OCN – Nie mogłem czekać

Zmiany są dobre a nawet konieczne. Przykładem niech będzie OCN, który wraz ze swoją nową płytą powraca do krajowego narzecza, bliżej polskiej piosenki i z zupełnie nowym składem. Przy czym robi to z rozmachem i pewnością siebie. Bo od  dawna jest wytrawnym graczem na krajowej scenie. W nowej odsłonie znowu bliżej piosenek, a polski język daje odczuć, że ten materiał to bardzo osobista wypowiedź szefa zespołu, Maćka Wasio na temat nie tylko muzyki, ale – jakkolwiek by to nie zabrzmiało – życia. Które nie zawsze jest łatwe i przyjemne. Dlatego też na płycie  Demon i karzeł kotłują się bardzo różne emocje.  Cieszymy się, że OCN znowu jest z nami, znowu w siodle i jednocześnie zapraszamy na pogawędkę ze sprawcą całego zamieszania. 

Na początek banalnie – czujesz adrenalinę, związaną z wydaniem nowej płyty?

Po koncercie premierowym już mniej, ale nie ukrywam, że kiedy dotarły do nas płyty, miałem ciary jak 15 -latek. Od poniedziałku zaczynamy kolejną turę pressu oraz powoli szykujemy się do trasy…

„Waterfall” miał być przełomem – kontrakt międzynarodowy, płyta po angielsku, Sziget Festival, kariera. I…. co nie zatrybiło? Pamiętam, że podczas naszego ostatniego wywiadu powiedziałeś „W każdym razie jesteśmy gotowi, by się zaprezentować…”. Gdzie się sprawa załamała??!

Nigdzie… Musiałem nagrać tę płytę po polsku z potrzeby serca. Wszelkie kalkulacje i strategie mnie średnio interesowały. Jeżeli natomiast pojawi się ciśnienie na angielską wersję „Demona” to zawsze możemy takową nagrać.

Dzisiejszy OCN jawi się jako zespół „zbudowany od nowa”. Jest nowy skład, bardziej – w stosunku do „Waterfall” – bezpośrednia muzyka. Dla mnie to taki powrót do fascynacji prostymi, prosto z serca piosenkami – czy tak należy traktować nową płytę?

Ta płyta powstała w tak bezwarunkowy sposób, że ciężko mi tu o obiektywizm. Prosto z serca na bank powstały teksty. Co do muzyki, to z jednej strony mamy tutaj surowość pokazaną już na „Waterfall”, a z drugiej strony piosenki subtelne jak nigdy dotąd. W końcu pojawiły się instrumenty jak dotąd dla nas obce, takie jak smyki, fortepian i inne klawisze oraz żywa sekcja dęta. Za wszystkie te wariacje odpowiada Tomek Kasiukiewicz.

Właśnie, dotknąłeś rzeczy, która mnie od razu zaintrygowała – teksty świadczą o tym, że musiałeś chyba bardzo dużo ciężkich chwil przeżyć. Z jednej strony jest w nich jakaś walka z wewnętrznym „ja” ale też dużo złości i żółci wylewanej na nasz dziwny świat, zagonione życie i syf, który musimy znosić. Co było takim impulsem, do powstanie takiej płyty, którą zaczynam traktować niemal jak twoją autoterapię?

Z czasem okazało się, że najprawdopodobniej depresja. Na całe szczęście, dzięki muzyce i tej płycie udało się przez to przejść bez wsparcia medykamentów czy innych działań terapeutycznych. Stąd kwestie strategii, podboju świata i tym podobnych nie miały dla mnie absolutnie żadnego znaczenia, po prostu musiałem to z siebie wyrzygać…

Są tu też teksty mocno walące we współczesną korpo-mentalność szczura – „Wyścigowe psy”. Czy można to rozumieć jako komentarz współczesnej, młodej klasy średniej? Nienawidzisz, czy współczujesz?

Przeżyłem to wszystko, więc raczej o tym opowiadam. Każdy powinien samemu wyciągnąć z tego wnioski.

A może trzeba przestrzegać i uczyć? Polska to dzisiaj szybko rozwijający się, ciekawy kraj, ale jednocześnie strasznie zagubiony. To szukanie własnego „ja” przegrywa z nienaturalnym pędem, który łatwo przeradza się w autodestrukcję…

Hmm, daleko mi chyba to pozycji mentorskiej. Mogę tylko ze swojego doświadczenia powiedzieć, że jest inna droga, a życie bez kredytu na 300m dom pod Warszawą może być dużo fajniejsze.

nie mogłem czekać

nie mogłem czekać

Choć jednak ten „dom” jest najważniejszy, bo w opozycji do tego tekstu, jest właśnie „DOM”, czyli miejsce, do którego chcemy uciec. Na ile mityczne a na ile realne?

Nie śpiewam tutaj o domu w sensie fizycznym. To coś więcej niż tych kilka ścian. To raczej stan ducha i poczucie bezpieczeństwa.

Czy dzisiaj możesz powiedzieć, że taki „stan ducha” posiadasz? Jest równowaga i spokój?

Tak. Wszystko w normie! Plus zdrowy balans między muzyką a poszukiwaniem idealnej fali.

Wracając do depresji – muszę przyznać, że staje się ona czymś w rodzaju choroby cywilizacyjnej. I ktoś kto patrzy z zewnątrz na OCN może powiedzieć: jak to, zespół, kontrakt, koncerty, „fejm”… Czy to nadmiar bodźców? Sam się na tym łapię, że ciągła gonitwa, od zespołów do pisania, ciągłe życie „na adrenalinie” zaczyna źle działać. i choć to lubisz, zaczyna uwierać jak za ciasny but…

Hmmm, ciężko mi stwierdzić co było przyczyną, faktycznie konkretnych fuckupów brak. Może to się łapie jak grypę? Nie wiem i niespecjalnie chcę się w to zagłębiać. Fajnie mieć wspomniane antidotum w postaci muzyki. Bez tego byłoby słabo.

Jesteś bardzo szczery. Można zatem przyjąć, że wszystko co się wydarzyło w związku z nową płytą, było takim postawieniem wszystkiego na jedna kartę. Nie bałeś się, że taki zwrot może spowodować wyrzucenie OCN poza nawias?

Praktycznie tak się stało. W kilku znaczących punktach złamałem nasz kontrakt. Na całe szczęście, po przesłuchaniu płyty, nasz wydawca uwierzył mocno w tę decyzję. Co śmieszniejsze, zaowocowało to jeszcze fajniejszą współpracą i warunkami. Nie ukrywam, że dodało to nam skrzydeł.

W tym kontekście także zmiana muzyków była rzeczą istotną i pewnie trudną. Konieczną? Traumatyczną? Był strach czy ulga? W małżeństwie często mówi się o terapii, o tym, że małżonkowie powinni o siebie walczyć. Ty „walczyłeś” o swoich starych muzyków, czy był definitywny rozwód bez orzekania o winie?

Bardzo mi zależało na utrzymaniu składu w niezmienionej formie. Niestety, nie było to możliwe. Ten materiał wymagał od wszystkich dużego zaangażowania, a z przyczyn emocjonalno – technicznych nie mogłem na takie liczyć. Jeszcze w Oceanie spędziliśmy ze sobą niemal 10 lat i coś się najwyraźniej w nas wypaliło. Możliwe, że to była kwestia zgrania w czasie chwilowego kryzysu z moimi potrzebami wyrażenia siebie. Może ten kryzys by minął, ja natomiast nie mogłem czekać.

Niecierpliwy dostaje mniej? Jest w tym wszystkim co mówisz strasznie dużo emocji, takiego bardzo uczuciowego podejścia do działania. A przecież zespół to machina wymagająca precyzyjnego zarządzania. Da się to pogodzić?

Jak wspominałem, tutaj nie było zastanawiania się i rozważań. Ta płyta musiała powstać w takim czasie i takiej formie.

Nowi muzycy/koledzy są odpowiedzią na Twoje potrzeby? Muzycznie – słychać wszystko, ale chodzi mi raczej o sprawy mentalne, duchowe?

Z Radkiem (bębny) znamy się od 15 roku życia, razem stawialiśmy pierwsze kroki i w fazie teoretycznej zakładaliśmy Ocean. Na ostatnich trasach zastępował Bolka, który wybrał inne obowiązki koncertowe. Z Mihem znamy się bardzo długo i od jakiegoś czasu przy każdym spotkaniu rozmawialiśmy o wspólnym projekcie. Sytuacja więc sama się poukładała.

Radek jest uznanym pałkerem sesyjnym. Nie obawiasz się, że może brakować mu czasu na 100% zaangażowanie?

W fazie pracy nad płytą, jego zaangażowanie znacznie przekroczyło 100%. Jestem przygotowany na wykorzystanie tych nadwyżek w okresie koncertowym i pewnie pojawią się sytuacje, w których potrzeby będzie zastępca. Robimy natomiast wszystko, aby sytuacje te były marginalne.

To skaczemy na inny kwiatek. Poprzednie płyty powstały przy udziale producenta zza wielkiej wody. Dzisiaj Ty sam postanowiłeś współprodukować płytę. Chodziło o jeszcze większą kontrolę na swoim materiałem? Poczułeś się pewnie, czy to po prostu kolejny „czelendź”?

Bardzo intensywnie pracowaliśmy nad tą płytą jeszcze przed wejściem do studia. Powstało 36 piosenek, z czego chyba 20 zostało rzetelnie zarejestrowanych w wersji demo. Po tym wszystkim Radek i Michał namówili mnie, by nie brać producenta z zewnątrz, tylko w pełni oddać to jak ten zespół aktualnie brzmi. Bez koloryzowania, które przy pracy z tak znakomitymi producentami zawsze ma miejsce.OCN_Fot. Roland Okoń  (13)

No to pokonałeś Powell’a, bo „Demon i karzeł” brzmi lepiej a na pewno bardziej naturalnie. Czy stając „po drugiej stronie konsolety”, byłeś w stanie zdobyć się na obiektywizm?

Trochę nie było takiej potrzeby. Wszystkie instrumenty brzmiały bez niczego na tylko dobrze, że odwaga polegała na ich nie ruszaniu. To samo dotyczyło miksów do których usiadłem z Jakiem Miłaszewskim. Warto też zaznaczyć, że bez olbrzymiej nauki którą otrzymałem od Vance’a, nigdy nie miałbym takiej świadomości jak teraz. Nie chodzi tu kompletnie o kwestie techniczne, ale o to czym jest muzyka i co w niej jest najważniejsze.

Obserwuję karierę Twojego zespołu w zasadzie od „Depresyjnych piosenek o niczym” i zastanawiam się, które momenty i płyty są z dzisiejszego punktu widzenia szczególnie ci bliskie?

Ciężko mi to tak zdecydowanie rozgraniczyć. Każda płyta jest wizytówką konkretnego momentu w moim życiu. „Depresyjne” to bardzo dopracowany i ważny dla mnie album. Muszę zaznaczyć moment, w którym zaczęliśmy grać jako trio bo to całkowicie odmieniło ten zespół i doprowadziło do skrócenia nazwy. Dla mnie powstała wówczas esencja tego co chciałem zawsze w muzyce wyrazić.

Gdyby „Demon…” miał być ostatnim albumem OCN, byłbyś zadowolony/spełniony?

Tak.

A propos „Depresyjnych…”, czytałem, że jest problem z ew. wznowieniem?

W końcu, po latach firma Sony zdecydowała się na edycję cyfrową tego wydawnictwa. Przez lata był to biały kruk.

A skoro przy reedycjach jesteśmy – może „Waterfall” w polskojęzycznej wersji? Kiedyś wspominałeś o takiej możliwości…

Singla już mamy w wersji polskiej, czas pokaże czy pokusimy się o coś więcej.

Dobra, nie będę więcej męczył. Na koniec zdradź mi… nie, nie co będzie w przyszłości bo każdy może sprawdzić fejsa. Odpowiedz na ważne pytanie: przyjąć uchodźców, czy nie?

Przyjąć każdego kto realnie potrzebuje pomocy i będzie gotowy respektować normy i zasady panujące w miejscu, w którym decyduje się mieszkać, bez ukrytej koncepcji narzucania własnych.

I tym wesołym akcentem kończymy i zapraszamy do lektury nowej płyty OCN. Dzięki!

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: Roland Okoń