NIHILOSAUR – hymn i ruina

Czy zespół, który jako swoje inspiracje podaje The Jesus Lizard, Today Is The Day, NoMeansNo, Gus Gus, Assassins of God, Rein Sanction i Celtic Frost może być nudny, czyli przeoczony przez nasz magazyn? Odpowiedź brzmi – nie. W dodatku, jeśli ma się tytuły kawałków w rodzaju  „Swedish Concentration Camp” czy „Love Is The Crown of Hate”, trudno liczyć, że słuchacz przejdzie obok nich obojętnie. Na razie szczeciński Nihilosaur, który ma już kilka dobrych lat na karku, zaczyna dopiero zdobywać trudne bastiony muzycznego biznesu w tym kraju, jednak z takimi atutami ma szansę stać się bożyszczem wszelkiej maści popaprańców, w czym zamierzamy im wydatnie pomóc, promując na naszych łamach płytę o oryginalnym – a jakże! – tytule Death is the border that Evil Cannot Cross”. Hałas jest hałas, ale póki będą istnieć takie hordy, nie straszne nam poświęcenie uszu. Was prosimy o poświecenie wzroku i zapoznanie się z tym co do powiedzenia mieli panowie Wojciech Nadolny (gitara) i śpiewający basista Artur Ciechorski. Zaiste, oryginalna z nich kompanija…

Skąd pomysł na nazwę – co to za nihilistyczny dinozaur?! Zwierz ma depresję, bo wyginie, czy jak??

N w szale kolorWojciech Nadolny: Tak, to postać wymyślona, która pojawiła się szybciej na Ziemi niż się spodziewaliśmy. To post – człowiek, otoczka po człowieku jako okresie dziecięcym „sztucznej inteligencji”, skazany na wyginiecie, ale jako że ma +10 do charyzmy i nicości, którą jest pokryty, kto wie, może ma jakąś szansę ?

Wiem z rozmowy z jednym z Was, że karierę zaczęliście dość późno, jeśli chodzi o wiek – dlaczego tak się stało? Myślicie, że są plusy takiej sytuacji, kiedy w NNN dojrzałym wieku zaczyna się zabawę w muzykowanie?

WN: Gramy od podstawówki, pochodzimy z czasów, kiedy punk rock w Polsce oraz inne nurty były prawdziwie undegroundowe i w pozytywnym sensie posiadały jakąś ideologię. Ciężko było nam myśleć o muzyce jako o produkcie a już świętokradztwem było by wymyślanie coś pod publiczność. Mamy wewnętrzny przymus grania muzyki. To jedyna zabawa, która się nam nie nudzi. Najbardziej subtelne uzależnienie.

Artur Ciechorski: Graliśmy w rozmaitych składach szczecińskich, min. The Analogs, Dzieci, Felicite Pueros, ale nasza trójka spotkała się dopiero w 2005. Działamy już 8 lat, więc zaczęliśmy jakiś czas temu, ale dopiero teraz zdecydowaliśmy się naszą muzykę promować. Po wydaniu pierwszej płyty wydawało nam się, że rynek działa tak jak w latach 90-tych – wystarczy grać ciekawie a ktoś cie i tak zauważy. To był duży błąd. Niemniej pierwsza płyta min dzięki piratom jako tako rozeszła się po świecie i obiła się paru osobom o uszy. Drugiej pyty nie promowaliśmy, bo nie do końca byliśmy z niej zadowoleni i zaczęliśmy nagrywać… trzecią (śmiech). Do trzeciej podeszliśmy już poważnie, stąd min. ten wywiad.

Dodatkowym znakiem zapytania w Waszym przypadku jest fakt, że paracie się – całkiem udanie zresztą – stylistyką, która jest z założenia raczej odpychająca i nie wróży niczego dobrego – co skłoniło Was do podjęcia takiej decyzji odnośnie muzyki – jacy wykonawcy czy wydarzenia wpłynęły na taki stan rzeczy?

N w szale kolorWN: Assasinss of God, Laibach, Lutosławski, Rein Sanction, Godflesh, Kinsky , ale tez Baudrillard Jung i całe jego alchemiczne przygody, mnóstwo innych książek, filmów – czasem piękna, czasem smętna przygoda życia.

AC: The Jesus Lizard, Today Is The Day, Voivod, NoMeansNo, Gus Gus, Celtic Frost i dziesiątki innych kapel z lat 80-tych i 90-tych.

Macie na koncie jeszcze wspomniane dwa wydawnictwa – jako, że są mi kompletnie nieznane, kilka słów na ich temat. Dlaczego poprzednia płyta ma być przez Was jeszcze raz nagrana?

AC: Materiał do płyty „You Will Never Get the Satisfaction” powstawał 5 burzliwych lat, podczas których mieliśmy trochę kłopotów życiowo/logistyczno/finansowo/personalnych. Rozstaliśmy się z naszym dotychczasowym wokalistą Mazakiem i szukaliśmy nowego człowieka na jego miejsce, ale bez rezultatu. Najgorsze, że umówiona była już sesja nagraniowa. Ja wskoczyłem w tą rolę trochę z braku laku i bez przekonania o swoich możliwościach, bardzo krótko przed nagraniem i nie miałem czasu przygotować się do sesji. Efekt końcowy, jeśli chodzi o wokal, był niezadowalający. Nie wiedzieliśmy też jak mamy brzmieć. Wymyśliliśmy sobie bajkę, że ma to być zbliżone do… The Jesus Lizard. Przypominam, że pierwsza płyta była bliższa muzyce death metalowej (śmiech). Wszystko to spowodowało, że płyta po nagraniu poszła do szuflady a my zajęliśmy się nagrywaniem płyty trzeciej. Teraz mając wypracowany styl, zremiksujemy ją od nowa i nagramy nowe wokale. Myślę że na przełomie roku płyta ujrzy światło dzienne.

Działacie od 2005 roku, to w sumie kupa czasu. Czy przez ten okres udało się osiągnąć coś, o czym warto wspomnieć na łamach Violenca? Ew., czy są wydarzeniaN w szale mrożące krew w żyłach, o których trzeba zapomnieć?

WN: Nie osiągnęliśmy nic w znaczeniu materialnych poszlak sukcesu komercyjnego, ale znaleźliśmy kamień filozoficzny – tzn. znaleźliśmy swój własny styl – to pozwala nam oddychać. To wszystko co mamy. To wszystko co można mieć.

Zazwyczaj ewolucja muzyczna przebiega w drugą stronę – zaczyna się od hałasu a kończy na piosenkach i melodii. Co zatem pcha Was do zgoła odwrotnej sytuacji – co takiego, hipnotyzującego jest w zgrzytach i wrzaskach?

WN: Emil Cioran powiedział kiedyś, że trzeba mieć upodobanie do hymnu i ruiny. Chcielibyśmy żeby choć trochę nasza muzyka wyrażała tę myśl.

AC: Ciężko w dzisiejszych, przerażających czasach wyrażać siebie inaczej niż krzykiem. Wczasach pornografii społecznej, wytrysków oralnych, chamstwa, defekacji w obliczu milionów ludzi. Signum temporis. Zauważ jednak, że staramy się przemycać dosyć dużo melodii zarówno w wokalu jak i w gitarach. U nas nie króluje rytm, tylko jednak melodyka, melancholijna i mroczna, ale melodyka.

Jako, że dorośli z Was ludzie, trzeba podjąć problem rodzin i bliskich – jakie Wasze zainteresowania, co przekłada się pewnie na próby i wydawanie kasy na sprzęt, wywołują w otoczeniu reakcje: a. Tolerują Wasze zainteresowania b. Kibicują Wam c. Złorzeczą i zrzędzą, że czas zakończyć te głupoty. D. Inne? Kibicują/tolerują – z uwagi ze pół życia spędzamy na próbach.

AC: To zależy, u mnie dominuje opcja c) u Wojtka chyba b) u Ziemka nie wiem (śmiech). Dzieci są za małe by były zazdrosne, ale żony nie zdają sobie sprawy, że gdyby nie muzyka N w szale kolormoglibyśmy w przypływie załamania powiesić się na kablu od żelazka albo oderwać im głowy (śmiech).

Wspomnieliście, że posiadanie własnej wytwórni skończyło się jej plajtą. Kilka słów na temat tej strony działalności – jakie są plusy posiadania małego labelu iN w szale czemu w końcu padł?

AC: Po rozczarowaniu rynkiem muzycznym lat 2000 postanowiliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i powołaliśmy twór o nazwie Demons of Entertainment. Wyłożyliśmy dosyć sporo własnej kasy na stół. Niestety, możliwości finansowe mocno się ograniczyły i musimy kombinować inaczej. Ostatnim wypustem DOE będzie wydanie płyty „You Will Never…” a potem będziemy zmuszeni czapkować do wytwórni żeby móc wydać czwartą płytę. Liczymy że „Death Is the Border” pomoże nam w tym.

Przyznam się, że zanim posłuchałem muzyki, zaintrygowały mnie szalenie tytuły płyt i utworów, że wspomnę tylko o „You will Never get the Satisfaction”, „Death is the Border that Evil Cannot Cross” czy kawałki – „Swedish Concentration Camp”, „Love Is The Crown of Hate”. Kurczę, intrygujące strasznie! Czy to tylko prowokacja, gra słów itp., czy macie jakieś ciekawe historie do opowiedzenia? Np. na temat szwedzkiego obozu koncentracyjnego itp. O co w tym chodzi?

WN: Nie to nie jest do końca prowokacja, ale próba opisu poprzez paradoks nowych zjawisk np. w społeczeństwie, czyli szwedzki obóz jako symbol społeczeństwa konsumpcyjnego, które eksploatuje nasze zasoby w inny, wyrafinowany sposób – na poziomie duchowym. Korporacje są już w posiadaniu naszych wszystkich zasobów razem z tym, co pomyślimy w przyszłości… Nie ma co włączać katarynki – to rozmowa na dłuższą chwilę. Jedynie dystans ironii i paradoksu jak w tych tytułach na chwilę daje fragmentaryczny ogląd i pozwala zaczerpnąć powietrza. Przezwyciężenie jakiejś jakości prowadzi do innego stanu jak w tytule „Love Is The Crown of Hate”

AC: Tu nie ma jakiegoś wyrafinowania czy celowej gry. Tytuły oddają klimat płyt czy poszczególnych kawałków. Pierwsza „The End Is Within Sight” dobrze oddawała klimat twórczości Ezry Punda, która została użyta w tekstach. „You Will Never…” to nawiązanie do „I can Get No Satisfaction” Stones’ów. Panie Jagger, nigdy pan tej satysfakcji nie osiągniesz bo życie nie na tym polega (śmiech).

 hymn i ruina

hymn i ruina

Muzyka na „Death is the border thar Evil Cannot Cross” zwraca uwagę formą aranżacji – często kawałki są konstruowane liniowo, bez podziału na części, co powoduje, że muzyka nabiera transowego charakteru. Czy to oznacza, że poszczególne utwory na koncertach mogą osiągać nieco bardziej wydłużone formy, w stosunku do wersji studyjnych?

WN: Tak to jakiś rodzaj fascynacji muzyką poważną, szczególnie, mimo, że tego nie słychać, Lutosławski inspiruje i to bardzo a zarazem wiemy, że ważne jest by być trochę awangardowym. Trzeba określić jakieś ramy, bycie wobec czegoś z czym relacje się przekracza – to nasze „wobec”, nasza relacja „nasze ramy” są, co by nie mówić, około metalowe. Staramy się je przekraczać bądź balansować na granicy. Kawałki mają stałą strukturę poza wyjątkami.

AC: Ciekawe to co mówisz o transowości. My postrzegamy to jako raczej lekko nerwowy zbiór riffow, wykrzyczenie emocji, jak dziecko, które nie bardzo panuje nad formą, ale ma dużo do powiedzenia i dużo jest w nim emocji. Do transu a’ la Godflesh czy Paul Van Dyk’a nam trochę brakuje jednak (śmiech). Zresztą, nie dążymy do tego. Może bardziej Ci chodzi o rozlewające się melodie gitarowe, które cały czas obijają się w jakiejś melancholijnej swoistej rytmice. Chaos polskich, krzywych chodników, ale też poetyka duszy, która jednak w nas polakach została jeszcze.

Jak wyglądała praca nad kawałkami, w nawiązaniu do poprzedniego pytania – czy było to takie wpadanie w trans i z takich wielogodzinnych zabaw rodziły sięN w szale kolor poszczególne utwory, czy mozolne układanie poszczególnych tematów w całość?

N w szaleWN: Kawałki raczej tworzone są z pewnych ciągów riffów, które powstały w tym samym okresie czasu i nie są raczej mozolnie składane – mamy kłopot z nadprodukcją, np. za rok nagrywamy 4 płytę a już mamy do niej zrobione kawałki. Chcielibyśmy mieć kasę na nagrywanie płyt co pół roku. Niestety, nagranie płyty to ogromne koszty. Ja przynoszę szkielet, który z czasem jest modyfikowany nieznacznie i dopasowywany do wokalu.

W działeczce, do której zazwyczaj wrzucają Waszą muzykę, jest dzisiaj sporo zespołów, co świadczy o tym, że ta amerykańska odmiana starego rock zainfekowanego diabłem, znakomicie się u nas przyjęła. Macie swoich faworytów na rodzimej scenie?

WN: Shadow Land – z niecierpliwością czekamy na ich nową płytę, ciekawy jest Thaw.

AC: Lubię projekt Rogi i Masse Mord. Co do działki, w którą nas wrzucają – widać, że recenzenci mają z tym kłopot, my zresztą też bo nasza muzyka jest na tyle eklektyczna, że może być i noisem, doomem, sludgem, death’em i hardcorem.

Narzekaliśmy sobie trochę w rozmowie na współczesny, muzyczny biznes. Grając taką muzykę, zawsze będziecie na jego obrzeżach – czy myślicie, że istnieje sposób, by spopularyzować niekomercyjnego, mocnego rocka, czy takie zabiegi nie mają sensu?

AC: Nie odpowiem Ci na to pytanie bo i sam rynek muzyczny jest w lekkim rozkroku i nie wie jak ugryźć muzykę nie tylko ekstremalną, ale i rockową w tych czasach. My przyglądamy się temu lepiąc powoli jak żuki naszą kulkę gnoju bo nic innego nam nie pozostaje.

 lepimy swoją kulkę gnoju...

lepimy swoją kulkę gnoju…

Jak wygląda życie koncertowe takich gości jak wy – dużo gracie, czy raczej okazjonalnie pokazujecie się na scenach? Jakie były najlepsze zagrane sztuki?

N w szaleAC: Gramy okazjonalnie i staramy się występować w miarę możliwości dla ludzi, którzy chcą tego słuchać a nie na festiwalach czy przeglądach typu „Zespół roku ziemi pyrzyckiej”. Nie jesteśmy zwierzętami scenicznymi, czujemy się za to jak ryba w wodzie komponując czy nagrywając.

WN: Co nie znaczy, że marzeniem byłoby zagranie na jakimś festiwalu typu Asymmetry…

Zawsze interesuje mnie, czym zajmują się członkowie zespołu, kiedy już wyjdą z przepoconej sali prób – garnitury czekają w szafach, biureczka z laptopami i korporacja, czy coś zupełnie innego?

AC: Poza zespołem jesteśmy misiami, którzy muszą zarobić na chleb, przewinąć pieluchę i pójść z żoną na zakupy. Naszym hobby jest muzyka i nawet nie byłoby czasu na nic innego. Zespół wypełnia każdą dziurę, wyrwaną z codziennego kieratu.

WN: Na szczęście, laptop ma wyjście na słuchawki więc można czasem w biurze posłuchać muzyki.

Szczecin – miejsce może niezbyt znane na muzycznej scenie, może poza tym, że pochodzi stąd Hey bodajże, choć są w nim fajne miejscaN w szale kolor do grania (grałem w całkiem fajnym klubie Loft Art…) – jak wygląda z Waszego punktu widzenia scena muzyczna w tym mieście?

AC: Nie znamy za bardzo zespołów szczecińskich. Jest Godbite, nasi znajomi, z którymi zresztą dzielimy salę prób. Nietuzinkowa muzyka dla dziewczyn (czego im zazdrościmy) z fajnym wokalem. Jest wspomniany Shadow Land czy Deconstructing Sequence. Jeśli jest jakaś szczecińska scena to nie jesteśmy na pewno jej częścią.

Zdradźcie, jaki jest Wasz ideał kariery Nihilosaur – co chcielibyście osiągnąć, gdzie chcielibyście być np. za rok?

N okładkaAC: Chcemy dotrzeć do tych paru procent, którym brakuje takiej muzyki i którzy są otwarci na tego typu doznania a wiemy, że w prawie każdym mieście na świecie jest garstka takich świrów. Chcemy by każdy nasz nowy wypust był dla tych ludzi jakimś wyczekiwanym wydarzeniem. Naprawdę wierzę, że jest trochę ludzi, którzy nie zadowalają się muzyką robioną do windy a 90% dzisiejszych zespołów, w tym i grających ostro, taką muzykę robi.

Kilka słów dla naszych czytelników na koniec…

Otwórzcie się na nowe doznania, odkryjcie w sobie trochę melancholii i posłuchajcie naszej najnowszej płyty, gwarantujemy ciekawe doznania. Najwyżej ją skasujecie i odjedziecie windą…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Archiwum zespołu