OCEAN – demokracja autorytarna…

Kibicuję wrocławskiej ekipie już od lat i nadal jestem pełen podziwu dla ich determinacji i wytrwałości. W kraju, gdzie tzw. rock środka kojarzy się jedynie z klezmerskimi popisami podpitych weteranów, muzyka Oceanu budzić powinna zrozumiały zachwyt. Budując swoje muzyczne obrazy na najlepszych wzorcach zgrzytliwego gitarowego odjazdu, łącząc psychodelię z melodią i alternatywnym rockiem zza (nomen omen…) Oceanu, nasi krajanie już piąty raz udowadniają, że bez sprzedawania tylnej części ciała można coś osiągnąć i dostarczyć towar najlepszej jakości.  Nowa płyta „Wojna Świń” to także towar wyjątkowo surowy, koncertowy, naturalny i – co tu ukrywać – agresywniejszy, niż dotychczasowe dokonania grupy. Zamiast zgrabnych piosenek w stylu „Czas by krzyczeć”, mamy transowe, zapętlone i   mocno zgrzytliwe utwory pełne pasji i energii. Jeśli dodać do tego, że Ocean to w tej chwili trio, możemy oczekiwać niezłej, koncertowej zawieruchy, na którą wszystkich zapraszam w imieniu mojego rozmówcy, niekwestionowanego lidera Oceanu – Maćka Wasio…


Na początek kilka wspomnień z okresu promującego poprzedni krążek „Cztery” – jak z perspektywy odbierasz ten materiał?

Nie ma co ukrywać, przy okazji płyty  „Cztery” dużo się działo, mieliśmy sporo czasu, by wszystko dokładnie przygotować. Dopieściliśmy ten materiał, jeszcze przed premierą mieliśmy gotowe dwa klipy a i kampania promocyjna szybko ruszyła. Zagraliśmy bardzo dużą trasę  „Eska Rock Tour”, wszystko było doskonale przygotowane. Myślę, że to dobrze korespondowało z tą właśnie płytą, która była materiałem bardzo dopieszczonym i przemyślanym, zaaranżowanym do ostatniego detalu. Brzmienie, cóż, teraz po „Wojnie Świń” myślę, że chciałbym, by „Czwórka”  tak zabrzmiała. Zresztą, po premierze każdej z naszych płyt, miałem już w głowie zaskakujące pomysły, które chciałem zrealizować przy okazji następnego krążka…

Zaskoczeniem dla mnie był rozwód z wytwórnią Mystic. Co spowodowało, że po jednej płycie znowu szukaliście wydawcy?

My mamy chyba pewną niestałość w genach… W sumie każdą płytę nagrywaliśmy dla innej wytwórni. Do Mystic dostaliśmy się trochę na ostatnią chwilę i nie do końca tam pasowaliśmy. Myślę, że wszystkie nasze przygody z wydawcami zmierzały do tego, żeby założyć własną wytwórnię – jesteśmy jako zespół zorganizowani, możemy się angażować. Zmierzaliśmy mniej lub bardziej świadomie do stworzenia własnej firmy. Przygoda z Mystic nas w tym utwierdziła. My, jako zespół mamy duże oczekiwania odnośnie partnerów. Dla wytwórni płytowych Ocean jest jednym z wielu zespołów, a my chcemy więcej, zależy nam na opiece wykraczającej poza standardy i schematy, które oferują duże koncerny.

Największa niespodzianka to odejście Michała Grymuzy – co się stało – jego natura sidemana wzięła jednak górę? Pytanie tym bardziej istotne, że nagraliście razem taki fajny materiał?

„Wojna Świń” jest najbardziej moją, osobistą płytą. Od samego początku miałem pomysł na ten materiał, produkowałem go, realizowałem dźwięk i moja spełniona wizja tej płyty Michałowi nie pasowała do końca. On chciał funkcjonować ze mną jako taki duet kompozycyjny, chciał, by pomysły mieszały się jak w tyglu i tym razem nie starczyło miejsca dla nas dwóch, drogi artystyczne się kompletnie rozjechały. Cóż, gdzieś w jakimś wywiadzie pojawiło się słowo „tyrania”… Przy „Wojnie Świń” okazało się, że jak mam plan i wizję globalną projektu, to z czasem docieram do miejsca, z którego nikt mnie nie zawróci. „Wojna Świń” jest bardzo ekstremalna jako pewna formuła muzyczna i rozdrobnienie tego w procesie tworzenia/komponowania mogło wpłynąć na efekt a tak jestem z niej bardzo dumny. Jasne, że jestem liderem, prowadzę ten zespół i decyzyjność leży po mojej stronie. Ocean to taka forma demokracji autorytarnej.

Czyli jaki jest ostatecznie skład zespołu – zdecydowaliście się przyjąć nowego muzyka w wasze  szeregi?

Ocean aktualnie jest triem i to jest decyzja całego zespołu. Ja chciałem wziąć dodatkowego muzyka, klawiszowca czy coś, ale na dzień dzisiejszy zespół nie wyobraża sobie innego układu niż trio. Koledzy stwierdzili, że niczego nam nie brakuje. Kiedy zagraliśmy pierwszy koncert jako trio, słuchacze i znajomi także stwierdzili, że w takiej formie prezentujemy się idealnie.

Czujesz ciężar odpowiedzialności, jaki na Tobie spoczywa? Lider, frontman, wokalista i jeszcze gitarzysta. Dodatkowo przejmujesz partie skomponowane i grane przez Michała…

Gdyby nie to, że mamy taką płytę jak „Wojna Świń”, to na 100% nie chciałbym sam grać. Ale dużo na tym pracowaliśmy, było mnóstwo prób i moja na gitarze poszła zdecydowanie do przodu. Paradoksalnie, większość partii Michała przejął nasz basista Quentin. On lubi grać dużo na basie i doskonale sobie poradził, tworząc rzeczy nie tylko rytmiczne, ale też i melodyczne. Na „Wojnie Świń” jest ściana gitar, mnóstwo psychodelicznych odjazdów, to sprawiło że przy dwóch gitarach dla basu nie było miejsca. Ale teraz, jeśli tylko ja generuję hałas, ten instrument ma miejsce do grania, pojawiła się też większa przestrzeń, oddech. A jeśli chodzi o riffowe rzeczy, to mamy taki puls, że skład ograniczony do trzech osób żre lepiej niż do tej pory. Sam Michał stwierdził, że Ocean to trio i tak powinno zostać. Fakt, ja gram ekspansywnie na gitarze i nie ma miejsca na innych muzyków. Poza tym wcześniej, kiedy tylko śpiewałem, też graliśmy na jedną gitarę. Historia zatoczyła więc koło…

Nowa płyta to także zdecydowanie inny sposób komponowania kawałków, co słychać w ich raczej „nie – piosenkowym” charakterze…

Ja takie założenie miałem od początku. Poprzednią płytę robiliśmy tak, że przynosiłem kompozycje zrobione na gitarze akustycznej, za to teraz chciałem, żeby wyjść w naszych poszukiwaniach od rytmu. Pulsacja tej płyty jest dla mnie najistotniejszym elementem. Powiedziałem Bolkowi (bębny), żeby puścił wodze fantazji i dzięki temu materiał niemal w całości  opiera się o charakterystyczny groove. Przypomina mi to troszkę NoMeansNo, gdzie każdy instrument ma dużo do powiedzenia i aktywnie współtworzy kompozycje.

Jak wyglądały przygotowania do nowego materiału – trochę było wokół niego tajemnicy, bo powstrzymaliście się od szumnych zapowiedzi i nagle przedstawiliście po prostu nową, w całości gotową płytę!

Już po nagraniu płyty „Cztery” rzuciłem pomysł, by na następnym krążku konkretnie przywalić. Zrobić coś zdecydowanie mocniejszego. Przyznam, że „Cztery”, to był miejscami bardzo „radiowy” Ocean, zgrabny i  doszlifowany. Rozpoczęliśmy prace nad numerami, z naszym perkusistą w ciągu trzech dni zrobiliśmy zarysy dziewięciu numerów i już wtedy wiedziałem, jak ma ten krążek wyglądać. Wiadomo było, że zależy nam na surowym brzmieniu, dlatego też same nagrania, które trwały dwa i pół dnia w studiu w Sulejówku pozostały nietknięte, bez wyrównywania, żadnej edycji, tylko naturalny dźwięk. Wokale nagrałem w 12 godzin we Wrocławiu w studiu Marcina Borsa. I tu dochodzimy do naszej amerykańskiej przygody. W Nashville poznałem Vance Powella, producenta, który tworzył brzmienie płyt Kings of Leon czy The Dead Weather. Puściłem mu demo naszej płyty i okazało się, że on nie wyobraża sobie, żebyśmy nie pracowali przy niej razem!  Jego wizja także zakładała, że materiał ma brzmieć 100% live. Kiedy nagraliśmy materiał, zadzwoniłem do niego z informacją, że mamy nagranie gotowe do obróbki. On kończył wtedy pracę nad nową płytą The White Stripes, dlatego myślałem, że będzie trzeba czekać, a tu słyszę – przylatuj! W dodatku na miejscu okazało się, że Powell chce, by masteringiem zajął się jego kumpel… Richard Dodd… Kolejna legenda. Tak więc wspomniana przez Ciebie cisza wiązała się z tym, że do końca nie wiedzieliśmy, jak uda się wszystko pogodzić czasowo i chcieliśmy raczej ogłosić wszystkim powstanie nowej płyty, kiedy będzie już faktycznie gotowa.

Zastanawiam się, dlaczego nie zdecydowałeś się np. na pracę z Marcinem Borsem, który jest w tej chwili chyba najbardziej rozchwytywanym, polskim producentem?

Wiesz, my z Marcinem pracowaliśmy już wcześniej, on „zrobił”  trzy pierwsze płyty Oceanu. Mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi, wiele się od niego nauczyłem o produkcji. Mogę powiedzieć, że to co wiem o muzyce, wiem od niego… Dzięki tym doświadczeniom sam mogłem zając się produkowaniem płyt. Niedawno  realizowałem płytę „Noże” Olafa Deriglasoffa i też proponowałem mu współpracę z Marcinem. Przy okazji tej płyty zobaczyłem też, że jestem w stanie się dogadać z Marcinem bez tzw. przeciągania liny, każdy w swoją stronę. Wybór amerykańskich producentów wynikał raczej z chęci spróbowania czegoś nowego, innego spojrzenia na muzykę…

Powstała w ten sposób płyta najcięższa i najbrudniejsza w całym waszym życiu – co złożyło się na tak bezkompromisowe podejście do muzyki i strony tekstowej?

Demony, które siedzą w głowie… Trzeba je było wypuścić z klatki. Miałem poczucie, że chcę zrobić coś wyjątkowego. Zamknąłem oczy i rzygnąłem tym, co mi siedzi w głowie. „Czwórka” też jest ekstremalnie szczera. Chodziło mi po raz kolejny o te „ciary”, które pojawiają się, kiedy się całkowicie otwierasz. To jak stanie na golasa przed ludźmi.  Płyta jest o tym, że wszystko wokół jest takie nijakie, strasznie komercyjnie. Ta płyta ma łapać za gardło, nie pozostawić nikogo obojętnym, ma być albo kochana albo nienawidzona. Ma budzić emocje. Wkurza mnie to, co się dzieje w muzyce i sztuce, że wszystko jest przyjemne, tak brzmienia, jak i teksty, a to ma być rock’ n’roll! Dzisiaj „blaza” ludzi jest dla mnie wręcz niewiarygodna. Kiedyś słuchałem rzeczy budzących strasznie silny odzew, bo było coś bardzo mocnego, tak jak pierwsze spotkanie z Jeffem Buckley’em czy „Roots” Sepultury. A teraz dzieciak włącza w laptopie playera i nie zgłębia muzyki. Zresztą, z myślą o użytkownikach tych nowych muzycznych mediów założyliśmy sklep www.takethemusic.com – staramy się sprzedawać mp3 ale i formaty typu flac i wave   To oferta dla tych wszystkich freaków, którzy szukają dobrej jakości, ale nie mają czasu, by latać po sklepach.

Na koniec naszej sympatycznej rozmowy zdradź jeszcze, jak wyglądać będą teraz ruchy zespołowe, jakieś trasy, nowe pomysły na promocję materiału?

Kampania ruszyła bardzo fajnie i bez problemów, nie wiem sam, jakim cudem. Pierwszy singiel „W piekle nie będę sam” zadebiutował na wysokich miejscach na różnych palylistach.  Dawno nie mieliśmy tak dobrych opinii, jak przy tej płycie, autentycznie jestem zszokowany. Bardziej liczyłem, że po „Cztery” część osób nas zabije, kiedy usłyszy „Wojnę Świń”. A na razie jest jedno wielkie „wow”!!  Poza tym, to płyta bardzo koncertowa.  Możemy grać te numery jako kompozycje tzw. „otwarte”, bo to gigantyczna dawka energii. To słowo pojawiało się zresztą cały czas podczas robienia muzyki. Jesienią świętujemy nasze 10 – lecie, wrzesień, październik i listopad będziemy  w trasie a 6 października będzie miało miejsce bezprecedensowe wydarzenie – Ocean Music Festiwal we Wrocławiu, na który już teraz zapraszamy. Obok nas będzie dużo doskonałych zespołów…

Rozmawiał Arek Lerch

Foto zespołu: Roland Okoń