MENTOR – Młoda kochanka

Swoją drugą płytą Mentor potwierdza sens istnienia na świecie i choć muzyki jako takiej do przodu nie popycha, dostarcza hałasu z adrenaliną, reanimując nieco zapomnianego death’n’rolla, ładując w niego dużo punka i lądując ze swoim groźnym wizerunkiem wprost na zasyfionej ulicy. Street metal? Być może coś w tym jest… W mentorski świat wprowadza nas groźny wokalista Wojciech Kałuża, który opowiada o bardzo różnych rzeczach. Po tej lekturze muzyka Mentora nigdy nie będzie już taka sama… 

Na początek podchwytliwie – lepiej być tur managerem czy śpiewakiem – artystą?

Oczywiście, że to drugie – zamiast niańczyć starych ludzi, to ty jesteś tym niańczonym. Chociaż tam, skąd pochodzimy to raczej ciągle konieczna jest samowystarczalność – do złotych kibli w nightlinerach i butelek Chardonnay na backstage’u nam jeszcze trochę brakuje. Niemniej praca w branży od tej drugiej strony uczy niesamowitej pokory i powoduje, że z każdym projektem, w którym się udzielam chcę być w czołówce zespołów najbardziej przyjaznych organizatorom. Bo i sam takowym bywam.

No, ale druga płyta Mentora i okładka w MH to już krok w stronę gwiazdorki (śmiech). Wiem, że to dziwnie zabrzmi – nie boisz się tekstów w stylu „no tak, Kałuża współpracuje z MMP to mu wypłacili dolę w okładkach”?

Nie boję się takich tekstów, bo słyszę je od ok. dziesięciu lat (śmiech). Kiedy trafiliśmy z J. D. Overdrive na okładkęSuseł Młotka leciały podobne głosy, ba! już przy wydawaniu pierwszej płyty w Metal Mindzie słyszałem, że wydali nas tylko dlatego, że tam pracuję. Przy czym ja jestem raczej szczerym człowiekiem i absolutnie nie twierdzę, że pewne koneksje nie pomagają. Zresztą to żadna nowość w branży muzycznej, nieważne czy polskiej czy zagranicznej – nikt np. nie ma pretensji do Bena Warda z Orange Goblin, że jego zespół trafił pod skrzydła agencji, w której tak się składa, że on sam pracuje. Ale muszę uczciwie przyznać, że z Mentorem jest nam trochę łatwiej – festiwale same się do nas odzywają, propozycji wydawniczych po informacji o zamknięciu Arachnophobii też mieliśmy kilka. Chciałbym wierzyć, że to w dużej mierze przez muzykę, którą gramy, a nie tylko dlatego, że jesteśmy fajnymi ziomkami (śmiech).

Właśnie – tak się zastanawiam – Mentor, dodatkowo jeszcze wokale w kolejnym zespole. JD Overdrive jakby troszkę pokrył się kurzem. Coś się zacina w machinie czy to tylko higieniczna przerwa techniczna?

Nie, po prostu trochę zwaliły nam się na głowę obowiązki dorosłego życia, przez co wszystko dzieje się w zespole jakby trochę wolniej. Pracujemy nad nowymi kawałkami, trzy już nawet mamy kompletne, do tego bookujemy ciągle koncerty. Przy czym wszystko dzieje się bez pośpiechu. Co mi akurat odpowiada, bo mogę skupić się na innych projektach. Ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, kolejna płyta JDO programowo ukaże się w przyszłym roku.

Zatem skupiamy się na Mentorze. Trochę gracie tych koncertów i warto zapytać, do jakiej w zasadzie publiki trafiacie? Czy teraz już faktycznie jest to czysto metalowy target? Pytam, bo w nowej muzyce słyszę kilka wątków, że tak powiem, okołometalowych…

Nie, nie chcemy się ograniczać do konkretnego targetu, to bez sensu. Dalej zdarza nam się grać na imprezach o profilu bardziej hardcore’owym, a nawet na takim Kilkim Zaibu na Litwie, gdzie większość zespołów porusza się w klimatach blackowych i folkowych – mimo tego przyjęcie mieliśmy naprawdę fantastyczne. No i w gruncie rzeczy nie gramy typowej muzyki metalowej – jak sam wspomniałeś, jest u nas kilka wątków dalekich od szeroko pojętych standardów i niech tak zostanie. Bycie przewidywalnymi to ostatnie, czego chcemy jako zespół.

Dużo jest tych zespołów metalowych okołometalowych itp… Ale nie wszystkim się udaje. Patrzę na niektóre bandy, co spinają się jak mogą, drepczą, drepczą i nic. A wam przychodzi to wszystko bardzo naturalnie, jakby to było oczywiste. Z czego to może wynikać, bo nie tylko z przypadku, jak mniemam?

W głównej mierze to wina Artura (śmiech). Nie wiem jak on to robi, ale facet ma w głowie milion pomysłów na riffy, a nawet całe utwory, komponuje z szybkością karabinu maszynowego i każdy projekt, w którym się udziela, to coś wartościowego. Nie mówię, że reszta z nas to beztalencia, ale bez Artura na pewno byśmy nie stworzyli takiej muzyki. A co powoduje, że akurat Mentor „działa”? Nie wiem, stary. Gramy to, co chcemy, robimy rzeczy po swojemu i nie towarzyszy temu jakaś wielka spina w stylu „musimy przebić debiut”, albo „musimy zagrać przed Metallicą”. Nic nie musimy. Gramy, bo lubimy i ze wspólnego wysiłku wychodzą nam całkiem sensowne rezultaty. Myślę, że ludzie to słyszą i że pasuje im takie podejście.

Luz luzem, ale tu zachowam się jako typowy „beton” i zapytam – co w zasadzie gra Mentor? Jak się zdefiniujecie?

Niby z początku rzucaliśmy hasłami w stylu „black’n’roll”, ale da się też znaleźć w naszej muzyce hardcore, punk, thrash, crust… Niektórzy nawet słyszą stoner, chociaż za cholerę nie wiem gdzie. Jednym gatunkiem nie da się nas zdefiniować, to pewne. I w sumie bardzo nam to pasuje. Ale jeśli ktoś uparłby się na uproszczenia, to powiedzmy, że gramy rock’n’rolla z diabłem w tle.

Młoda kochanka

Młoda kochanka

Ale diabeł to taki bardziej Boruta niż lucyper. Z przymrużonym oczkiem i rubaszny. Nie pasuje mi do was wizerunek siarki piekła. Bardziej starego kina grozy.

Trochę racja, zwłaszcza, że stare horrory to dość głęboka studia inspiracji, jeśli chodzi o teksty w Mentorze. Powiedzmy, że poważne lucyferiańskie filozofie zostawiamy dużym chłopcom, sami faktycznie skupiając się na tym bardziej zabawowym, hedonistycznym obliczu Rogatego. Może to i Wesoły Diabeł, ale zapachu siarki nie da się tak łatwo pozbyć.

Dobra, to w takim razie, jako gardłowy i autor, opowiedz trochę o tych kryptach, czyli fascynacjach. Bo pomijając przymrużone oko, jest w tym trochę całkiem poważnego kina. Co dla ciebie jest najciekawsze w kinie grozy, jakie masz typy, czy „rimejki” są bez sensu i czy należysz do grona hejterów współczesnych slasherów?

Właśnie w żadnym razie. Śmieszą mnie te krucjaty prowadzone w duchu „hurr durr kiedyś było lepiej”. Dalej powstaje sporo świetnych horrorów, po prostu różnią się one od klasyki, którą tak dobrze znamy i kochamy. Mamy na nowej płycie kawałek „The Wax Nightmare”, którego tekst był inspirowany dwiema wersjami filmu „Waxworks” – z 1953 i z 2005. I remake, mimo, że zupełnie inny, wcale nie jest gorszy, nawet jeśli gra tam Paris Hilton (śmiech). Po prostu straszy inaczej, ale dalej ma swoje momenty. Wiadomo, że klasyka zawsze pozostanie klasyką, a niektóre przeróbki to potwarz dla oryginału, ale nie oznacza to, że należy się zamknąć na nowsze odkrycia. Podobnie jest zresztą z muzyką. Slayer jest zajebisty, ale ile można słuchać w kółko tych samych płyt? Co do typów, raczej nie mam określonych. Lubię klasyczne horrory bazujące na atmosferze – krypty, cmentarze, nawiedzone domy… Ale doceniam też nowsze produkcje, o ile są dobre. Mam jedynie słabość do serii „Piątek 13go” – te filmy są momentami niesamowicie głupie, ale zwyczajnie je lubię.

Byłbyś dumny gdyby jakiś reżyser chciał wziąć wasz kawałek do filmu? Oczywiście – wiadomego filmu.

Jeśli chodzi o mnie, pewnie, czemu nie? Dopóki nie byłby to jakiś zupełny gniot, to taka forma promocji jak najbardziej mi pasuje. Ale to raczej marzenie ściętej głowy i rzecz, która dzieje się na rynku amerykańskim, niekoniecznie u nas. Kiedy ostatnio słyszałeś metal na ścieżce dźwiękowej do polskiego filmu? I to jeszcze dobrego? No ale jeśli np. taki Smarzowski poprosiłby o „Churchburner Girl” do drugiej części „Kleru”, to pewnie za darmo byśmy oddali (śmiech).

Nowa płyta powstała w ciekawym miejscu. Monochrom zyskuje ostatnio na popularności, zatem, słów parę o tym miejscu…

Heh, zadałeś to pytanie najgorszej możliwej osobie, bo osobiście nigdy nie byłem w Monochromie, mimo, że zarówno Mentor jak i J. D. Overdrive nagrywają tam płyty. Realizacja wokali w moim przypadku nie jest specjalnie skomplikowana, więc przeważnie robimy to na miejscu, co jest mi bardzo na rękę – niestety, z racji mojej pracy staram się unikać dłuższych wyjazdów. Poza tym jestem mieszczuchem i kilka dni przeżytych niemalże w górach to nie jest mój idealny pomysł na spędzenie wolnego czasu. Ale słyszałem, że jest tam bardzo ładnie (śmiech).

Ok., mieszczuchu, zatem zostańmy w mieście i na sali prób. Jakie relacje panują między wami? Słuchając muzyki odnoszę wrażenie, że jak w idealnym małżeństwie z dwójką dzieci ( śmiech).

Mam nadzieję, że nie, niespecjalnie mi spieszno do bycia rodzicem, w zasadzie w ogóle (śmiech). Jesteśmy w miarę ogarniętymi kolesiami, słuchamy podobnej muzyki, mamy o czym pogadać przy piwku i to wszystko jesteśmy w stanie przekuć na muzykę, przynajmniej ja tak to widzę. Mentor to trochę dzieło przypadku, ale tak właśnie działa najlepiej.

Wszystkie przypadkowe zespoły odnosiły sukces. To teraz pytanie niezręczne – w którym zespole czujesz się lepiej? Może koledzy nie przeczytają (śmiech).

Pamiętam, że kiedyś w rozmowie użyłem porównania związkowego – w sensie, że JDO to żona, długoletnia partnerka, z którą łączą mnie rzeczy dobre i złe, ale dalej trwamy przy swoim boku, a Mentor z kolei to taka młoda kochanka, na nowo rozpalająca lubieżny płomień (śmiech). Przy czym zamiast rozwalić małżeństwo, mam wrażenie, że Mentor je tylko umocnił – ostatnia płyta, jaką nagraliśmy z JDO to nasza najlepsza rzecz dotychczas, a dzięki temu, że w Mentorze mam za zadanie właściwie tylko drzeć ryja, co bardziej subtelne eksperymenty z wokalizami mogę sobie przeprowadzać w JDO i od niedawna w Forge of Clouds. Mam to nieprzyzwoite szczęście, że wszędzie jest mi dobrze.

Mentro to dobrze naoliwiona maszyna ze świadomymi ludźmi, którzy znają biznes muzyczny na wylot – jak zatem czujecie się w obliczu dość bezlitosnych warunków, sprawiających, że w zasadzie zawsze będziecie skazani na granie muzyki na granicy opłacalności? To budzi większą determinację, czy raczej przeciwnie?

Szczerze mówiąc, chyba o tym specjalnie nie myślimy. Mentor nie powstał z perspektywą, aby w przyszłości stać się maszynką do zarabiania pieniędzy, zespołem-instytucją z osiemnastoma wzorami koszulek na merchu, czy czym tam jeszcze. To po prostu czterech kolesi grających muzykę, jaką lubią. Jeśli pójdzie to gdzieś dalej – świetnie, jesteśmy na to gotowi. Jeśli pierdolnie – trudno, zaczniemy od nowa gdzie indziej. Dopóki mamy potrzebę pisania takiej muzyki i dopóki sprawia nam to przyjemność, Mentor będzie robił swoje.M2

Wspomniałem o różnych składnikach, z jakich korzystaliście przy przyrządzaniu „Cult, Crypts&Corpses” – przyznam, że po spożyciu, czkawką odbija się d-beat, czyli jeden ze składników tak popularnego swego czasu death’n’rolla. Czy można przyjąć, że Mentor chce – świadomie bądź nie – ten lekko zapomniany, ale jakże smakowity ochłap hałasu reanimować?

Wiem, że Artur słucha sporo takiej muzyki, więc nie dziwi mnie wcale, że echa d-beatu są u nas dość wyraźnie. Ale raczej nie ma w tym żadnej kalkulacji – ot, tak po prostu wyszło. Kolejna płyta może być bardziej blackowa, bardziej metalowa, bardziej punkowa… Możliwości jest sporo, chęci póki co też.

Ale jest w tym jednak takie mimowolne wpisanie się w ten nurt metalu, bardzo mocno kumający się z brudnym punkiem czy hardcore, że wspomnę chociażby o ostatnim Voidhanger…

I tak było już na pierwszej naszej płycie. Nie odkrywamy Ameryki, ale być może faktycznie większa popularność mariaży metalowo-punkowych spowodowała, że ten czas jest dla Mentora idealny. Ja osobiście bardzo szanuję ostatni album Voidhanger, podobają mi się metalowe ciągoty u takich Torn Shore czy Dom Zły, cieszę się na nowy materiał Owls Woods Graves i nie obrażę się, jeśli takiego grania pojawi się w Polsce jeszcze więcej.

Mamy w każdym razie dobry, kopiący produkt, świetnie zagrany, otoczony dobrym klimatem. Teraz trzeba to sprzedać – co będzie dla was tzw. poziomem zadowolenia w przypadku promocji tej płyty?

Już teraz dzieją się naprawdę fajne rzeczy, mamy za sobą kilka sporych festiwali, gdzie cieszyliśmy się dobrym przyjęciem, a w perspektywie jest mini-trasa w 2019 i kilka innych występów. Zainteresowanie naszym zespołem nie maleje i to cieszy. Ale jak wspomniałem przy okazji innego pytania – nie mamy jakichś założeń w stylu „dominacja wszechświata” (no, może poza Haldorem), chcemy po prostu grać fajną muzykę i dobrze się przy tym bawić. Całą resztę traktuję jako wartość dodaną.

Zatem, jak to zwykle na koniec – kilka przekleństw i pozdrowień dla zainteresowanych. Albo i nie…

Szatan.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Pawłowski