ORGANIZM – Outsiderzy do kwadratu

Nie macie czasu na psychoterapeutę? Wasz związek się wali i nie wiecie dlaczego? Żyjecie razem, ale osobno? Jeśli takie pytania nurtują Was od jakiegoś czasu, a terapia nie wchodzi w grę, warto sięgnąć po Plażę Babel i wyjaśnić sobie kilka spraw. A może jeszcze bardziej zagmatwać? Sam nie wiem. Wiem za to, że trzecia płyta stołecznego Organizmu to doskonała, świeża i mocno bijąca w splot słoneczny porcja dźwiękowo – słownych potyczek, wychodzących od indie rocka, by wylądować w miejscu zupełnie nowym, nieoczekiwanym i przez to frapującym. Powoli zbliżamy się do końca roku i nie wątpię, że ta pozycja w zestawieniu się znajdzie, bo nie sposób jej przeoczyć i przejść nad nią do porządku dziennego. Wątpliwości rozwieją dodatkowo i organicznie panowie Tomek Gogolewski (gitary, klawisze) i Jędrek Dąbrowski (śpiew, bas i perkusjonalia).

Na dobry początek – muszę o to zapytać – jaka jest geneza waszej nazwy. Brzmi… fajnie, jest sugestywna, bo organizm to coś tak bardzo nam bliskiego, ale może jeszcze coś więcej? Czy po prostu dobrze brzmiące słowo?

Ale słabe pytanie (śmiech). Liczyliśmy na rozmowę o Freudzie, żartuję… Właściwie dawno o tym nie myśleliśmy. Organizm, samodzielna jednostkaIMG_4226 złożona z różnych elementów… to jest to, co poczuliśmy na pierwszej próbie; graliśmy coś prymitywnego, ale prawie fizycznego, to było coś więcej niż suma składowych. Nazwa zespołu jest bezpośrednim, niewydumanym komunikatem. Gramy z bebechów, organicznie.

Nie będę ukrywał, że w pierwszej kolejności, zanim posłuchałem muzyki, zaczytałem się w tekstach i ze zdumieniem odkryłem, że mogą egzystować jako niezależny byt. Zdajecie sobie sprawę z ich siły?

Tak, pewnie dlatego, że są szczere i bezpośrednie. Ale zdajemy sobie sprawę, że ich intensywność może być dla niektórych wyczerpująca. Dzięki muzyce są łatwiej strawne, lepiej rezonują, niż w formie tomiku poezji.

Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale na własny użytek zatytułowałem je „Opowieści o trudnych relacjach (z kobietami)”. Ile w tym prawdy?

100% trafienia, dobrze ze „kobiety” dałeś w nawiasie – bo chodzi generalnie o związki między dwojgiem ludzi i wszystkie ich odcienie.

Dlaczego zatem jesteśmy na tej „plaży”, niby razem, bawimy się, a jednak – jak w biblijnej opowieści – nie potrafimy się porozumieć?

Chyba dobrze to wszystko zdekodowałeś. Nie wiem… Ta płyta zadaje min. to pytanie, ale nie daje na nie odpowiedzi.

No właśnie – poczułem się trochę nieswojo, bo z tych opowieści wynika, że… w zasadzie nie ma opcji „pozytywnej” i każdy związek tak czy inaczej albo prowadzi na manowce, albo od początku jest oparty na dwuznaczności, żeby nie powiedzieć kłamstwie. Skąd ten, hmmm, pesymizm?

Nie wiem, czy nie ma tam opcji pozytywnej; intensywność przeżywania jest pozytywna, otwarcie, które powoduje , że snujemy tę opowieść, jest pozytywne. Czy hymn niespełnienia, jakim jest „(I can’t get no) satisfaction” jest mało pozytywny?

Może tak, ale przez całą płytę przewija się w tych tekstach – moim zdaniem, oczywiście – taki motyw „razem, ale obok”… Zaczynam się zastanawiać, czy to w jakimś sensie… efekty autopsji?

Cała płyta jest zbiorem sytuacji przeżytych lub zaobserwowanych, obserwowanie ludzi w związkach, bycie w związku to kosmos, wszystko może się tam wydarzyć i wszystko się wydarza.

A co bardziej boli – przeżycie czy obserwacja? Myślicie, że jest wyjście z tej Plaży Babel? A jeśli tak to gdzie?

Można wypłynąć na ocean spokojny, na samotny, nudny rejs.

Ale dwuznacznie, nie dajecie mi odpowiedzi… 

Przejdź z przeżywania na obserwację, pomaga! Pogadajmy o rockowej ekwilibrystyce i aranżacyjnej dezynwolturze.

Outsiderzy do kwadratu

Outsiderzy do kwadratu

Słowo „rock” jest dwuznaczne, w kontekście nowej płyty. Muszę przyznać, że dużo ryzykujecie, wydając płytę „Plaża Babel” w kraju, gdzie rock to głównie piwo i proste, riffowe granie…

Nie wiem za bardzo, co ryzykujemy? Nie ma u nas kalkulacji i określania targetu geograficznie i gustowo.

A jednak skok ewolucyjny z „Koniec Początek…” na „Plażę” mnie zaskoczył. Gdzie i co się stało, że tak bardzo weszliście w syntetyczne dźwięki. Toż to niemal taka sama wolta jak z „An End Has A Start” na „In This Light and on this Evening”…

To naturalny proces rozwoju, szukania nowych środków i zwykłej ciekawości, zrzuciliśmy zrogowaciałą skórę, aby odkryć co jest pod spodem. Nie mieliśmy żadnych założeń, ani dogmatów, szukaliśmy nowych rzeczy, żeby siebie wyrazić i nie zjadać własnego ogona.

Przerzucenie się z muzyki gitarowej na terytorium, które mógłbym nazwać „synth rockiem”, musiało być pracochłonne. Co sprawiło większe problemy – wymiana instrumentarium, poszukiwanie nowych „zabawek”, czy raczej zmiana w Waszych głowach?

Ten synth rock brzmi groźnie (śmiech). Myślę, że nadal gramy po prostu muzykę alternatywną, tylko do naszego instrumentarium (git/bas/perk) dorzuciliśmy syntezator Mooga i trochę zsamplowanych bitów, ale chyba nie przeszliśmy zupełnie na “synth-rockową stronę mocy”… Nie myślę o tym w kategorii pracochłonności, to było jak wyprawa i przygoda, tym bardziej nic nie trzeba było zmieniać w naszych głowach, gdzie ta ciekawość była od zawsze. Kuba (perkusja) zaczął przynosić kolejne, elektroniczne rzeczy i wplatać je w nasze jammowanie, drum maszyny uwolniły jego ręce i pozwoliły mu zająć się dodatkowymi warstwami, do grania na klawiszach podeszliśmy intuicyjnie, bez żadnego przygotowania, w sumie… jak dzieci. Dużo z tych elektronicznych, czy syntetycznych rzeczy zastąpiło tradycyjną sekcję rytmiczną, ale zawsze priorytetem była piosenka, nastrój, czy to co robimy służy piosence. Zamiast myślenia w kategorii np. zaspokojenia ego gitarzysty – myślenie o utworach w kategoriach brzmienia, tekstur, faktur.

Jak przebiegał proces tych zmian? Powolne eksperymenty, czy raczej gwałtowny „wrzut na głęboką wodę”? Jak na nowej płycie wygląda podział zespołowych ról, czy tu się coś zmieniło?

Wciągnęło nas to już na drugiej płycie. „Plażę Babel” przygotowywaliśmy bardzo długo w sali prób, nagrywaliśmy pomysły, słuchaliśmy ich i wybieraliśmy rzeczy, które mają jakąś energię, rezonują i tylko nad nimi pracowaliśmy. Jeśli chodzi o role, to przede wszystkim Kuba dołączył do perkusji drum-maszyny, mooga, sampler i nowe utwory w dużej mierze oparły się na strukturach tworzonych przez niego. Gog od dawna nie gra riffów, nie podciągnął struny ani razu na płycie (śmiech), gitara w wielu miejscach nie brzmi jak gitara, tylko gra drony i tekstury… Spora wolta, bo na pierwszej płycie byliśmy triem grającym hałaśliwy i intensywny post-punk.

By w pewnym sensie zrozumieć zmiany, jakim podlegała muzyka Organizmu, trzeba rzucić okiem na wkładkę płyty i zobaczyć, że producentem był Marcin Bors. Jesteście kolejnym zespołem, który poddaje się jego magicznej ręce i wychodzi z tego nowa jakość. Czy obyło się bez bólu? Jaka jest jego rola w uzyskaniu takiego jak na „Plaża Babel” poziomu zmian?

Zacznijmy od tego, że Marcin ma nową ksywkę: „Big Lebowski” (śmiech). Po drugie: to pytanie już jakiś rok temu sam Marcin nam wywróżył, mówiąc „Zobaczycie, i tak powiedzą, że to Bors z Was zrobił elektroniczny zespół”. Prawda jest taka, że weszliśmy do studia z gotowym materiałem, na naszych demówkach nagrywanych na ajfona była cała ta elektronika i nikt nie zamieniał gitar na syntezatory. Było to blade i wymagało często czarodziejskiej różczki, przesunięcia akcentu, wyeksponowania czegoś, zmiany tempa, dekompozycji, ale nie aranżowaliśmy niczego od nowa. Marcin sprawił, że to wszystko zabrzmiało, że mieliśmy gdzie szukać brzmień, które wstępnie ukręciliśmy w sali prób. A przede wszystkim uwierzył w ten materiał i wkręcił się w tę płytę ponad miarę, potrafił siedzieć i szukać soundu wiele godzin po tym jak my już padliśmy. Mimo bardzo wielu kłopotów, muzycznie, ten czas był bardzo owocny.

Czy był taki moment, kiedy zaczęliście się tych zmian bać, na zasadzie, „czy nie idziemy za daleko”?

Nie przypominam sobie takich obaw. Jak jesteś autorem tych zmian i słyszysz, że piosenka zyskuje, to przeważa uczucie ekscytacji, nie obawy. Mieliśmy super lot w tym studio i sama ta sytuacja, że nagrywamy pierwszy raz płytę z producentem, który na równi z nami angażuje się w naszą muzykę była mega fajna i inspirująca.Grafika

Płyta jest dość mroczna i można zauważyć tu pewne skłonności w stronę Interpol czy Editors, że o Joy Division nie wspomnę. To moje wyznaczniki, a jeśli Wy mielibyście określić, co wpłynęło na muzykę z „Plaży…”, na co byście postawili?

Szczerze powiedziawszy, dla nas dwa pierwsze zespoły, które wymieniłeś, to fascynacja sprzed pierwszej płyty, czyli dość odległa sprawa. Nie słuchałem ich od wieków, a patenty, które wymyślili są tak charakterystyczne, że stają się wręcz wysepkami do omijania na drodze. Nic nie wpłynęło bezpośrednio, pierwszy raz nie przywieźliśmy żadnych płyt do studia, aby rozmawiać o brzmieniu lub inspiracjach. Mam wrażenie, że rzeczy, których słuchaliśmy były WYNIKIEM poszukiwania brzmienia i struktur, a nie punktem wyjścia. Ja (Gog) jakbym miał wskazać (na siłę) jakieś płyty, o których myślałem i słuchałem w kwestiach gitary, to byłyby to U2 „Achtung Baby”, The Invisible „Rispah” i pewnie coś (sic!) Dire Straits. Szukaliśmy detali, np. to jak David Bowie “degenerował” brzmienie swojego głosu w jakiejś piosence albo jak został nagrany moog w BEAK. W studio słuchaliśmy Abby, reggae i jakichś wykręconych składów z biblioteczki Borsa, chyba po to aby się odkleić od sprawdzonych patentów.

Ciekawie wygląda sytuacja Organizmu w kontekście polskiej sceny, bo tak po prawdzie, nigdzie nie pasujecie. Czujecie się jej częścią?

Czujemy się częścią pewnej, szczęśliwie wcale niemałej, grupy ludzi, którym chce się “coś robić”, pomimo niesprzyjających warunków promocyjnych i finansowych. Ale chyba trudno mówić o istnieniu jakiejś sceny. Fakt jest jednak taki, że “nigdzie nie pasujemy” bo będąc obok mód i nurtów… zostaliśmy outsider’ami do kwadratu (śmiech).

Nie chcę wyjść na ignoranta, ale dotychczasowa działalność zespołu Organizm nie była zauważalna na takim, powiedzmy, poziomie „radiowo-promocyjnym”, sięgającym poza klubowe granie. Myślicie, że wraz z nową płytą jest szansa, by przeskoczyć kolejne szczebelki, czy może nie zależy Wam na tzw. karierze?

To nie ignoranctwo, jesteśmy raczej niewidzialni. To jest nasza najlepsza, najlepiej zrobiona i myślę, że najbardziej intensywna i jednocześnie przystępna płyta, jednak chyba wiele osób nie wie z czym ją zjeść. Wszystko w naszej działalności dzieje się „małymi kroczkami”, więc liczymy na góra jeden szczebelek.

Płyta ma świetną, symboliczną okładkę – czyj to pomysł i aranżacja?

Długo szukaliśmy zdjęcia lub grafiki, która by była kontrapunktem do emocji które są na płycie, która też by trochę prowokowała do rozszyfrowywania tytułu płyty. Zgromadziliśmy masę zdjęć, które krążyły wokół tematu, podobały nam się fotki Liny Scheynius i Kostisa Fokasa, z którym się nawet skontaktowaliśmy. W pewnym momencie trafiliśmy na zdjęcie Przemka Dzienisa, które wygrało prostotą, kolorem, otwartością na interpretację. Spotkaliśmy się z Przemkiem pod mostem Poniatowskiego i okazało się, że nadajemy na podobnych falach.image2

W Polsce coraz lepiej poczyna sobie tzw. scena indie – czujecie się z nią związani, czy raczej jak ognia unikacie szufladkowania?

Nie jesteśmy na bieżąco, ale też niespecjalnie dostrzegamy takie zjawisko. Wiele osób działa muzycznie i robi fajne rzeczy, ale trudno mówić o scenie, nurcie lub fali, trudno wyodrębnić cechy wspólne. Powiedziałbym, że należymy do grupy wariatów, którym “chce się coś robić” bez względu na wszelkie przeciwności.

Czym dla takiego zespołu jak Organizm jest „sukces” – czymś mitycznym czy konkretnymi, realnymi odnośnikami?

Sukcesem dla zespołu Organizm jest to, że istnieje, że się przyjaźnimy i potrzebujemy wspólnie granej muzyki, bez względu na okoliczności.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Mateusz Siwek