MONSTERGOD – Nieustające poszukiwanie

Próbowali już wielu rzeczy, jednak najlepiej wychodzi im mariaż szorstkiej elektroniki, mroku i lekko tanecznego pulsu. A tego na „Invictus” – nowej płycie zespołu jest sporo. Jest też odrobina rammsteinowego industrialu, czasami pojawi się gitara, ogólnie jest jednak ciemno i całkiem klimatycznie. No i Monstergod jest duetem, czyli modnym w sumie układem. Czy to pomaga, jak rozwiązują problemy logistyczne i dlaczego wykorzystują cudze poezje – o tych i innych tematach rozmawialiśmy z połową duetu – odpowiedzialnym za elektronikę i gitary Markiem Smolskim.

Na dobry początek może trochę przewrotnie  – czujecie się związani ze sceną alternatywnej elektroniki czy raczej z środowiskiem gotyckim? Gdzie jest wygodniej?

To kompletnie nie ma znaczenia. Robimy muzykę i sprawą kompletnie normalną jest, że zespół wrzucany jest do któreś z szuflad. My jesteśmy zapewne gdzieś pomiędzy gotykiem a elektroniką. Aczkolwiek nie są nam obce rzeczy związane z metalem czy folklorem. Ale czujemy się dobrze tu gdzie jesteśmy, niezależnie jak to zostanie nazwane.

No właśnie – rozstrzał inspiracji jest ogromny i zawsze zastanawiam się nad takimi projektami – zostawiacie sobie wszystkie furtki otwarte? Bo w zasadzie najnowsze dzieło pokazuje, że najlepszy jest dla was jednak flirt z inteligentną elektroniką…

Ja bym powiedział inaczej – my nie zostawiamy otwartych furtek, jedynie żadnej nie zamykamy. Słuchamy bardzo różnej muzyki choć zarówno ja i Miłosz wychowaliśmy się na mrocznych kapelach lat 80., Bauhaus, The Sisters Of Mercy, Fields Of The Nephilim, Joy Division etc. Obecnie słuchamy sporo zróżnicowanych rzeczy i to słychać na najnowszej płycie. Jednocześnie mamy poczucie, że cały czas słychać, że to jest nasze, że to Monstergod. Fakt, w elektronice czujemy się najmocniejsi, ale wynika to też z tego, że elektronika pozwala na tworzenie, wprowadzanie do utworów partii instrumentów, na których nie potrafimy grać. Z drugiej strony elektronika pozwala nam na kooperację online, bo tak powstają w zasadzie wszystkie nasze utwory.

Nieustające poszukiwanie

Nieustające poszukiwanie

W sumie to modny układ – teraz całkiem dobrze prosperują duety – gość z komputerem i wokalistka. Wokalistki u was nie ma ale… Czujesz, że jest dobry czas na taka muzykę jak wasza? Macie jakiś zmasowany feedback na płytę?

To modny układ, ale w naszym przypadku tak nie jest. Mamy dość jasno sprecyzowane „obowiązki”. Miłosz zajmuje się tworzeniem numerów, wokalami i tekstami. Ja również tworzę muzykę, ale też czuwam nad produkcją albumów, miksami, masteringiem, a także pomysłami na współpracę z innymi muzykami, których sporo jest na ostatniej płycie. Zmasowany to nieco mocno powiedziane. Mamy bardzo dobre recenzje i odzew zarówno z Polski jak i innych krajów europejskich. Dostaliśmy kilka propozycji koncertowych co bardzo nas cieszy, bo dzięki temu Monstergod powróci do grania live, pierwszy raz od 2013 roku.

Dotykasz ważnego tematu – jak logistycznie zamierzacie rozwiązać tę kwestię: mieszkacie w różnych miejscach, a tu promocja czeka… Jak rozwiązujecie te problemy?

Każdy z nas ma też swoje zadania promocyjne. Ostatnio na wywiady jeżdżę głównie ja, natomiast Miłosz udziela się w wywiadach telefonicznych. Poza tym, ta promocja nie jest aż taka duża, większość spraw można bez problemu ogarnąć online. Odległość nie stanowi, i de facto nigdy nie stanowiła dla nas problemu.

Jak to jest – słuchając waszej muzyki wydaje mi się, że wasza sztuka pasuje bardziej do małych klubów i na tzw. „imprezy artystyczne” – możesz zdradzić, jak wygląda wasze życie koncertowe – gdzie grało się najlepiej?

To chyba nie jest tak. Chyba najlepiej wspominamy koncert sprzed dobrych kilku lat w Pradze. Ale nie był to ani mały klub, „impreza artystyczna” tylko solidny minifestiwal. Najważniejszym jednak w graniu jest odzew po drugiej stronie. Można zagrać beznadziejny koncert dla kilkuset osób albo rewelacyjny dla 50. Pytanie, czy udaje się spowodować aby słuchacz na koncercie poczuł te przyjemne wibracje, po których wychodzi z koncertu zadowolony i długo go wspomina.

Invictus

MONSTERGOD Invictus (Space Race Records) Udział w rynku takich zespołów jak Monstergod nadal jest nieduży, ale nie wpływa na to muzyka, bo ta jest w sumie wciągająca, chodzi raczej o tzw. model biznesowy – duet, mieszkający w rożnych krajach, ograniczone możliwości koncertowe i być może brak prężnej wytwórni, która zajmowałaby się sprawami zespołu od rana do wieczora. Bo teraz, niestety, są gdzieś z boku, co szczególnie dziwi, bo prezentują dość modną opcję elektronicznej, lekko tanecznej i mocno klimatycznej muzyki, takiej, co nie boli i sprawia przyjemność podczas słuchania. Najbardziej cieszą mnie te elektroniczne wątki – inteligentnie zaaranżowane, łączące mrok i tęsknotę za gotyckimi latami 80. ze współczesną produkcją i sprawnym żonglowaniem stylistykami. Nieco bardziej kontrowersyjnie wypadają mariaże plastiku z gitarowymi brzmieniami (np. w „Complete&Bored czy „God Lay Dead”) bo w sumie nie popychają muzyki do przodu, na szczęście to tylko smaczki, bo dominuje elektro, dobre brzmienie wokalu i przyjemny klimat zabawy. Obok czysto użytkowej formy (część utworów sprawdziłaby się na podziemnej techno imprezie („Madeline” czy „We Are Monsters”), mamy delikatne zabawy formą i sympatyczne (czytaj – nienachalne) nawiązania do różnych mistrzów – a to powieje gdzieś Alien Sex Fiend, to znowu Sisters of Mercy, krautrockiem czy nawet Depeche Mode. Monstergod potrafi jednak przerobić to wszystko na własną modłę i uniknąć wtórności. Przynajmniej w ogólnym zarysie. Do tego dodajemy teksty wykorzystujące w dużej mierze poezje Edgara Allana Poe,  Williama Ernest Henley’a, Roberta Frosta, Paula Verlaine czy Charlesa Baudelaire’a, całe mnóstwo gości i dobrą produkcję – nie ma wstydu tylko powody do zadowolenia. Dobra płyta, trzeba teraz tylko trochę się wokół niej zakręcić…

Dwie osoby na scenie to zawsze problem z zagospodarowaniem przestrzeni. Coś jak teatr jednego aktora – macie jakiś patent, żeby scena nie była „pusta”?

Właśnie pracujemy nad czymś na najbliższe koncerty, ale zostawmy to jako niespodziankę.

Ok. W sumie dla mnie jesteście niespodzianką – nie ukrywam, że nazwa i okładka płyty od razu skojarzyły mi się z… metalem, metalcorem itp. muzyką. Celowo chcecie zmylić przeciwnika (śmiech)?

Z nazwą od początku były jakieś konotacje metalowe i sporo pytań na ten temat. Niespecjalnie wiedziałem dlaczego, ale to po jakimś czasie przestało mieć znaczenie. Okładka do ostatniej płyty „Invictus”, wykonana przez Mariusza Stelągowskiego, ten pół anioł pół potwór z grafiki bezpośrednio wiąże się z nazwą zespołu. A jednocześnie pokazuje ludzi jakimi są, pokazuje, że nic ani nikt nie jest wyłącznie dobry lub wyłącznie zły. Poza tym, lubimy metal, ale w wykonaniu Ministry – z dużą dozą sampli i industrialnych brzmień. Do metalcore będzie nam daleko. Poza tym, nasze gitary mają za mało strun (śmiech).

Intryguje mnie fakt tekstów – wybieracie poezje różnych autorów, bo… jest łatwiej? Chodzi o ich charakter czy może o to, że nie czujecie się dość mocji „w tekściarstwie”?

Tak, czasami wybieramy bo jest łatwiej (śmiech). Lecz prawda jest tak, że poezja Blake’a czy Baudelaire’a jest super śpiewna, mroczna – dzięki czemu idealnie nadaje się do muzyki, którą tworzymy. Nie jest też tak, że nie piszemy tekstów. Na „Invictus” 4 z 12 tekstów jest naszego autorstwa.

Równie ciekawie jest w temacie gości na płycie – pominę jednak kwestię doboru, bo to przecież po prostu ubarwienie płyty, ale intryguje mnie czy ich partie macie wpisane w samplery i będziecie na żywo odtwarzać ich pomysły „z pudełka”?

Nie, podchodzimy do tego nieco inaczej. W aktualnym secie koncertowym nie ma utworów, w których śpiewają nasi goście. Puszczanie ich z samplera nie jest fajnym rozwiązaniem. Natomiast nie wykluczamy, że jeżeli będziemy grać koncert w miejscu w którym pojawi się jeden z naszych gości płytowych, chętny by wskoczyć na scenę, zawsze będziemy gotowi do tego aby mógł wystąpić.

Skoro przy samplerach już jesteśmy – jak wygląda to mityczne „komponowanie” – bo z jednej strony wydaje mi się, że to bardziej kompilowanie brzmień i sampli, z drugiej strony – nie chcę odmawiać takiej formie tworzenia muzyki racji bytu, bo przecież sztuka nie ma formy. Jest ideą…

My stosunkowo mało samplujemy, czasami stopę czy werbel, czasami efekty z filmów lub fragmenty tekstów. Partie klawiszowe, basowe czy gitary nagrywamy w tradycyjny sposób. Komponowanie może przybierać różne formy – czasami zaczyna się od jakiegoś pomysłu na melodię, a czasami powstaje naturalnie na bazie ciekawego bębna lub loopu. Czasami powstaje coś przypadkiem w trakcie zabawy nowym syntezatorem, a czasami w trakcie gry na basie. Proces nigdy nie jest identyczny. Potrafimy zmienić niemalże wszystko w trakcie pracy nad nową piosenką, łącznie z elementami, które powstały jako zalążek numeru. Świetnym przykładem jest tu „It Rains in my Heart”. To był zupełnie inny numer i poprosiłem Kubą z projektu Egoist aby coś z tym zrobił bo nie mam przekonania, że jest to dobre. Kuba zremiksował po swojemu  następnie wyrzuciliśmy wokale, nagraliśmy nowe z zupełnie innym tekstem.Band

Jest w tym wszystkim – że nawiążę do początku naszej rozmowy – cały czas element poszukiwania najlepszego miejsca. Wasz zespół jest takim wehikułem, w którym podróżujecie przez muzyczne epoki…

Trochę tak, ale zawsze chodzi o to aby się nie zamykać i nieustająco poszukiwać. Nigdy ni zaczniemy grać np. jazzu, ale nie znaczy to że nie możemy z niego w jakiś sposób czerpać inspiracji. Chcemy aby każda nasza płyta brzmiała jak Monstergod, ale jednocześnie nie była zjadaniem własnego ogona. Słuchacz oczywiście spodziewa się pewnego rodzaju muzyki i podejścia do niej, ale powinno go się jednak nieco zaskakiwać.  Tak aby panowało poczucie, że płyta nie jest zrobiona na „odwal się”, tylko zostało w nią włożone serce i pewien pomysł, który chcemy aby był przekazywany dalej.

Zatem – na koniec kilka słów o tym, co czeka nas ze strony Monstergod w najbliższej przyszłości?

Przygotowujemy się do koncertów, nie będzie ich zbyt dużo, ale jesteśmy przekonani, że sprawią nam jak i publiczności wiele radości. Zagramy w Bolkowie na CastleParty i jeszcze dwóch innych imprezach w Polsce. Na jesień planujemy kilka koncertów w Niemczech. Poza tym, pracujemy już nad następną płytą a także dodatkową płytą z utworami, których z różnych powodów nigdy nie wydaliśmy a które zasługują na to aby były dostępne szerszej publiczności. Płyta ta będzie też pewnym podsumowaniem tego co zrobiliśmy przez ostatnie 15 lat.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Lidka Radzio