NOMAD – W przeciwnym kierunku

Pierwszego dnia wiosny tego roku nową płytą przypomniał o sobie opoczyński Nomad. Przypomniał w zasadzie jedynie o tym, że wciąż istnieje, ponieważ album „Transmigration of Consciousness” to rzecz, która dość wyraźnie wyłamuje się z dotychczasowych ram stylistycznych tego deathmetalowego składu. Death metal? No właśnie… Muzyka, jaka trafiła na to wydawnictwo  zdążyła już podzielić spragnione ekstremy audytorium. Swój własny punkt widzenia na nią przedstawił nam Patrick Seth Bilmorgh, czyli znany również z Behemoth Seth.

„Transmigration of Consciousness” to album, którego scharakteryzowanie za pomocą przymiotników z reguły stosowanych do opisywania muzyki ekstremalnej rodzi poważne problemy. Z jednej strony wciąż mówi się o Nomad jako o zespole deathmetalowym, z drugiej po kilku przesłuchaniach nachodzi człowieka myśl, że ta etykietka nie jest tu jakoś szczególnie konieczna. Zgadzasz się?

Jak najbardziej. Trudno przyrównać tę muzykę do czegokolwiek. Trochę odbiega ona od tego, co robiliśmy wcześniej.  Staraliśmy się wykorzystać zupełnie inne elementy i bawić nią. Nie zagłębialiśmy się w tematy standardowe w stylu szybkich partii blastów, znacznie większy nacisk położony został na to, by każdy z numerów fajnie wybrzmiał. Fajnie to wszystko razem zagrało, a efekt wyszedł raczej nietuzinkowy.

Album powstawał między kwietniem 2009 a sierpniem 2010 roku, co pewnie w dużej mierze powodowane było twoimi zobowiązaniami wobec Behemoth. Wchodziliście do studia z gotowym materiałem, czy pewne patenty szlifowane były już na miejscu, z Maltą?

Większość pomysłów została opracowana jeszcze przed wejściem do studia, przy czym część pochodzi jeszcze z okresu poprzednich płyt. Nagrywaliśmy na raty. Najpierw, gdy miałem przerwę w koncertowaniu z Behemoth, zarejestrowaliśmy bębny, a później, gdy znów było trochę czasu – gitary i wokale. W końcu, kiedy tego czasu mieliśmy zdecydowanie więcej, mogliśmy na spokojnie całość zmiksować i zamknąć. Tak to wyglądało.

Zaskakuje to, jak różne oblicza prezentujesz w Nomad i Behemoth. Nomad to przede wszystkim gra bardzo osadzona rytmicznie, zorientowana na riff i konkretny groove. Co ciekawsze, po latach praktyki u boku Nergala i Inferna, nie przemyciłeś na „Transmigration of Consciousness” praktycznie żadnych elementów, które kojarzyłyby się z Behemoth. Trudno jest odseparować od siebie tworzenie dla obu grup?

w przeciwnym kierunku

w przeciwnym kierunku

Prawdę mówiąc, nie jest to nic szczególnie trudnego. Wynika to choćby z faktu, że w Behemoth utwory komponuje Nergal, a ja dodaję najwyżej jakieś detale, np. partie harmoniczne gitary. Nomad z kolei miał zawsze jakąś swoją z góry założoną ścieżkę. Tu nigdy nie starałem się wkraczać na teren – nazwijmy go – standardowy, a za to poszukiwałem innych rozwiązań. Właściwie przez całą działalność podążaliśmy w przeciwnym kierunku niż wszystko, co działo się dookoła. Taka zresztą jest też ta płyta. W momencie, gdy wszyscy dookoła stawiają na szybkie tempa i blasty, my tego nie robimy. Tym bardziej więc, nie sądzę, by w jakikolwiek sposób zazębiało się to wszystko z Behemoth.

„Transmigration of Consciousness” to ciekawie skonstruowany materiał: każdy z zasadniczych utworów oddzielony jest od pozostałych charakterystycznym intrem, przez co można wnioskować, że stanowi w pełni autonomiczny byt. Jak wy postrzegacie całość przez pryzmat takiej nietypowej struktury?

Z tego, co pamiętam, to zawsze chcieliśmy zrobić coś w tym stylu, jednak do tej pory niespecjalnie mieliśmy do tego warunki. Teraz, jako że technika poszła mocno do przodu, a i zdobyliśmy kilka naprawdę cennych kontaktów do ludzi, którzy takimi dźwiękami się zajmują, wreszcie mogliśmy nasz plan wprowadzić w życie. Intra z założenia miały wprowadzać do każdego z numerów, który poprzedzają, nieprzypadkowo zresztą zawierają w sobie pewne ich fragmenty. Często takie zabiegi stosowane są przez wiele zespołów na siłę, śmiem jednak twierdzić, że w naszym przypadku chodziło o coś więcej niż tylko dodatek do pełnoprawnych kompozycji. Wszystkie te przerywniki w jakiś sposób wiążą się tak z muzyką, jak i tekstem oraz tematem utworu.

Nietuzinkową muzykę dopełnia dość tajemniczy tytuł i nie mniej zagadkowa oprawa graficzna. Jakie przypisujesz im znaczenie?

Wiesz, nie chciałbym nikogo umoralniać, ponieważ zarówno tytuł, jak i okładka prezentują się tak charakterystycznie, że każdy powinien wysnuć z nich jakiś własny wniosek. Cóż, wszyscy posiadamy jakąś wyobraźnię i świadomość, więc jeśli ktoś przyjrzy się obrazowi zdobiącemu płytę, powinien od razu załapać, o co chodzi. Co zaś tyczy się kwestii tekstowej, to mam na nią własną teorię, lecz z prostego względu, że to nie ja, a Bleyzabel odpowiada za koncept liryczny, nie chcę zbytnio wchodzić w szczegóły.

Wpierw za sprawą twojego udziału w Behemoth wiele osób w ogóle dowiedziało się o tym, że od dawna współtworzysz Nomad, dziś „Transmigration of Consciousness” ma swą premierę w Witching Hour, czyli labelu, który w ostatnim czasie mocno pociąga za sznurki rodzimej sceny. Myślisz, że wydanie tego materiału przez Barta ma szanse znacząco wpłynąć na wasze perspektywy?

Jak najbardziej! Mam wrażenie, że nad tym zespołem zawsze wisiało coś niedobrego w związku z wytwórniami, z którymi współpracowaliśmy. W zasadzie nigdy nie było tak, by jeden label wydał dwie nasze płyty, bo albo rozpadał się on tuż po jej premierze, albo z kolei to z nami coś się działo, albo w końcu podejmowaliśmy decyzję o zmianie firmy fonograficznej. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się nam, by ktoś na taką skalę zajmował się promocją Nomad i pod tym względem Bart robi przeogromną robotę. Od czasu ukazania się albumu zdołałem udzielić już całkiem sporej ilości wywiadów, w tym wielu do znanych zagranicznych magazynów. Obecnie czekamy tylko na opinie fanów, ponieważ płyta ukazała się 21 marca, więc jest kąskiem stosunkowo świeżym.

Na przestrzeni blisko dwudziestoletniej kariery Nomad miałeś okazję nagrywać bodajże we wszystkich liczących się metalowych studiach w Polsce. Na liście miejsc odwiedzonych przez was są zarówno Alkatraz, Selani, Hertz czy lubelski Hendrix. Które z nich wspominasz najwyraźniej i dlaczego?

Największy sentyment czuję chyba do Hendrixa, a to dlatego, że zrobiliśmy tam dwa albumy, a jeden zmiksowaliśmy. Oczywiście wiem, jak przebiega praca w Hertzu, bo pomimo iż z Nomad jedynie masterowaliśmy tam „Transmigration of Consciousness”, to intensywnie współpracuję z braćmi Wiesławskimi w ramach Behemoth i bardzo lubię panującą u nich atmosferę. Mimo wszystko najbardziej związany czuję się z lubelskim studiem.

Jesteście po pierwszej odsłonie Unholy Carnival Tour. Jest szansa na to, że zobaczymy Nomad na większej ilości koncertów?

Na maj planowana jest już druga część Unholy Carnival. Myślę, że dopóki mamy czas, będziemy skłonni zagrać z Nomad praktycznie wszędzie.  Być może sytuacja rozwinie się na tyle, że zaprezentujemy się poza granicami Polski. Pierwsze koncerty Behemoth planowane są dopiero na październik, przy czym nie będzie to koncertowanie szczególnie intensywne. Ten etap mamy już bowiem za sobą. Możliwości jest zatem sporo.

Rozmawiał Cyprian Łakomy