NOŻE – Piosenki jak tąpnięcie płyt tektonicznych

Bicie piosenką po mordzie to ideał, który jest coraz mniej osiągalny. Dzisiejsza, bezpieczna przystań muzyki rockowej jest zapchana zespołami, które chcą, umieją, mają biznes plan, ale nie potrafią… wrzeszczeć. Nie potrafią ustawić się w niepopularnej pozycji, uwierać jak kamień w bucie. Do tego potrzebne jest coś więcej niż tylko duże umiejętności techniczne. Może chodzi o odwagę, a może determinację i 200% przekonanie o słuszności obranej drogi. I tu pojawiają się Noże z ich debiutancką płytą „Gniew”. Płytą, która pod płaszczykiem rocka i postpunku, operując kliszami z przeszłości i współczesną złością, potrafi sparzyć. To wrzask ulic wtłoczony w post-punkowe gitary i melodie zszyte chaosem (że zespołowy FB zacytuję). Tak czuje mój rozmówca, Karol Kruczek, z którym odbywamy nieco filozoficzną rozmowę na temat zespołu, popkultury, komunikacji i nieuchronnych zmian.  

Na początek chciałbym się odnieść do sytuacji, w której poniekąd brałem udział, czyli koncertu The Jesus and Mary Chain. Niestety, nie zdążyłem na Noże, więc zdradź, czy ten występ był dla was ważny?

Na pewno The Jesus and Mary Chain to zespół, który na mnie wpłynął, gdzieś w trakcie odkrywania muzyki – było to spotkanie z legendą, ale także spotkanie z pewną, średnio zachwycającą sytuacją, gdzie legendy wracają po prostu zagrać trasy koncertowe i nie mają już wiele nowego do zaprezentowania. To było wyróżnienie, dzielić z nimi scenę i bizantyjski catering, ale więcej wyniosłem z organicznych, oddolnych koncertów za zwrot kosztów. Czy w Warszawie, czy w Słupsku, czy w Poznaniu… Oczywiście, zagranie przed dużą, post-punkową publiką o szerokim przekroju wiekowym, to była świetna okazja do zaistnienia, było na nas naprawdę sporo osób i kończyliśmy do przerażającego nas wtedy audytorium. Na szczęście, jak to zazwyczaj jest z aktualnym składem Noży – poniosła nas energia i chyba daliśmy dobry koncert. Mówię tak o „oczywistych” kwestiach, bo wydają mi się bardzo… branżowe; duża gwiazda, mały support – bardziej interesuje mnie napięcie wynikające ze spotkania, ciekawości. Widziałem ludzi patrzących na nas bardzo surowym, analitycznym wzrokiem i mnie taka sytuacja motywuje. Mam wrażenie, że motywuje także resztę Noży. Muzyka to nie jest bezkonfliktowe spotkanie, bardzo miłe było zwyciężenie ich, porwanie i porozmawianie po koncercie, zwłaszcza z tymi, których zapamiętałem z surowszego nastawienia na start.

TJAMC to grupa, która podczas swojej młodości rozpalała kluby do czerwoności, wzniecała zadymy itp. Problem dzisiejszych, rockowych grup jest taki, że tej rebelii chyba już nie ma. A przynajmiej trudno ją wzniecić. Dlaczego? Czy to wina zespołów, czy raczej konformistycznej „letniej” publiki?

Nie wyobrażam sobie zadymy do „Just Like Honey”, ale rozumiem ten „pokoleniowy” argument. Cóż, awangarda w jakiś sposób zwyciężyła z tradycyjną, skostniałą rzekomo kulturą, ale zrobiła to zjadając własny ogon. Szok jest tylko za pierwszym razem – teraz mamy wypalone oczy. Transgresja to już nie jest taka oczywista sprawa, a punk rock to klasyczny gatunek z historii muzyki popularnej. Sporo jest ekstremalnej, niszowej muzyki – przynajmniej na Śląsku, w Warszawie, Łodzi, pewnie gdzie indziej, gdzie skala pozwala się spotkać ludziom o takich szalonych pasjach jak noise, albo hc/punk, ale dzieje się to niezależnie od głównego nurtu. Z kolei główny nurt przetrawił wszystkie te dawne formy buntu i koszulki zespołów punkowych można kupić w sieciówkach wiadomych marek, a rozmigotanie, ilość bodźców, świeżość czytana jako wartość i zinstrumentalizowanie buntu do nabywania „zbuntowanych” form ostentacji, gadżetów, etc, ma w sobie naprawdę oszałamiający zmysły ładunek. Nowość i bunt, wolność wyrazu, to w zasadzie cechy turbokapitalizmu AD 2020.noże

I w takim miejscu pojawiacie się wy. Mam poczucie – o czym napisałem – że traktujecie popkulturę, czyli w jakimś sensie naturalne środowisko, jak niewygodny kaftan, z którego chcecie się wyzwolić. Na ile jest to „wyzwalanie” a na ile „walka” z narzuconymi normami?

Popkultura istnieje, ma się nie najlepiej, ale jest bardzo ruchliwa, bardzo rozmigotana, zabiera w pakiecie poczucie oparcia w świecie, nakazuje dostosowanie poprzez galopującą zmianę, ale taka jest nowoczesna kondycja, wielu o tym pisało, czy Marcuse, Żiżek, czy zrzęda Houllebecq. W Polsce najlepiej o tym pisał CKOD. Ale czy popkultura, mainstream – to kłopot? Skoro zmiana ma być wartością, nie ma potrzeby protest songów kanalizujących poczucie krzywdy i wykluczenia, doznanie pokoleniowe, jak to było w złotych czasach punk-rocka, po prostu nie ma ich, bo nie są tożsamościowym spoiwem. Osobiście fascynuje mnie popkultura, nie wyobrażam sobie, jak mógłbym pozbawić się przyjemności współkonsumowania tego naddatku energii, franczyz, ferii barw. Przy czym, nie płynę z nurtem, staram się zachować źródłowe problemy, które kiełkują w mojej głowie… Jest taka wygodna alegoria H. Marcusego o dialektyce u Hegla, że „kamień jest kamieniem tylko o tyle, o ile opiera się deszczom” – wszystko jest do zniszczenia przez płynne, rwące i w jakiś sposób piękne nurty współczesności; oceniam to estetycznie, nie wartościując, jak włoscy futuryści. Piszę o tym w tekstach, jako o zjawiskach, które swoją intensywnością pożerają tożsamość. Gdy zostajemy sami, bez bodźców, nie potrafimy jednak sprostać pustce. Na tym etapie rozwoju społecznego przemysł kulturalny pozwala nam nie zwariować, pasożytuje na mitach, na skojarzeniach. Konsumpcjonizm jako model potwierdzenia się rodziny nuklearnej to naprawdę reakcyjna i skuteczna machina. Oczywiście, że mi się to nie podoba, nie biorę w tym udziału z własnej woli, jestem w to wrzucony…

Traktujesz zatem Noże jako… ambonę czy raczej oddział szturmowy?

Noże są po to, żeby nie utonąć, są autentyczną, głośną ekspresją. Noże są tym napięciem. Wyruszamy w podróż małym, post-punkowym stateczkiem, z muzyką, która ma wystawać, nie dać się zredukować do funkcji „czasoumilacza”. Gitary bywają piętrami pogłosu i wstęgami efektów harmonicznych, sekcja jest dosadna i neurotyczna, wokal ewidentnie wystaje i jest nachalny. A jednak robimy piosenki. Robimy je z pozycji napięcia, uporu, dialektycznej gry. Punk się skorumpował, metal to świat równoległy, pop rock w tym kraju rani może nie uszy, ale już duszę na pewno. Staramy się kontynuować pewne, zimnofalowe impulsy, poglądy G.C. i Siekiery są dla mnie ważne, tak samo jak CKOD, czy teksty i ekspresja Tomka Budzyńskiego. Poza tym, wydaje mi się, że wyrwa po Myslovitz a nawet Maanamie istnieje – nie ma autentycznych składów alt rockowych, które nawet pomimo popularności zachowują charakter. Ślepe testy współczesnych gwiazd polskiej piosenki estradowej pewnie wyłoniłyby Podsiadło jako zwycięzcę, jest autentyczny/fajny/luźny, aczkolwiek treść piosenek już mniej. Formę się bierze za treść. Przy czym, broniłbym „Małomiasteczkowego” (śmiech). Jeśli chodzi o resztę tego wielkobudżetowego ensamble’u, nie słyszę różnic: cytują się nawzajem, jakby jedna centrala wysyłała im piosenki, jak w tej piosence Brygady Kryzys; nawet tak zdolni ludzie o wielkim rozmachu w swoich projektach mają problemy tożsamościowe, ale skupmy się na plusach – bez nazwisk, kiedyś popełniłem tekst na ten temat na Krytyce Kolektywnej, dotyczył singla „Sobie i wam”.

Powiedziałeś, że punk się skorumpował. Jednak w dzisiejszych czasach, kiedy władza znowu zawłaszcza na swój sposób kulturę, dzieląc ją na tę spolegliwą (czyli prawdziwą i potrzebną) i tę podejrzaną (czyli niechętną włodarzom), klimat do tego by krzyczeć i kontestować jest zdecydowanie lepszy niż, powiedzmy, jeszcze 6 czy 7 lat temu…

Nie wiem, czy może istnieć spolegliwa kultura. Może istnieć przemysł kulturowy, czyli instrumentalnie wykorzystywane artefakty kultury, ideologia, trochę kiczu i sentymentów. Ale to co robi władza to cepeliada, nie ma sensu się zajmować wytworami Glińskiego, tak samo jak kowerami bardów by J. Kurski, po prostu nic z tego nie zostanie poza lolkontentem i obniżeniem poprzeczki, ale nie miejmy złudzeń – poprzednia władza także wspierała najgłupsze trendy i obecnie musimy oglądać mauzoleum jako formę reakcji na fajnopolactwo i orzełki z czekolady. Przepraszam za określenie znanego publicysty, jego też nie lubię. Generalnie kultura – niezleżnie od małości czasów, a przecież nigdy nie są dobre – to ekspresja zakorzeniona w dialogu z niezgodą na to co złe i podjęciem wiecznie niedokończonych wątków. Toposy, mity, przegrane, słuszne sprawy – to są rzeczy ponadczasowe, jak walka światła z ciemnością, jak historia o utraconej miłości, jak zew wolności, bunt, mechanizm kozła ofiarnego. Kultura to nie jest miły katechizm. Pomimo radykalnego zalewu bodźcami, sama popkultura generuje konserwatywne epopeje jak np. „Gra o tron”, syci nasze bardziej reakcyjne wzorce kulturowe. Jak ktoś chce robić szczerą sztukę, będzie ją robić, choćby w podziemiu. To jest silny impuls, niezależny od istnienia nagrody Fryderyki i festiwalozy. Jeśli chcesz się z nią rozpychać, zająć pozycję wpływu na dyskurs, debatę – musisz mierzyć się z tym miałkim, reglamentowanym światem szarych decydentów, politycznych i branżowych układów, ale czasem talent i dzieło zwycięża. Republika i CKOD nie istniały długo, ale nie znikają z debaty. Są punktem odniesienia dla nowych, ambitnych projektów. Wynik takiego sporu nie jest prostą sprawą, ale – trochę się droczę, bo chętnie napisałbym przebojową płytę z drugim dnem – to kultura podsuwa nam różne rozwiązania, np. strategię konia trojańskiego. Upór i napięcie są, chociaż koncerty Noży to ekspresja do kwadratu i jestem dumny z ognia na scenie, ważniejsza niż spazmatyczne krzyczenie. Może wyszeptać w ucho najbardziej wywrotowe myśli. Dziwnie to odkrywać w trakcie zmagań, nie uczyłem się nigdy kompozycji ani instrumentów – Noże to mój pierwszy poważny skład, z którym wiążę nadzieję – ale jest to trochę inżynieria, w procesie eksperymentów, zwłaszcza ostatnio, po wydaniu płyty, zaczynamy mieć coraz bardziej charakterystyczne, zwarte brzmienie, a linijki i frazy idą w nośną stronę.

Docieramy powoli do archetypu, punktu odniesienia, składającego się z pewnych ikon, które mimo lat się nie zachwiały. I teraz odwrócę kota – czy chcielibyście (wiem, że odpowiedź będzie ocierać się o megalomanię…), żeby kiedyś Noże były takim punktem odniesienia?

Chcę być punktem zaczepienia w świecie dla słuchaczy, którzy już tracili nadzieję na wagę polskojęzycznej piosenki, na jej odwagę, na wierność pewnemu etosowi szczerości, zaangażowania i ekspresji. Jeśli tak będzie, jeśli nie damy się wmielić w festiwalozę i retromanię albo inne głupoty, które dobrze brzmią w Uberze, będzie to niesezonowe. I tutaj odwrócę kota ogonem – rozglądam się dokoła, reszta gra sezonowo. Jeśli będziemy o to walczyć sami, będziemy punktem odniesienia. Chciałbym więcej rywalizacji, a wszyscy chcą albo grać noise, albo zrobić przebój. Jeśli ma istnieć alternatywa dla mainstreamu, która jest szeroko słuchana – a mamy z czego czerpać, polska muzyka obfituje w punkty odniesienia, czy Maanam, czy „Spokojnie” Kultu, „Miłość w czasach popkultury” – nie schodźmy już w niszę ekstremy, naprawdę ubolewam nad stanem polskiej piosenki i muszę przyznać, że Noże wzięły się także z poczucia braku, pustki, kapitulacji rówieśników. Przecież mamy za sobą gniew, energię, historię i siłę. Czemu nie latamy w kosmos?

Piosenki jak tąpnięcie płyt tektonicznych

Piosenki jak tąpnięcie płyt tektonicznych

Nie latamy bo gadamy a nie robimy. Dotykasz bardzo ciekawego problemu polskiej branży muzycznej, w której nadal pokutuje równanie, że muzyka mądra i ambitna musi być hałaśliwa i nieprzyjemna, a forma piosenki, w dodatku przebojowej oznacza miałkie treści, albo ich zupełny brak. Chcecie to przełamać? Stworzyć coś w rodzaju zbioru wspólnego?

Tak. Wydaje mi się, że to jest oddane pole, zwłaszcza, że rap traci atrybut muzyki pokoleniowej, przeżywa schyłek momentu kulturotwórczego, chociaż dzięki hedonizmowi i zabawie słowem zachowuje cechy symbolicznego spoiwa. Rześki powiew musi wrócić i musi wrócić na miarę nowej dekady. Treści muszą być autentycznymi doznaniami jednostki we współczesności, wrażeń wypalających jej oczy i namiętności, których nie da się nimi zaspokoić. To jest temat, z którym nawet takie gwiazdy jak PRO8L3M sobie nie radzą (diagnoza na wysokim poziomie, nawet wycieczki polityczne, ale remedium to dekadenckie enumeracje marek aut, alkoholi i imion dziewczyn na raz i wniosek, że ta pętla wyjaławia). Moja ambicja, to napisanie płyty złożonej z przebojowych piosenek, które brzmią jak tąpnięcie płyt tektonicznych. Na to trzeba pracować, ale ten proces w Nożach nabiera niesamowitego rozpędu i coraz bardziej jesteśmy opiekunami wspólnego ognia, a nie dzieciakami w salce (bardzo polecam TRYP – „Trypolis”, to jakiś żart jak oni nie dostają miłości od mediów…).

Lubię widzieć ogień w muzyce i w duszach. I u was to dostrzegam. Ale jest to ogień, który inspiruje a nie tylko parzy. „Trypolis” moim zdaniem głównie parzy, dlatego trochę odrzuca, więc pozostaje w jakimś sensie niezrozumiały. Wy z kolei parzycie, ale jednocześnie przyciągacie, czyli jesteście blisko ideału, nieprawdaż?

Piszę poparzonymi dłońmi.” (Sylvia Plath). To forma pośrednia, nie chcę antagonizować odbiorcy, szantażować bez pokrycia w przekazie, wyzywać go na pojedynek, chcę go wciągnąć w coś jak światła w gęstym dymie, sporo tego typu motywów jest w tekstach. Lustra, dym, płomień, oko. Pośrednie stany, transfery emocji, windy. Jak moment między zerwaniem, a żałobą. Między pożądaniem a podjęciem gry. To tworzy pewną scenę, przestrzeń, tam się formujemy, przechodzimy kryzysy, mierzymy ze sobą, nie na scenie, w pracy, po to czytamy książki, po to uczymy się pośrednich form ekspresji, czyli gitar, śpiewu, gry w muzykę. Wprowadzanie w intymne, źródłowe doznania może osaczać, ale osobiście kocham Tryp i np. projekt Rimabud Budzyńskiego/Jacaszka/Trzaski. Bardzo mnie interesują te atawistyczne, pierwotne sytuacje, gdzie człowieczeństwo jest kwestią wyboru, a kultura, czy nawet cywilizacja, cienką warstwą, jak celofan. Jak w „Jądrze ciemności” Josepha Conrada.

Prowadzimy mądre rozważania, ale tak przyziemnie z innej beczki i bezpośrednio, udało się wam zrobić przebojowy song, który ciągnie płytę, czyli oczywiście „Złe wychowanie”. Nie boisz się, że to będzie taki złoty gwóźdź do trumny, czyli kawałek, który was wypchnie wyżej i przylgnie do zespołu jak – przepraszam – karny kutas?

Tekst jest pisany z uwagą, krzyczany z trzewi, refren jest ekspresyjny, progresja smutna jak zakład karny oglądany późną jesienią z przystanku autobusowego. Ale to wciąż jest piosenka – wiem, czego chciałem od „Złego wychowania”. Na każdym koncercie mogę sobie zdetonować krtań w refrenach, bardzo lubię takie katharsis. Wierzę w te linijki, problemy i ekspresję. Killersowski bridge oparty na „wszystko płynie ćwicz pamięć” to też negocjacje z popem. Myślę, że pobawię się w ekstremalną piosenkę popularną, to jest wyraźnie moja aktualna faza, poza tym param się żenieniem najzimniejszej fali z najgorętszym neo-soulem. Jeśli to przeze mnie mówi, szczerze i dobitnie, chce wyjść na świat – to muszę słuchać, zrozumieć te intuicje. Tego typu kawałki rozumiem jako podpaloną formę, która dymi z oddali, ale w jądrze – parzy. Gra sprawdzonymi rozwiązaniami, ale igra z ogniem. „Złe wychowanie” jest dla mnie ważnym utworem, bo tekstowo dotyczy tematów klasowych, niewygodnych transferów, ponoszenia ofiary. Teledysk Marleny Budzyńskiej do „Złego Wychowania” także porusza się wśród alegorii, represjonowanej cielesności i posługuje zaszumionym medium, czyli starym VHS-em z uszkodzoną głowicą. To wszystko łączy się z resztą płyty.

Płyty kompletnej. Zapiętej na ostatni guzik. Także pod względem okładki. Gniew jak granitowa kula, która zachwyca, ale może zabić. Skąd ten obrazek?

Sandra Sýgur, która odpowiada za grafikę, chciała uchwycić monumentalny kadr przy pomocy czegoś powszechnego, napotkanego. Co do okładki – to nie granit, to po prostu betonowa kula, których wiele pod ministerstwami w Warszawie, nie zaparkujesz, nie przejedziesz. Dramat rozgrywa się także ze względu na centralną kompozycję, na nogi w obcasach opuszczające kadr. Debiut zawsze jest taką „kulą u nogi”, waży masę zachodu i starań, wszystko powstaje z nicości i kiedy już trafia do Ciebie jako gotowa, wydana płyta CD, ważąc tylko kilka gramów, jest to dziwne, sprzeczne przeżycie. Sandra odpowiada za całą oprawę graficzną pierwszej płyty, zależało mi na jej zaszumionym, intensywnym stylu opartym na artefaktach niedoskonałych narzędzi, które otwierają nowe wnętrza.

Serio dziwnie się poczułeś, kiedy po tych wszystkich latach przygotowań dostałeś do ręki kawałek tektury i plastiku? Czy jest to może jakiś paradoks kultury, działający na zasadzie zderzenia wysiłku z prozą życia, w tym przypadku prozą procesu wydawniczego. A może wydalniczego…

Proces wydawniczy dla debiutanta nie idącego na żaden kompromis jest żmudnym pośrednikiem z odbiorcą, ale ma też zalety. Tekturka ukazała się w formie, którą sami wybraliśmy, nikt nam nic nie narzucał – a jednak można nas nabyć w Empikach. Nie oceniam prozy procesu, raczej poraziło mnie, że spędziłem lwią część wolnego czasu od 2017 roku żeby wydać coś, co mieści się w dłoni i zajmuje 40 minut. Pewnie potem się do tego przyzwyczajasz.do widzenia

Granie, jak dźwięk i sposób dyskursu ze światem, jest w jakimś sensie poszukiwaniem świętego Graala. Dążeniem do… właśnie – do czego? Idea „szukaj/burz i buduj” chyba się tu nie sprawdzi?

Wydaje mi się, że każdy z nas odpowie inaczej, ale dla mnie najważniejsza jest intensywność kontaktu, czyli burza i napór na koncertach, napięcie, ekspresja poszerzona o nowo zdobyte pole. Bawimy się spoko efektami gitarowymi, także do wokalu, co może nie zdominuje brzmienia, ale stanowi istotny wątek; te efekty niekoniecznie są z wysokiej półki, często niszczymy nimi organicznie brzmienie instrumentu, ale jeśli to służy prawdzie, czyli intensywnej ekspresji, wszystko nam jedno, ponosimy ofiarę. Na żywo staliśmy się bardzo mocnym, charyzmatycznym składem i kosztowało to sporo potu i pracy, na debiucie nauczyliśmy się pracować z technikami nagraniowymi, na pewno następna płyta przyniesie bardzo oryginalne rozwiązania brzmieniowe i wcale nie mówię o wodotryskach ani kompresji pod Eskę. Chodzi mi o ogólną, całościową filozofię brzmienia. Maksymalna intensywność zakłada także bycie słyszanym, nie interesuje nas bycie najgłośniejszymi na salkach prób, tu chodzi o charakterystyczne, mocne brzmienie. Chciałbym, żeby dowolny, losowy takt brzmiał jak Noże, ale żeby piosenki były otwarte na słuchacza i wciągające.

Hm.. a czy nie boisz się, że ta intensywność, ten płomień nie spali was za szybko? Jesteś pewny, że jesteście ognioodporni?

Letnie brzmienie nam nie grozi, dopiero zaczynamy. Co do drugiej kwestii… cóż, na razie jest coraz ciekawiej, zespół jest coraz ważniejszy dla chłopaków i dla mnie. Poza tym, nie jesteśmy radykalną grupą wyznaniową, jeśli zrobimy świetną, szczerą i dużą płytę, może się okazać, że stracimy paliwo. A może po prostu wykonamy woltę, może zaczniemy grać muzykę, która parzy, albo microkorgowe epopeje a’la Cave/Ellis.

Ok, na koniec zapytam o… nie, nie o plany bo to głupie w dobie facebooka. Zadam jeszcze głupsze pytanie: skąd te „noże”?

Noże to trochę zaklęcie założycielskie. Jeśli nazwiesz się w sposób niewyraźny, nie będziesz wyglądać źle jak zaczniesz grać letni pop-rock. Jeśli zaczniesz grać letni pop-rock nazywając się „Noże”, to będzie dysonans (śmiech). To trochę takie „credo”, którego nie można zmyć.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Sandra Sýgur