej więcej w tej pozycji już została. Jak nie rozliczanie się z przeszłością – to ponure komentarze społeczne. Jak nie „Ida” to „Plac Zbawiciela”. Jak w takim kotle ma powstać dobry niezobowiązujący horror, skoro mam wrażenie, że od wszystkiego oczekuje się górnolotnych wypowiedzi na tematy społeczno-polityczne? Ostatnio zamierzam się na „Służby Specjalne” Patryka Vegi, po którym to filmie obiecuję sobie całkiem sporo, ale to i tak podobna sytuacja – nie jest to kino oderwane od realiów, w dalszym ciągu jest to jakiegoś rodzaju rozliczenie, komentarz, cały czas przemawiamy stojąc. Preferuję raczej Fulciego.

A remake’i i rebooty śledzisz? Tyrka o braku pomysłów i żenieniu raz jeszcze tego samego młodszej publiczności byłaby truizmem, ale może wśród tych zmurszałych nastolatkowych wersji „Robocopów”, „Totallrecalli” i innych „Conanów” znajdujesz coś dla siebie?

Szczerze mówiąc nie mam nic przeciwko odgrzewanym daniom. Pamiętajmy, że remake’i to nie jest nowy wynalazek, że wymienię oczywizmy w rodzaju „The Thing” Carpentera czy też „Invasion of Body Snatchers” Kaufmana. Kwestia jest tylko taka że obecnie kręci się je z trochę innego powodu niż kiedyś. Koszta produkcji filmów w porównaniu do powiedzmy lat 80. są nieporównywalnie większe, więc bezpiecznym dla wytwórni wyjściem jest oczywiście odwoływanie się do ikon, postaci już istniejących w świadomości widza i trzymanie kciuków za siłę sentymentu. Nie winię ich za to, zwłaszcza że w zalewie wyświechtanych marek coraz bardziej docenia się twórców, którzy konsekwentnie tworzą nowe rzeczy. Dobrym przykładem jest Christopher Nolan, który swoją pozycję wykorzystuje do tworzenia całkowicie autorskich rzeczy i to za gruby hajs, abstrahując już od tego, czy te filmy się komuś podobają czy nie (ja uwielbiam – wiem, niemodne stwierdzenie, bo jebanie Nolana jest teraz bardzo cool). A czy znajduję coś dla siebie… Powiem, że tak jak 90% rimejko/ributów nie oglądam (bo najczęściej szkoda mi czasu), tak ostatni „Evil Dead” okazał się filmem wręcz doskonałym. Rzadko mam tak, że po obejrzeniu filmu od razu w tym samym momencie mam ochotę na powtórkę, a tak było w tym przypadku. Podskórny zimny klimat, nienajgorsi bohaterowie, wymyślne gore, dobre tempo. Polecam niedowiarkom. (Ja również – przyp. B.)

Co sądzisz o współczesnych filmach wprost nawiązujących do określonej estetyki i próbujących ją jak najwierniej odwzorować? Mam na myśli rzeczy w rodzaju carpenterowatego „House of the Devil”, kłaniający się shasherom „The House That Dreaded Sundown” czy nawet świeżutki „Headless”.

Z tym całym odwoływaniem się mam mały problem. Cieszę się niezwykle, że są twórcy, którzy potrafią zgrabnie i przede wszystkim SUBTELNIE obracać się w stylistyce powiedzmy lat 80. („The Guest” Adama Wingarda – najlepszy film roku 2014). Nienawidzę natomiast jawnego rzygania konwencją. Ostatnio do szewskiej pasji doprowadza mnie niejakie „Kung Fury”, czyli ten crowdfundingowy potworek, o którym ostatnio mówi się w kontekście odrodzenia stylizacji lat 80. Gówno prawda. Dla mnie całe te usilne i nieudolne niby-odwoływanie się do kultowych dekad wygląda jak twórczość kogoś, kto z lat 80. pamięta tyle, że schowany za fotelami rodziców po cichu oglądał urywki paru filmów dopóki go do spania nie pogonili, potem o temacie zapomniał i nagle tworzy wielki hołd dla własnego mylnego wyobrażenia o tym wszystkim. „Grindhouse” stało się słowem-kluczem rzucanym na lewo i prawo, a tak naprawdę najbardziej „grindhouse’owymi” rzeczami były filmy, które nie pluły tym na lewo i prawo, tylko do sprawy podchodziły subtelnie i z namysłem. Przykładem tego jest wyżej wymieniony „The Guest”, który latami 80. aż parował i którego końcówki paradoksalnie wiele osób nie zrozumiało, bo zwyczajnie film był dla nich zbyt subtelny w swoich nawiązaniach. No ale „Kung Fury” przecież krzyczy: „BAWMY SIĘ W LATA OSIEMDZIESIĄTE! KICZ! KONFETTI!”, gdy tak naprawdę to jest jakiś wypaczony obraz tych czasów. Nienawidzę.

Czy twoim zdaniem tocząca media serialoza i twory w rodzaju „Justified”, „True Detective” czy „The Wire” są remedium na ogólną mizerię kina sensacyjno-kryminalnego?

Wiesz co, siedzę w kinie sensacyjno-kryminalnym na tyle głęboko że żadnej mizerii absolutnie nie dostrzegam. Przypomina mi to trochę krzyki w stylu „kiedyś to było!” wznoszone przez ludzi którzy mielą cały czas te same produkty czasów minionych i nie zadają sobie absolutnie trudu pogrzebania we współczesnym bagienku. Przecież do cholery nie było tak, że kiedyś nie powstawały gówniane filmy czy muzyka. Oczywiście że powstawały, a nawet bywały bardzo popularne. Kwestia jest tylko tego, że o dobrych rzeczach się pamięta, a o chujowiznie zapomina – to jest cała prawda. Dosłownie tydzień temu oglądałem miażdżący brytyjski film „Hyena” (polecam!), który zrobił na mnie ogromne wrażenie. Właśnie takie filmy nie pozwalają mi absolutnie – choćbym nawet się bardzo starał – dostrzec jakiegokolwiek tąpnięcia w tej materii. Oczywiście, mody przychodzą i odchodzą, wystarczy spojrzeć jak kino superbohaterskie wyglądało jakieś dziesięć lat temu a jakim przemysłem jest teraz. Przez te mody ludzie przeoczają naprawdę MASĘ wartościowego kina, co wpływa na ich percepcję kondycji takiego czy innego gatunku. W dobie Internetu dostęp do tego wszystkiego – do informacji, do trailerów, do blogów, do for filmowych – jest tak obezwładniający, że naprawdę nie trzeba za wiele wysiłku, żeby dokopać się do żyły złota. No ale łatwiej jest narzekać, że kiedyś to były filmy, a teraz gówno dla nastolatek. A kto ci każe gościu oglądać gówna dla nastolatek? Właź na portal horrorowy, zerknij na najnowsze recenzje i czerp garściami. Wtedy się okaże, że wbrew pozorom sprawy mają się całkiem nieźle. Trochę nie o tym miałem napisać, więc wspomnę jeszcze w temacie, że seriale oczywiście uwielbiam, chociaż nie tak dawno byłem nastawiony dosyć „anty”, a na nowy sezon „True Detective” czekam podekscytowany jak dziecko.tdgviolence2

Ok, a w takim razie czy jest coś takiego, czego we współczesnym kinie ci brakuje? Ja np. mam niedosyt filmów z pogranicza s-f i horroru.

Słuszna uwaga – nie wiem czy od czasu „Pandorum” w ogóle kojarzę jakikolwiek horror s-f, trochę zapomniany nurt, a szkoda. Widocznie renesans kina s-f nie przewidział miejsca na straszenie w kosmosie. A czego mi brakuje… Brakuje mi w dalszym ciągu kolejnego filmu Xaviera Gensa, który swoim „Divide” po prostu pozamiatał wszystko. Boleśnie odczuwam również brak „Breaking Bad”, lukę po którym częściowo udaje się wypełnić Saulowi. Wiem, że nie o to ci chodziło w pytaniu, ale szczerze mówiąc nie rozpatruję kina pod takim kątem, jestem całkowicie usatysfakcjonowany spokojnym obserwowaniem zmieniających się nurtów i powstających nowych źródełek. Zamiast narzekania po prostu schylam się i czerpie z tego, co jest. A uwierz mi, jest z czego czerpać.

Czekasz na nowego „Mad Maxa”? Zgodzisz się, że nikogo lepszego do tej roli niż Tom Hardy znaleźć się nie da?

Nawet sobie nie wyobrażasz jak bardzo nie mogę się doczekać tego filmu. To będzie coś pięknego, prawdopodobnie ze szczęścia rozpłaczę się w kinie jak bóbr. Chciałbym wierzyć w to, że po ukończeniu trzeciej części Miller przez bite 30 lat knuł kolejną odsłonę, zaszyty gdzieś głęboko w swojej pieczarze pośrodku australijskiego buszu, gdzie nie widziało go ludzkie oko, po czym bez słowa ostrzeżenia wrócił do świata z nowym dzieckiem. Kto wie, może „Mad Max: Fury Road” rozwiąże wszystkie bolączki współczesnego kina, bo okaże się, że po prostu nowych rzeczy kręcić nie warto, ha, ha? W każdym bądź razie podjarę mam wręcz nieludzką. Niestety maraton jedynki, dwójki i „Fury Road” w kinie mnie ominie, bo jutro (22.05) gramy z At The Gates, ale we wtorek stawiam się choćbym miał umrzeć tam na sali. A co do Toma Hardy’ego… Takich kultowych mord nigdy za wiele. Dostał błogosławieństwo samego Mela, więc lepiej wybrać się nie dało. Uwielbiam.

Rozmawiał Bartosz Cieślak

Zdjęcie z próby: kochany basista TDG Marcin Jaworski, zdjęcie live (czarno-białe): Rafał Brzeziński, zdjęcie live (kolorowe):  Maciej Mutwil