MORZE – Kręta ścieżka

Morze, nasze morze… chciałoby się zaśpiewać i już wiadomo, że w 3M gościmy. Po raz kolejny nadmorska metropolia wypuszcza zespół, który jest jak wiatr we włosach – ulotny, spontaniczny i wolny. Być może (morze?) ostatnio takich swobodnych impro – lotów pojawiło się całkiem dużo, ale nadal jest to niezbadana do końca nisza, która przynosi ciekawe produkty. Po lekturze Obiektów czy Śliny i w oczekiwaniu na nowy Lonker, słuchamy debiutu Morza, o o którym pisaliśmy już jakiś czas temu, a teraz oddajemy głos Piotrowi Czerskiemu, który rzuci parę uwag odnośnie rzeczonych „Zgrzytów” i okolic. 

Nie można powiedzieć czym morze jest. Ono po prostu jest, istnieje jako forma energii. I to jest także najbardziej fundamentalna idea stojąca za naszą muzyką: generować energię, poddawać się jej i pozwalać się nieść. /Piotr Czerski/

Być może (morze?) będzie to nieco złośliwe, ale czy nazwa waszego zespołu, szczególnie w kontekście lokalizacji nie jest troszkę pretensjonalna? Czy faktycznie chcecie podkreślić swój hołd dla wyjątkowego miejsca w którym de facto żyjecie?

Pretensjonalny to wg definicji „zachowujący się sztucznie” albo „zbyt wyszukany”; pierwsze nie dotyczy nas na pewno – ideą porządkującą działalność zespołu jest właśnie szukanie formy najbardziej naturalnej, a muzyka powstaje zwykle w trakcie improwizacyjnego transu, w którym pełne otwarcie na siebie jest warunkiem wstępnym. A czy rzeczownik pospolity może być nazwą zbyt wyszukaną? Może, ale chyba jednak nie w tym przypadku. Ta historia jest dość prosta – w pewnym momencie życia zacząłem regularnie jeździć do Brzeźna, bo siedzenie na plaży po sezonie okazało się prostą i skuteczną formą wyłączenia się na chwilę ze świata. Przez dwa lata realizowałem projekt fotograficzny polegający na regularnym robieniu zdjęcia morza z tego samego punktu – efekty są dostępne tutaj. Siłą rzeczy, jako przede wszystkim poeta, szukałem także słów i zdań – i właściwie dopiero wtedy, po trzydziestu kilku latach mieszkania tutaj, odkryłem magnetyczną siłę jaką ma nieokreśloność morza. Nie można powiedzieć czym morze jest. Ono po prostu jest, istnieje jako forma energii. I to jest także najbardziej fundamentalna idea stojąca za naszą muzyką: generować energię, poddawać się jej i pozwalać się nieść.

Czyli można przyjąć, że jesteście najbardziej morskim z trójmiejskich zespołów. Jednocześnie stanowicie część wspólną między rzeczonym akwenem a współczesną sceną alternatywną. Która przeżywa rozkwit będący jednocześnie klęską urodzaju. Łatwo w tym tłumie zginąć. Czy obawą o to „zginięcie” tłumaczyć można fakt dość oszczędnej promocji?

Jak to: oszczędnej? Wysłaliśmy ze trzydzieści maili, dla nas to cała kampania reklamowa. Szczerze nienawidzę wszystkich zabiegów promocyjnych, zawsze wierzyłem w prostą zasadę: jeżeli mówisz coś interesującego dzięki podjęciu jakiegoś ryzyka i pracy włożonej w odnalezienie się w warunkach niepewności – to wnosisz wartość, a jeśli wnosisz wartość, znajdziesz odbiorców i to oni będą cię promować. Z sympatii, uznania, z poczucia, że mówisz coś dla nich ważnego. Każdy inny rodzaj promocji, nieważne jak błyskotliwie krótkoterminowo skuteczny, ostatecznie kończy się w limbo niepamięci. Tych trzydzieści maili zaowocowało już sześcioma chyba recenzjami, bez wyjątku pozytywnymi; wiem, że w przygotowaniu są następne, a co najważniejsze – odzywają się do nas ludzie, którzy trafili na album przypadkiem i są nim autentycznie i spontanicznie zachwyceni. Czy można chcieć czegoś więcej? Natomiast jeśli mówisz o klęsce urodzaju… Nie wiem, nie odczuwam tego. Przeciwnie, byłbym szczęśliwy, gdyby choćby nasi trójmiejscy przyjaciele – Lonker See, Królestwo, Lastryko, Pył, Sunworm i wielu innych – nagrywali częściej. Muzyka to energia, energia powinna krążyć.Morze

Można przyjąć, że twoje słowa są w zasadzie idealną i kompletną definicją „alternatywy”. Alternatywy jako ruchu, sztuki wolnej od jakichkolwiek wpływów. I tu pojawia się pytanie – czy Morze jest na jakieś wpływy podatne? A jeśli tak, to na jakie?

Na pewno, nic przecież nie powstaje z niczego. Paweł wcześniej grał w postpunkowym Timmy and the Drugs, później w składach hardcorowych, a słucha też speedcore’ów, Jacek zaczynał od cold wave, a w bibliotece muzycznej ma chyba wszystko… Ja uczyłem się od kolegów z Towarów Zastępczych i Karola Schwarza, od którego przejąłem takie radykalnie trójmiejskie myślenie o muzyce jako przestrzeni wolności, przepływu energetycznego, permanentnie zaskakujących interakcji. W utworze „Ryby chciały latać” osią stała się np. zupełnie niespodziewanie siedmiominutowa improwizacja, którą rozpoczyna włączenie przeze mnie omyłkowo ustawionego delaya, brzmiącego dosłownie jak wiertarka wgryzająca się w ścianę. W dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto coś takiego oznaczałoby przerwanie nagrania, a tu otworzyło przestrzeń dla takiego lotu, że poza Jackiem nikt nie jest pewny, które dźwięki pochodzą od niego. Nagrywaliśmy to w głębokim noise’owym zen. To jest właśnie morze. Więc tak: przede wszystkim Trójmiasto. Jako zespół słuchaliśmy też na pewno całej masy stonerów i psychodelii: Dead Sea Apes, Electric Moon, The Myrrors, Radar men from the Moon, Papiru, Cartlon Melton, Zone Six, Hills, Kikagaku Moyo, Jambinai, Wooden Shjips, Dirty Three, oczywiście Ewy Braun, Artura Maćkowiaka, całej stajni Instant Classic…

Mimo tych wszystkich wpływów, Morze, co warto podkreślić, posiada własny charakter i jest w swoim locie bardzo unikatowe. Gdyby ktoś się was zapytał, z czego to wynika, bylibyście w stanie obiektywnie spojrzeć na własną twórczość?

Myślę, że istnieją dwie zasadnicze drogi robienia rzeczy, w tym grania muzyki w zespole. Pierwsza ma szerokość autostrady, idą nią ludzie, którzy od początku widzą konkretny cel, w przypadku muzyki definiowany zwykle przez współdzieloną sympatię dla dokonań jakiegoś zespołu albo tradycji pewnego gatunku muzycznego. Coś lubisz, chcesz to coś współtworzyć, zmierzasz do jakiegoś celu i jeżeli jesteś wytrwały — osiągasz go. Druga ścieżka jest kręta i wiedzie przez las: nie wiadomo dokąd zmierza i nie wiadomo, czy w ogóle gdziekolwiek prowadzi. Jeżeli nią idziesz — lepiej, żebyś polubił samą wyprawę. Morze jako zespół idzie konsekwentnie tą drugą ścieżką. Brzmimy inaczej, bo nikogo nie naśladujemy. Generujemy dźwięki, nasłuchujemy energetycznych maksimów i podążamy za nimi. Niedawno znalazłem zapis naszej pierwszej próby: to parę osób przez pół godziny wydających dość losowe dźwięki z przypadkowego instrumentarium. Wiele zmieniło się od tego czasu, ale rdzeń jest ten sam: wyłączyć się stąd i wspólnie odnaleźć w innym miejscu.

Jest w tym całym improwizowanym odłamie alternatywy pewien dysonans, który od lat mnie intryguje – im ambitniejsza, bardziej zaskakująca i pięknie płynąca muzyka, tym trudniej ją sprzedać publiczności. Mam wrażenie, że ludzie jednak wolą dwuminutowe piosenki i choć owszem, kiwają głowami z uznaniem, to wybierają koncerty mniej angażujące ich jako słuchaczy. Czy faktycznie „trudno” sprzedać trudną muzykę?

Gdzie tu dysonans? Wiadomo, że jeśli podwyższasz — mówiąc językiem projektowania — próg wejścia to zawężasz grupę docelową. Język projektowania jest tu wyjątkowo na miejscu, bo przemysł mainstreamu wytwarza właściwie produkty dźwiękowe, w których wszystko, od konstrukcji kompozycji, przez brzmienie, nasycenie hookamiZrzut ekranu 2019-12-02 o 00.34.54 melodycznymi i tekstowymi, po — dosłownie — energię przekazywaną przez różne fragmenty pasma jest zoptymalizowane pod kątem dopasowania do naszego aparatu poznawczego i aktualnej sytuacji kulturowej. “Mainstreamowa alternatywa” — myślę tu np. o podziemnym hip-hopie — też dostosowuje się do tych reguł; jeżeli posłuchasz tego, co uchodzi tam za awangardę, to będą to często dwuminutowe numery będące niemal fizycznym wbijaniem do głowy trzynutowej melodii i dwuwyrazowej frazy. Nisza dla takiego towaru liczy sobie kilkadziesiąt, może kilkaset tysięcy odbiorców w Polsce i jeśli chcesz w ogóle sprzedawać muzykę to rynek jest tam. I stamtąd możesz się wybijać do zasięgów liczonych w dziesiątkach milionów odtworzeń. Natomiast jeśli tym, co lubisz grać, są dziesięciominutowe loty wymagające utrzymania przez słuchacza jakiejś uwagi i wyrobionej tolerancji na mieszankę dźwięku i hałasu — cały twój rynek w Polsce to jakaś jedna piąta tej najgłębszej hiphopowej niszy. I wszyscy konkurują o uwagę dziesięciu, może dwudziestu tysięcy możliwych odbiorców. Dla mnie zawsze było jasne, że to w ogóle nie jest na sprzedaż. Przeciwnie, to jest po to, żeby móc kogoś poczęstować i cieszyć się, jeśli smakuje…

Rozmawiał Arek Lerch