OCTOPUSSY – Jak w westernie

Trójmiejskie Octopussy po czterech latach wraca nową płytą. „Dwarfs & Giants” to propozycja nieco bardziej stonowana, a może – dojrzalsza niż debiut, ale i tak znajdziemy na niej sporą dawkę energii. Bardzo mi to pasuje, bo po dziurki w nosie mam już te wszystkie rozwleczone na siłę instrumentalne jamy, których słuchanie ma sens tylko w odmiennych stanach świadomości. Cóż, przejadła mi się taka muzyka – teraz w stonerze szukam głównie tzw. wpierdolu, energicznego groove’u. I na nowej płycie Octopussy go dostałem. O „Dwarf & Giants” rozmawiam z Konradem Ciesielskim. 

Skąd Octopussy  to wiadomo, „Birdman” to, jak zgaduję, nawiązanie do głośnego filmu Iñárritu. Jest na nowej płycie więcej filmowych nawiązań?

Tak, masz rację, sądzę że film był sam w sobie tak charakterystyczny, że każdemu przyjdzie to porównanie do głowy. Tekst utwory inspirowany był filmem z Michaelem Keatonem i był to jedyny przypadek, kiedy tytuł wyprzedził tekst. Późniejsze teksty na płytę powstały na podstawie obserwacji Jana (naszego nowego wokalisty) problemów otaczającej nas rzeczywistości, a on sam już powoli zaczyna kombinować, aby nowe utwory oprzeć na koncepcie inspirowanymKonrad filmami Scorsese. Więc te filmy coś nas się same trzymają.

„Krasnoludki i Giganty” – o co chodzi z tym tytułem? Chodziło o zestawienie dwóch zupełnie przeciwstawnych rzeczy?

Tak. Co ważne, więcej odpowiedzi znajduje się w tekstach. Ale dosyć zabawne jest to, że tytuł nawiązuje do naszego zespołu, a nawet mógłbym stwierdzić, że to jego krótki opis. Pomimo różnicy wzrostu to jesteśmy sześcioosobowym zestawem zupełnie przeciwstawnych rzeczy.

Co to za jegomość na okładce?

Jest to postać stworzona przez naszego mega zioma Olka Olka, który jest malarzem, graficiarzem, tatuażystą. My uwielbiamy jego prace, on lubi nasza muzykę. A postać nazwaliśmy „Dziadem”, który może być równocześnie krasnalem albo gigantem. Ten Dziad jest z pozoru bardzo wyluzowany, ale można u niego dostrzec pewną łezkę, jest to dla mnie również przeciwstawne jak karły i giganty.

Pierwsze, co rzuciło mi się w uszy podczas słuchania „Dwarfs&Giants” to mniej rock’n’rolla w porównaniu do debiutanckiej płyty (i miej Clutch!). Chcieliście trochę odświeżyć formułę wraz z drobnymi przetasowaniami w składzie?

W sumie to chcieliśmy nagrać podobną płytę do poprzedniej, ale nam nie wyszło (śmiech). A tak na poważnie, to ludzie determinują muzykę, a ludzie w zespole się zmienili, doszli nowi. To co później powstaje, to wszystko wychodzi naturalnie. Nadal to jest rock’n’roll, ale z podtekstem.

 Jak w westernie

Jak w westernie

W jakim miejscu, jako zespół, teraz jesteście? Czy nowy album będzie swego rodzaju nowym otwarciem?

Zawsze wierzyłem, że nowa płyta rozpoczyna nowy etap w życiu zespołu. Jak już pewnie zauważyłeś działamy raczej powoli. Nie jesteśmy maszyną marketingową, a raczej paczką fajnych kumpli. Ale tym razem pomaga nam nasz bliski przyjaciel Piotr Ochociński, który też stał się częścią zespołu. On też zaczął nam bookować  pierwsze koncerty na wiosnę, więc mam nadzieję, że ta paczka kumpli pojeździ trochę nie tylko po Polsce pokazując jak bardzo lubimy grać.

Spoglądając na „Octopussy” z dzisiejszej perspektywy, zmienilibyście w niej coś? A może wyciągnęliście z tej płyty (czy to z procesu nagrywania, czy to z samej muzyki) jakieś ważne wnioski, dzięki którym poprawiliście, lub zmodyfikowaliście to i owo na nowym krążku?

W procesie twórczym wiele razy przyszło nam do głowy, że pierwszy album jest inny, może lepszy. Potem te myśli minęły. Tak w ogóle to chyba też chodzi o to, aby nie patrzeć za siebie. To był zupełnie inny okres, byliśmy też innymi ludźmi. Wtedy zamknęliśmy się na trzy dni w sali prób i nagraliśmy płytę. „Dwars & Giants” jest płytą już bardziej wycyckaną, wychuchaną. Rodzice chyba inaczej wychowują pierwsze i drugie dziecko.

Nie ukrywam, że moim ulubionym numerem z nowej płyty jest „Future Western”. Skąd pomysł na 10-minutowy numer? Jak powstawał ten kawałek? Nigdy wcześniej niczego takiego nie nagraliście.

Zapaliliśmy wspólnie jointa i jamowaliśmy.

okładka

OCTOPUSSY Dwarfs&Giants  Będąc jednym z pięciu miliardów stonerowych zespołów stajesz przed niezwykle trudnym zadaniem – musisz się jakoś wyróżnić z tłumu. Musisz wymyślić coś swojego, wyjątkowo zgrabnie zagrać na sentymentach, albo połączyć jedno z drugim w taki sposób, aby subskrybent Stoner Meadow Of Doom słuchając kolejnej wariacji riffu ze „Snowblind” miał wrażenie, że otwierasz przed nim zupełnie nowy, dźwiękowy wszechświat. Sztuka taka udaje się nielicznym. Cóż, Octopussy to nie jest nowy Kyuss, ani też nowy Clutch. Nie będą objawieniem na stonerowej scenie i nie zrobią na niej rewolucji (przynajmniej tą płytą, później – kto wie). Niemniej jednak uważam, że potrafią uderzyć w odpowiednią strunę tak, że każdemu, kto lubi brudne, bluesowo/hardrockowo/rock’n’rollowe klimaty, krew zacznie płynąć szybciej. Ma ta muzyka niesamowity groove, a to jest coś czego wypracować nie sposób. To trzeba czuć. Oprócz energii, jest w tej muzyce coś filmowego. Wystarczy posłuchać ostatniego na płycie, zrobionego z rozmachem „Future Western”, w którym Octopussy rysuje nam surowy, pustynny krajobraz. Jest tam fajne napięcie, kapitalne bębny i kawał riffu (znowu, groove!). O, i to jest ten numer, który niby wydaje ci się oczywisty i banalnie prosty (że też nikt go wcześniej nie nagrał!), a mimo to słuchasz go z otwartymi ustami. Chociażby dla tego numery warto posłuchać „Dwarfs & Giants”, chociaż – ogólnie też warto. Jak to teraz mówią: bdb płyta.

Swoją drogą, „Future Western” to numer, który aż prosi się o jakieś video. Idealnie słuchałoby się go w towarzystwie krótkiego filmu; to muzyka tła, ale dużo ma zwrotów akcji i dramaturgii.

Cieszę się, że tak myślisz. Uwielbiam muzykę filmową i muzykę drogi. Uwielbiam również wyobrażać sobie różne rzeczy słuchając muzyki. Jeżeli nie zrobimy do tego kawałka obrazu, to na pewno będziemy namawiać ludzi, aby zamykali oczy słuchając go i puszczali wodze wyobraźni.

Śledzicie na bieżąco stonerowo i okołostonerowe nowości pojawiające się na Stoner Meadow Of Doom czy też na Bandcampie, czy może czujecie już delikatny przesyt takim graniem?

Zauważyłem, że stoner ma swoje drugie życie. My tak naprawdę nigdy nie byliśmy zespołem stonerowym. Z jednej strony uwielbiam tą muzykę, z drugiej zaś zauważyłem, że ilość kapel z tego gatunku rośnie jak trwa po deszczu, więc ja osobiście przestałem śledzić. My jako zespół inspirujemy się zupełnie innymi, przeciwstawnymi gatunkami.

W jakim miejscu jest teraz polska scena okołostonerowa? Cały czas najlepsze dopiero przed nią czy może jest dobrze, ale lepiej już nie będzie?

Nie wiem, czy jestem osobą wystarczająco kompetentną, aby to ocenić – przestałem śledzić zjawisko „okołostonerowe”. Ale nazwy kapel takich jak: Belzebong, Sunnata, Dopelord, Sautrus,czy Red Scalp (i oczywiście wiele innych) wzbudzają poruszenie. Zobaczymy, co przyniesie nam drugie życie stonera: czy świeżość nowych pomysłów, czy przemielone riffy rodem z Black Sabbath.band 2

Nowa płyta = koncerty, a co za tym idzie trasy, krótsze bądź dłuższe. Jak to znosicie? Wiadomo, że warunki nie zawsze są komfortowe…

Często liczy się droga, a nie cel. Jako, że lubimy ze sobą spędzać czas, również poza graniem w zespole, to wyjazdy są świetną  okazją do spędzenia razem chwil poza salą prób. Nie zwracamy wtedy uwagi na warunki. No, może jedynie wtedy, kiedy komuś doskwiera ból głowy (śmiech).

Co najbardziej pociąga Was w tym całym muzykowaniu? Kiedy czujecie największy przypływ adrenaliny? Podczas koncertów, grania prób, nagrywania w studio czy może w innej jeszcze sytuacji?

Zacznę od początku. Kiedy podczas tworzenia muzyki na próbie zaczyna coś wychodzić, kiedy zaczynają się kleić dźwięki, to każdemu z nas rozszerzają się źrenice. To można przyrównać do podniecenia się. Tez stan potrafi trzymać do momentu kiedy wracasz do domu i z niecierpliwością chcesz odsłuchać nagranie z tym co przed chwilą powstawało. Później jest czas na zarejestrowanie tego w studio, kiedy człowiek wchodzi do innego świata, zamyka się przed tym, co na zewnątrz. A na koncercie kiedy już można podzielić się tym z innymi, daje to niezłego kopa. To jest stan, który można porównać do haju, euforii, a czasem w zależności jak bardzo udany jest koncert do ekstazy. Oj, bardzo lubimy grać.

Jakie macie plany – krótko i długoterminowe?

Chcemy jak najwięcej grać koncertów. Pierwsze koncerty zaplanowane są wiosnę 2018. Zaczęliśmy tez pracę nad ep-ką. Chcemy odlecieć w trochę inne klimaty, możliwe że będą one bliższe „Future Western”. Ale to wszystko pokaże jak bardzo „podniecimy się” na próbach (śmiech).

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcia: Oskar Szramka