OBSCURE SPHINX – Diamanda Galas, Neurosis i black metal…

Nie wiem, czy Obscure Sphinx miałby szansę szerzej zaistnieć jako zespół instrumentalny, a tak przecież jakiś czas działał. Wiem za to, że dołączenie w 2009 roku wokalistki Zofii „Wielebnej” Fraś było momentem przełomowym. O historii i innych kwestiach związanych z kulisami zespołowego życia przeczytacie w poniższym wywiadzie, ja pozwolę sobie dodać jedynie, że debiutancki album grupy „Anaesthetic Inhalation Ritual” to bezsprzecznie pretendent do miana płyty roku. Dojrzałość, determinacja i wyraźny pomysł na muzykę to atuty OS, co potwierdzają koncerty u boku takich tytanów jak chociażby Blindead. Teraz pozostaje czekać, aż obudzą się muzyczni dziennikarze i zaczną komplementować twórczość grupy, choć znając ten biznes trudno mi o optymizm. Mam jedynie nadzieję, że zespół nie zrazi się buraczanym klimatem polskiej tzw. rozrywki i jeszcze nie raz zaskoczy nas równie wyrafinowaną muzyką…

Na początek kilka słów o historii zespołu – co, gdzie i jak doszło do powstania grupy?

Werbel: W sumie to standardowo. Zespół założyłem wraz z moim bratem Bartkiem. Niedługo potem (plus/minus na początku 2008 roku…) dołączył Blady i tak zaczęły powstawać pierwsze utwory. W tym składzie zostało nagrane pierwsze demo „Blinded by the Light”, obecnie szeroko dostępne w internecie po wpisaniu hasła „obscure sphinx download”. W trakcie nagrywania okazało się, że przydałby się drugi gitarzysta. I tak w zespole pojawił się Yony, starszy pan z bagażem doświadczeń i własną wizją, jak muzyka powinna wyglądać. Wizje się połączyły i utwory zaczęły ewoluować. Przez jakiś czas zespół działał instrumentalnie, ale już w pierwszej połowie 2009 roku dołączyła Wielebna i tak jest do dzisiaj.

Coś na temat Waszej, muzycznej przeszłości?

Yony: No w tym miejscu to chyba ja mam najwięcej do opowiadania. Gram chyba już ze 24 lata, zaliczyłem większość imprez metalowych w Polsce, zakładałem w 1989 roku Stonehenge (grające śliczne heavy między Metal Church a wczesnym Megadeth), przeżyłem przygodę z grindcorem, potem rzuciłem granie, ale wytrzymałem 1,5 roku bez wiosła. Było kilka projektów po drodze i chyba w 2002 roku założyłem z Sebą ze Sparagmosa i Pablem (obecnie Mech) Rootwater. Zdążyłem nagrać „Under” i się pożegnaliśmy, a ja poszedłem przeżywać moją pierwszą przygodę z post metalem w Licorei. Ale ponieważ moja kharma jest jaka jest (nagrywam płyty z zespołem i odchodzę przed wydaniem…) to się z zespołem Licorea rozstałem i po krótkiej przerwie dobiłem do Obscure Sphinx, które w moim mniemaniu miało być czymś lżejszym i bardziej post-rockowym. Rzeczywistość jednak okazało się całkiem inna…  A! Był jeszcze jeden dość interesujący epizod – kiedyś zaproponowano mi granie w zespole, na którego próbę nawet nie poszedłem. Później okazało się, iż zespół ten przyjął nazwę Tides From Nebula…

Blady: Ciężko będzie przebić Yonego pod tym względem. Każdy z pozostałych członków miał jakieś projekty/zespoły, ale większość z nich nie dotarła do szerszego grona słuchaczy. Ja ze swojej strony mogę dodać, iż grałem ponad rok w warszawskim So I Scream, oraz nagrałem album „Earth Hive” z techniczno-death metalową grupą Soma Process.

Dlaczego wybraliście tak depresyjną i demoniczną odmianę łomotu? Nie chciało się Wam grać np. reggae czy disco???

Werbel: Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, gdyż nie był to świadomy wybór – przyszło to nam dość naturalnie. Po prostu spotkaliśmy się w sali prób i zaczęliśmy grać muzykę, której sami chcielibyśmy słuchać. Na chwilę obecną dobrze czujemy się w takich klimatach, ale co się stanie przy okazji kolejnej płyty tego jeszcze nie wiemy… Z pewnością nie chcielibyśmy popaść w rutynę, ani ograniczać się w ten czy inny sposób. Jednakże na disco bym nie liczył, he, he…

Podkreślacie zawsze, że zwrot nastąpił w momencie dołączenia Wielebnej. Co zaiskrzyło i dlaczego akurat Ona?

Blady: Prawdę mówiąc nie wiem, skąd opinia, że wtedy nastąpił „zwrot”. Ja określiłbym to trochę inaczej – Wielebna była dopełnieniem kierunku, w którym już w wtedy podążał zespół. Elementem układanki, którego nam wówczas brakowało. A co zaiskrzyło? Oprócz tego, że od samego początku bardzo dobrze dogadywaliśmy się na płaszczyźnie interpersonalnej, to szybko okazało się, że również na scenie odbieramy muzykę podobnie. No i jedna rzecz, która wprost mnie urzekła – na pierwszej naszej wspólnej próbie Wielebna, oprócz śpiewu, zupełnie z zaskoczenia zaprezentowała nam całą gamę growli i „świniaków”, których nie powstydziłby się doświadczony grindcorowiec. Ja byłem kupiony.

Yony: No i doszły także intrygujące inspiracje Wielebnej takie jak twórczość Diamandy Galas, czy Sui Genesis Umbra… Wprawdzie trochę trzeba było ją doszkolić w zakresie Neurosis czy Cult of Luna, ale jako fanka black metalu miała solidne podstawy…

Zapewne przylgnie do Was naklejka z napisem Blindead z kobietą na wokalu. Jeśli tak, to czy będziecie się starali ją zerwać czy raczej z dumą będziecie nosić?

Yony: Blindead wyciągnęło polski post-metal na światło dzienne i jeśli tak ktoś odbiera naszą muzykę to jego sprawa, walczyć z tym nie zamierzamy, bo i jak? To naturalne, że ludzie szufladkują muzę, choćby po to, żeby umieścić gdzieś zespół, o którym opowiadają znajomym. A porównanie do nich jest zawsze nobilitujące, bo to pierwszoligowy band, który zresztą jest jednym z moich ulubionych. Swoją drogą scena w Polsce jest na razie na tyle mało zagospodarowana, że jest tam miejsce i dla nich i dla nas.

Blady: I pewnie właśnie z powodu małej ilości zespołów tego typu na polskim rynku biorą się takie bezpośrednie porównania. Ja osobiście uważam, że „Affliction” dość mocno różni się od tego, co prezentujemy na „Anaesthetic Inhalation Ritual”. Wychodzimy z podobnych źródeł, ale podążamy innymi drogami. Na potwierdzenie moich słów mogę przytoczyć fakt, iż grając kilka koncertów na trasie z Blindead, ani razu nie spotkaliśmy się z odniesieniami. Ludzie mówili o muzyce, nikt nie wspominał iż grało „Blindead z kobietą”, a potem Blindead.

Jak wyglądały prace nad tym materiałem i co było dla Was najważniejsze – dobre kompozycje czy plastyczność brzmienia? Przyznam się, że zaskoczyliście mnie swoją dojrzałością…

Blady: To jest tak, że numery powstają niejako spontanicznie – najczęściej wypływają z jakichś długich, kilkunastominutowych improwizacji. Potem dopiero, gdy uznamy, że coś jest wystarczająco dobre, bierzemy to „na warsztat” i pracujemy nad tym do momentu, gdy uznamy, że jest to zamknięta forma. Przykładowo, „Nastiez” powstało w ciągu dwóch, trzech prób, a „Paragnomen” szlifowaliśmy chyba ze dwa miesiące. Oczywiście, jak w każdym zespole, są też rzeczy, które robimy, ale z których po jakimś czasie rezygnujemy – zostawiamy je na później, albo póki co gramy tylko na koncertach.

Yony: Co do płyty, to założyliśmy sobie, że zrobimy ją inaczej niż większość. Czyli żywe bębny i jedynie czyste ślady gitar, po to, żeby można było się do bólu bawić z software’owym reampingiem. A że trafiliśmy na Kubę Mańkowskiego z Sounds Great Promotion, który od razu wyczuł, jak to powinno brzmieć to zbyt długo nie siedzieliśmy w studio. Co ciekawe, jego wizja była prawie identyczna z tym, co prezentujemy na koncertach. A dojrzałość? Hmmm, zawsze miło słyszeć takie zdanie, ale – tak jak mówił Blady – ta muzyka po prostu w nas siedziała i my ją zwyczajnie musieliśmy z siebie wypluć.

Taki zespół jak OS musi zabierać Wam lwią część czasu – jak udaje się Wam wszystko zagospodarować, pracujecie zawodowo czy jeszcze pobieracie tzw. nauki?

Blady: Rozstrzał wiekowy jest na tyle duży, że część się uczy, a część pracuje. Ale faktycznie, poświęcamy muzyce bardzo dużo czasu. Ja, na przykład, musiałem zrezygnować ze wspomnianych wcześniej zespołów, żeby móc swój „czas wolny” w pełni poświęcić na Obscure Sphinx. Yony ma cztery/pięć prób tygodniowo, bo gra jeszcze w reaktywowanej Licorei. Werbel oprócz OS ma dwa inne projekty plus studia, tak jak Wielebna, która obecnie kończy medycynę weterynaryjną. Bartek „tylko” pracuje. Także OS zajmuje nam wszystkim prawie każdą wolną chwilę.

Płyta, przynajmniej mam takie wrażenie, tworzy pewną całość, koncept. Jeśli tak jest to poproszę kilka słów o przesłaniu płyty, o drodze, jaką przejść będzie musiał każdy słuchacz?

Blady : Jeśli chodzi o teksty… Generalnie motywem przewodnim jest refleksja nad człowiekiem i mroczną stroną jego natury. I przykładając tę miarę płyta jest luźnym konceptem. W odniesieniu do muzyki zaś bardziej pasuje określenie spójna, niż koncept. Przynajmniej takie mieliśmy założenie podczas pracy nad nią. Po prostu chcieliśmy, aby dobrze jej się słuchało od pierwszej do ostatniej sekundy.

Yony: Zgadza się. Porównując do „Affliction” Blindead, czy nie wiem, „Operation: Mindcrime” Queensryche to „konceptualność” tej płyty zamyka się w innym zakresie… W naszych założeniach nowe rzeczy, nad którymi pracujemy będą bardziej zamkniętą całością.

Udostępniliście płytę w formie mp3, teraz pojawiła się świetnie wydana płyta, czy zatem nadal szukacie wydawcy, czy raczej stawiacie na autopromocję i siłę nowych mediów typu Internet?

Werbel: A tu to trochę nas zaskakujesz, bo udostępniliśmy tylko dwa numery promo… Płytę sprzedajemy w ramach założonego przez naszą managerkę Fuck The Tag – przez internet i bezpośrednio na koncertach. Autopromocja jak najbardziej, wszelkie plany stopniowo wcielamy w życie. Co do wydawcy to powiem tak: nie szukamy, robimy swoje jak najlepiej potrafimy, a jak się zdarzy jakaś propozycja to będziemy się zastanawiać. Póki co wszystko jest w naszych rękach.

Zagraliście już kilka koncertów – jak przyjmowana jest Wasza muzyka w klubach – spotykacie się z jakimiś zaskakującymi reakcjami publiczności?

Yony: Ej, chyba kilkanaście? A nawet powoli dobijamy do 30-tu!

Werbel: Zazwyczaj przyjęcie jest bardzo pozytywne – zawsze staramy się dać z siebie 100%, a emocje, które w nas siedzą chcemy przekazać publiczności. Mogę z przyjemnością powiedzieć, że często nam się to udaje. A zaskakujące reakcje… Na jednym z koncertów w spokojniejszych momentach wszyscy klaskali nam do rytmu! Pomimo trudnej muzyki jaką gramy pomiędzy nami a publiką wytworzyła się swojego rodzaju więź… To było naprawdę niesamowite uczucie! A oprócz tego ludzie często łapią się za głowę z niedowierzania, a ich usta wydają się mówić „o ja pierdolę”…

Yony: No i kilka razy polała się krew w tym raz ze złamanego podczas pogo nosa! No, ale generalnie bardzo często gramy w miejscach, gdzie ludzie nie znają naszej muzyki. Wtedy sam pozytywny odzew jest dla nas bardzo mile zaskakującą reakcją. Wtedy czujemy, że to wszystko ma sens.

Czy ten materiał to konstrukcje zamknięte – odgrywacie je sztywno zaaranżowane czy pozwalacie sobie na jakieś zapętlone „loty”, gdzieś na obrzeżach improwizacji?

Blady: Raczej są to zamknięte konstrukcje, aczkolwiek jest w nich minimalna płynność. Czasem pojawi się przester w innym miejscu, czasem jakaś „kaczka” na gitarze… Bywa także, że jakiś motyw zostaje przedłużony i w konsekwencji opóźniamy koniec numeru… Wiesz, staramy się cały czas słuchać siebie nawzajem i na bieżąco reagować na wszelkie zmiany. Kiedyś na przykład przyszło nam zagrać kilkuminutową improwizację, gdyż Yonemu zerwała się struna w ósemce. Sytuacje bywają różne, trzeba być gotowym na wszystko.

Na koniec kilka słów o tym, co nas czeka – jakaś trasa, teledyski, czy inne zaskakujące przedsięwzięcia?

Yony: Trasa oczywiście tak, ale nie możemy jeszcze zdradzać szczegółów. Jeśli bogowie pozwolą, to jesienią będzie to naprawdę duża rzecz. Na pewno będziemy też promować materiał na własnych koncertach, które już są w zaawansowanej fazie planowania. Teledysk… cóż, biorąc pod uwagę „radiowość” naszych utworów, to chyba jakaś miniatura filmowa by to musiała być (śmiech…). Na razie obrazka nie planujemy, ale kto wie, kto wie… Za to prawdopodobnie nasz koncert 9 maja przed Crippled Black Phoenix będzie transmitowany na żywo w internecie, więc zapraszamy tych, którzy mają ponad 300 km do oglądania. Info z dokładnym adresem wkrótce na naszym profilu!

Rozmawiał Arek Lerch