OCN – gramy siebie

Śledzę karierę Ocean niemal od samego początku. Pamiętam kąśliwe uwagi kolegów, dla których wrocławska grupa była niezbyt udaną kopią amerykańskich zespołów rockowych, w dodatku skazaną na szybki koniec. Tymczasem Ocean dorobił się już szóstej płyty, ciągle idzie do przodu i właśnie teraz jest silny jak nigdy. Zredukowany do tria, z nazwą skróconą do OCN, przygotowuje się do promocji „Waterfall”, płyty, która jest… inna. Nie tak agresywna jak „Wojna Świn”, mocno psychodeliczna i… światowa, cokolwiek to może znaczyć. Zresztą, zespół nie ukrywa, że tym razem liczy na bardziej międzynarodową karierę. Jest zdeterminowany, ma potencjał i coś, co jest chyba w tym fachu najważniejsze – hart, który zdobywali, działając przez lata na tym niezbyt przyjaznym, trudnym rynku muzycznym. Są gotowi. My jesteśmy gotowi na „Waterfall”. Zapraszamy na rozmowę z liderem zespołu, Maćkiem Wasio. 

 

 

Jesteśmy gotowi, świadomi swoich możliwości i wyrobiliśmy swój własny styl. Nie musimy kombinować z poszukiwaniami, bo gramy siebie…”

Kiedyś, dawno temu, napisałem, że Ocean należy do zespołów, zaludniających tzw. szarą strefę, gdzie egzystują formacje nie związane z żadną sceną muzyczną. Wyraziłem w ten sposób obawy co do powodzenia ich misji. To było gdzieś na poziomie płyty „Depresyjne piosenki o niczym”. Od tamtej pory minęło wiele lat, Ocean nagrywał płyty i wcale nie zamierzał składać broni. Kolejne krążki i wydawcy umacniały zespół aż do „Wojny Świn”, która okazała się najlepszym dotychczasowym osiągnięciem wrocławian. „To był przełom – wspomina Maciek – ta płyta otworzyła nam oczy, na piosenki, na nowy sposób nagrywania. Nagrywaliśmy ten krążek na żywo i to było zupełnie nowe doświadczenie. Producent płyty – Vance Powell namawiał nas na wydanie wersji anglojęzycznej i pewnie do tego doszłoby, gdyby nie zmiany w zespole, chodzi o odejście Michała Grymuzy. Nagrywanie w innym składzie nowej wersji płyty wydawało się nam bez sensu. To był dla nas ważny moment, bo dotychczas zawszegramy siebie funkcjonowaliśmy w układzie gitara plus wokal. Zastanawiałem się na znalezieniem gitarzysty, jednak reszta nie wyobrażała sobie innego układu niż trio, ze mną podwójnej roli gitarzysty i wokalisty. Przearanżowaliśmy nasze piosenki, z wydatnym udziałem naszego basisty, który znakomicie wypełnił powstałą lukę; on traktuje bas nie tylko jako instrument rytmiczny, ale przede wszystkim melodyczny. W ten sposób narodziła się nowa jakość. Konsekwencją jest nowa płyta „Waterfall”. Materiał z piosenkami i nowa filozofia…”.

Co zostało uwiecznione zmianą nazwy na OCN. Rzecz ryzykowna, bo porzucenie wypromowanej w pocie czoła marki to rzecz odważna, albo…  Właśnie. Co dopowiedzenia mają sami zainteresowani? Czy chodzi o spontaniczny odruch, czy może o bardziej formalne, prawne kwestie? „To skomplikowane – wyjaśnia Maciek – dla nas to podkreślenie nowego rozdziału. Po raz pierwszy nagrywaliśmy jako trio, otworzyliśmy sobie nowe drzwi, teraz nieco inaczej się nam pracuje, czujemy, że to układ idealny. Poza tym – masz rację, chodzi też o sprawy formalne. Nagraliśmy płytę anglojęzyczną, mamy kontrakt z międzynarodową wytwórnią a Oceanów jest całe mnóstwo, w samych Niemczech są chyba ze cztery zespoły o tej nazwie. Nie chcemy wozić drewna do lasu, zresztą, ta nazwa powstała dawno temu, z biegiem czasu doszedłem do wniosku, że jest najgorsza z wszystkich możliwych”. Naturalną konsekwencją wszystkich działań zespołu jest też fakt, że „Waterfall” to pierwsza w pełni angielska płyta. Nasuwa się w tym miejscu pytanie, czy dostaniemy także wersję polskojęzyczną – „Cóż, rozmawialiśmy o tym – komentuje wokalista – padły nawet jakieś propozycje ze strony wytwórni, jednak teraz będziemy skupiać się na promocji płyty anglojęzycznej i traktujemy to jako początek pewnej, nowej sytuacji a nie jako kaprys. Oczywiście, gdzieś tam z tyłu głowy ciągle tkwi nam taki pomysł, ale powrócimy do tego raczej w przyszłym roku”. Muzyczna droga OCN zawiodła go wraz z nową płytą za wielką wodę. „Waterfall” jest wyraźnym świadectwem ukłonu, jaki zespół robi w stronę Ameryki, począwszy od kompozycji, brzmienia, na tekstach skończywszy. Czy faktycznie zamysłem Maćka i kolegów był taki zwrot czy to raczej przypadek lub naturalna konsekwencja muzycznych poszukiwań – „Nie zastanawiałem się nad tym – przyznaje Maciek – poza językiem, muzyczna koncepcja niewiele się zmieniła. Może właśnie język takie posądzenia prowokuje, ręka producenta, bo musimy pamiętać, że Vance odcisnął swoje piętno na płycie. Ale muszę też przyznać, że to dla mnie komplement, bo to znaczy, że stworzyliśmy pewną całość, dopracowaną i przekonującą płytę”.

 gramy siebie

gramy siebie

Znajduje się też na niej chyba największy na razie przebój zespołu, który staje się dla OCN przepustką do nowego świata. Mowa oczywiście o utworze tytułowym, który nie tracąc nic z typowej dla zespołu, charakterystycznej, rockowej psychodelii, nosi w sobie całe pokłady nienachalnej przebojowości. Maciek – „Pamiętam, że kiedy napisałem ten kawałek, wiedziałem, że to jest coś niesamowitego, od razu wysłałem smsa chłopakom, spotkaliśmy się i w 15 minut był gotowy numer. To jest ta energia, ten kawałek poniekąd sam się gra… Zarejestrowaliśmy „Waterfall” razem z „Desire” i „The First Cut” i wysłaliśmy na węgierski Sziget Festival, który odbywa się w Budapeszcie. Dzięki tym utworom udało nam się zagrać – wyglądało i to tak, że zaczynaliśmy nasz koncert przy prawie pustym namiocie, a kończyliśmy przy szczelnie wypełnionym. „Waterfall” został też dobrze przyjęty przez media – zadebiutował na czwartym miejscu listy przebojów ESKA Rock i aż trzy razy dotarł na miejsce pierwsze. Piosenkę usłyszał szef Warner i tylko dzięki niej podpisaliśmy kontrakt płytowy. To niesamowite, bo rzadko kiedy podpisuje się kontrakty za sprawą jednej piosenki. Można zatem mówić o dużym zaufaniu ze strony wytwórni…”.

Nowa płyta to poniekąd powrót w stronę lekko onirycznego, psychodelicznego grania, podszytego niesamowitą energią. „Waterfall” kojarzyć się może np. z „Depresyjnymi piosenkami o niczym”, choć sam autor ma nieco inne zdanie na ten temat – „Korzystamy ze swoich doświadczeń, to oczywiste. Myślę jednak, że nowa płyta to tygiel, gdzie zlały się wszystkie nasze pomysły, coś w stylu the best of Ocean. Ja po prostu przelewam swoje pomysły na riff, choć nie można zaprzeczyć, że uformowaliśmy się na nowo, z tego zresztą po części wypływa zmiana nazwy”. Owo „formowanie na nowo” to przede wszystkim powrót do pierwotnej idei power trio, z Maćkiem w roli jedynego gitarzysty zespołu. To musi być spore obciążenie, pytam więc mojego rozmówcę o samopoczucie w podwójnej roli – „Już próby w takiej konfiguracji były ekscytujące – cieszy się Maciek – wszystko polega na tym, że ja nie umiem grać na gitarze, nie wiem, jak się nazywają akordy, nie umiem stroić instrumentu. Gram w specyficzny sposób, przelewam emocje na instrument. Wcześniej gitarzyści, którzy ze mną grali, filtrowali moje pomysły i nie zawsze potrafili odwzorować to, co było w mojej głowie. Dlatego teraz można powiedzieć, że teraz nasza muzyka jest taką esencją. Dzięki temu, że gramy jako trio, większe pole do popisu ma Quentin, nasz genialny basista. Wcześniej nie było dla jego popisów miejsca w utworach, teraz ten problem został rozwiązany”.

 Maciek - przelewam emocje na instrument...

Maciek – przelewam emocje na instrument…

Jest jeszcze jeden element, który pozostaje w gestii Macka – teksty zespołu. Przy tak emocjonalnej muzyce stają się one kolejnym składnikiem, budującym specyficzny klimat OCN. „Cóż, każdy ma swój własny drive – komentuje Maciek – na pewno fakt, że tym razem są po angielsku nie jest żadną zasłoną dymną. Dużo siedzieliśmy nad słowami, pomagał nam Maciek Fitner, który pilnował formalnej strony tekstów. Moje teksty to taka „janerkowska”  szkoła – operowanie dwuznacznościami słów. To dla mnie istotny element muzyki, staram się, by były w nich swego rodzaju „czarcie zapadki”, powodujące, że mają drugie dno. Tak jest np. z tekstem „Waterfall”.

Czas przyjrzeć się kuchni zespołowej, tym bardziej, że grupa pracowała z nie byle jakim kucharzem – Vancem Powell’em.  Maciek – „To jeden z największych producentów muzycznych na świecie… Już na „Wojnie Świn” namawiał nas, by nagrywać na „setkę”. W przypadku nowej płyty wszystko odbyło się nieco inaczej. Nagrywaliśmy w świetnym studiu Custom 34. Vance po zapoznaniu się z warunkami, zdecydował się na krok zaskakujący  – przyleciał do Polski z Nashville i zajął się całą sesją. Nagrywaliśmy na setkę, w dodatku na sprzęcie, którego normalnie używamy podczas koncertów. W studiu każdy miał swoje pomieszczenie do nagrywania, ale w pewnym momencie Vance rozsunął wszystkie drzwi i dopiero wtedy udało się zlepić nasze brzmienie. Myślę, że ważny był koncert, jaki dzień przed sesją graliśmy na Wielkiej Orkiestrze, na nim zobaczył nas Vance, co dało mu pojęcie o tym, jaką energię generujemy i to właśnie staraliśmy się odwzorować podczas nagrań. Atmosfera była tak dobra, że podczas pierwszego dnia udało się nagrać jakieś pół płyty. Dzięki Vance’owi udało się uchwycić zespołowy flow i to naturalne brzmienie studia. Vance miał rejestrować tylko instrumenty, ale tak się rozkręcił, że poprosił o przebukowanie biletu powrotnego, OCN - Waterfallżeby mógł nagrać też wokale. Poszło świetnie – wcześniej nagrywałem dziennie zazwyczaj wokale do jednej piosenki. Z Vancem w półtora dnia zrobiliśmy wokale do siedmiu utworów… Sam miks materiału został zrobiony w studiu w Nashville”

Entuzjazm Maćka jest uzasadniony, zespół, po zmianie nazwy i nagraniu nowej płyty jest gotowy by podbijać świat. Czy ma taki plan szansę powodzenia? „Na pewno będzie dużo pracy – odpowiada zainteresowany – jest wytwórnia, nowy management, a zespół jest od tego, żeby grac… W każdym razie jesteśmy gotowi, by się zaprezentować – na początku kwietnia premiera płyty, już pojawiły się pierwsze propozycje tzw. „suportowe” i festiwalowe, na razie nie zdradzam jakie, żeby nie zapeszyć. Jest w nas dużo entuzjazmu. Mieliśmy już premierę drugiego singla „The First Cut”, będzie też premiera piosenki „Waterfall” za granicą. Będziemy mieli tzw. showcase w Niemczech, bo już wiemy, że jest spory oddźwięk na naszą muzykę. W Polsce planujemy dużą trasę na jesień”.

W takiej sytuacji pozostaje nam trzymać kciuki za nowe oblicze Oceanu… pardon, OCN i czekać na płytę. Czy będzie to wydarzenie? Czy muzyka wzbudzi zachwyt? My płytę już słyszeliśmy i możemy potwierdzić – OCN to solidny, eksportowy towar z Polski. Nie musimy się wstydzić, bo to produkt na światowym poziomie…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia promocyjne: Roland Okoń

Zdjęcie koncertowe: archiwum zespołu