MELISA – Więcej odcieni szarości

Ledwo nagrali coś nowego i dobrego a już idą na L4. Melisa wpisała się mocnym głosem w polską alternatywę za sprawą debiutanckiej płyty „Dla Melizy”, pohałasowała tu i ówdzie, po czym nagrała nowy, dojrzalszy i jeszcze bardziej przejmujący materiał „Wszystkie nasze kwiaty będą gnić”. I na samej promocyjnej górce postanowiła dać sobie spokój. Konflikt jest jednak tylko produktem ubocznym intensywnej natury muzykantów, którzy całe swoje napięcie idealnie materializują w dźwiękach. W muzyce, która brzmi jak zgrzytanie piasku między zębami. Drażni i fascynuje a na pewno pozostanie z nami na dłużej. Moimi rozmówcami byli panowie Marcel Gawinecki (bas i syntezator) oraz Mateusz Romanowski (gitara, głos, teksty).

Może wystartuję dość brutalnie – wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której Melisa istnieje bez zmian i zawirowań składu np. 10 lat?

Mateusz: W kontekście tego, że najbliższe 3 koncerty będą ostatnimi w tym składzie, nie. Już przed płytą powiedzieliśmy sobie, że zagramy dwie trasy i pożegnamy się ze sobą na czas nieokreślony. Okazało się, że nie wypaliło porządnie zagranie nawet jednej.  Marcel: Prawdę mówiąc, jestem już tak przyzwyczajony do zmian składów we wszystkich swoich zespołach, że w zasadzie to nie potrafię sobie wyobrazić takiej sytuacji.

No właśnie – co powoduje, że wasza współpraca jest tak, hmmm, dynamiczna? Przepraszam, ale to jest fascynujące. Zobaczcie – Rolling Stonesi też się tłukli, ale trzymają się cały czas w kupie. A wy? Chcecie pracować na warszawską legendę, w myśl której wszystkie stołeczne załogi rozpadają się zanim coś nagrają?

Mateusz: Myślę, że nie pobiliśmy rekordu. Jednak nagraliśmy dwie płyty i zagraliśmy trochę koncertów. Poza tym, też nie ma co porównywać bandu, który w pewnym momencie mógł po prostu żyć z muzyki z trzema kolesiami, z których dwóch ma regularne prace, a trzeci jest muzykiem, który zarabia na graniu w innych składach. Zupełnie odmienna dynamika sytuacji. Myślę, że też i odmienne ambicje. Dla mnie granie ma sens, kiedy cieszy. Jeśli nie robisz tego dla pieniędzy i Cię dodatkowo nie cieszy, nie ma sensu tego robić i męczyć się ze sobą.

Kończąc ten wątek – odniosłem wrażenie, że te różnice wybuchły nagle, bo tylko w ten sposób tłumaczę sobie odwołanie zabukowanej trasy koncertowej…

Marcel: Wszyscy jesteśmy dość mocno zalatani, dlatego nie możemy albo nie chcemy sobie pozwalać na sytuacje, w których coś nie styka. Nie jestem z Warszawy, więc nie do końca mam pogląd na sytuację. Gramy bo mamy coś do powiedzenia… Melisa jest niespokojnym składem od samego początku i pewnie tak już zostanie.  W zasadzie funkcjonowanie w Melisie jest jak jej muzyka – nic nie trzyma się kupy.  Mateusz: Nic nie trzyma się kupy, ale kogo ma klepnąć, tego klepnie. A że czasami klepnie też nas samych, to ryzyko zawodowe. Jak mówiłem na początku, zaplanowaliśmy sobie przerwę po wydaniu płyty i zabukowaniu obu tras. Różnego rodzaju napięcia narastały długo. Trudno mówić o wybuchu, raczej o długiej eskalacji konfliktu, który po prostu kiedyś musiał jebnąć.

Więcej odcieni szarości

Więcej odcieni szarości

Dobra, to prosto z mostu – kto z kim nie mógł wytrzymać?

Marcel: Jesteśmy bez perkusisty. Pogadajmy o płycie…  Mateusz: Widać po składzie, w którym udzielamy wywiadu, ale chyba nie ma co ciągnąć tego tematu. Nie lubimy plotek i mamy świadomość, że sytuacja, która nas ostatecznie poróżniła, jest zupełnie inaczej odbierana przez drugą stronę. Nie ma co tego roztrząsać. Na okładkę Faktu nie trafimy nawet gdybyśmy chcieli.

Zgodzicie się, że ten konflikt słychać w dźwiękach? Od początku, kiedy ruszyłem z płytą, czułem, że podczas słuchania zaczyna mnie boleć serce…

Mateusz: Z mojej perspektywy mogę się z tym trochę zgodzić. Nagrywałem płytę z poczuciem, że to może być nasza ostatnia wspólna rzecz. Klimat w jakim nagrywaliśmy pierwszą płytę już nie sprzyjał głaskaniu się po plecach. Proces nagrania drugiej był mimo wszystko dużo przyjemniejszy, ale przyjemniejszy dla mnie przede wszystkim ze względu na świadomość tego, że zaraz i tak się zawiesimy na jakiś czas i być może to ostatnia okazja, żeby pograć w tym składzie. Marcel: Akurat płytę zrobiliśmy bardzo szybko bo chyba w trzy weekendy? Nie przypominam sobie jakichś przykrych  sytuacji podczas pisania czy nagrywania, chyba, że mówimy o przekładaniu prób, spóźnieniach. Ja jestem dochodzący, zawsze przyjeżdżam na gotowe, z perspektywy Mateusza, który to wszystko ustawia, zapewne wygląda to inaczej, bo gdyby nie on to pewnie niewiele udałoby nam się zdziałać.

Nawet nie chodzi o to co się działo, ale o efekt. Jest w nowej muzyce coś, czego nie słyszałem na debiucie – ból. Coś niewygodnego, co z jednej strony podczas słuchania uwiera jak jakiś kamień pod skórą na dupie, ale z drugiej strony cały czas trzyma przy muzyce. Wiercę się i cały czas słucham…

Mateusz: Odbieram to jako komplement, dziękuję. Nieskromnie, uważam, że cała Melisa gra tutaj po prostu lepiej, bardziej wiedzieliśmy czego chcemy brzmieniowo, lirycznie i pod każdym innym względem. Przy poprzednim materiale większość numerów wychodziła od Marcela. W ten materiał mieliśmy mniej czy bardziej równy wkład, przez co nasza szarość ma więcej odcieni.

Właśnie – strona liryczna. To kolejny powód moich zachwytów. Choć trudno zachwycać się słowami, które są tak bardzo prawdziwe. Nie boicie się, że dla kogoś ten natłok emocjonalny, słowa spotęgowane surowym hałasem, mogą być nie do zniesienia? To autentycznie płyta z ogromnym bagażem emocjonalno-depresyjnym… Szarość ma więcej odcieni. Szarości. Tylko głębszej…

Mateusz: Nie sądzę, żeby po tej płycie ktoś chciał otwierać sobie żyły. Jeśli tak, nie jest to zamierzone. Nie piszę horrorcore’owych tekstów i nie epatuję brzydotą tylko po to, żeby było brzydko. Większość tekstów z płyty trzyma się rzeczy, które się wydarzały bądź wydarzają. Wydaje mi się, że mają pewne punkty styczne, które skłaniają, żeby odbierać je, jako sprzeciw wobec pewnych postaw i sytuacji społecznych.

Wyczuwam w nich właśnie całkiem sporo ulicznej rzeczywistości, odrapanych kamienic i takiej zwykłej, warszawskiej beznadziei. Ale jednocześnie delektuję się tymi tekstami – o ile na debiucie było sporo dłuższych tekstów, teraz ich forma stała się bardziej enigmatyczna, a przez to jeszcze bardziej zgrzytliwa. Te słowa są trochę jak piasek między zębami….

Mateusz: Pod względem tekstów podzieliłbym je na te bardziej enigmatycznie, gdzie bardziej liczy się forma i klimat, i te bardziej nazwijmy to „uliczne”, gdzie najważniejsza jest historia. Część rzeczywiście jest bardziej abstrakcyjna, ale z drugiej strony mam wrażenie, że „Biała broń”, „Krzyś” i „Sznurówki” to najbardziej konkretne i przyziemne teksty, jakie napisałem kiedykolwiek. Mam też pewien rygor pisania; musi to być umocowane w muzyce. Najpierw powstaje u mnie linia wokalna. Jeśli tekst mam przygotowany wcześniej to i tak muszę go potem nagiąć pod to, co jest istotne muzycznie. Jeśli coś na chwilę zabrzmi przypadkowo to też dlatego, że poza wartością znaczeniową ma jakąś wartość muzyczną czy dźwiękową, która w danym kontekście brzmi po prostu ciekawie.

„Krzyś” i „Sznurówki” –  możesz wprowadzić nas w ten świat? Jakie historie kryją się za tymi tekstami, szczególnie za Sznurówkami?

Mateusz: Oba są o przemocy domowej, z czego jeden opowiada o historii, która była opisana w co najmniej dwóch reportażach, więc kto poszpera, ten znajdzie.Melisa3

Dobra, poszliśmy trochę w doły, to może coś weselszego – muzyka. Dźwięki. Jest to bardzo, bardzo dobre, a jednocześnie – i tu tkwi paradoks – w sumie trudne, szorstkie i ukierunkowane na dysonans. Ukułem sobie takie określenie – „zepsute piosenki”. Lubicie psuć?

Mateusz: Na pewno lubimy grać zgrzytliwą, dysonansową muzykę, ale – to też jest paradoks naszego składu – nie są to dźwięki, których słuchamy szczególnie często. Mam po prostu w paluchach coś takiego, że nawet jak chcę grać melodyjne rzeczy to i tak raz na jakiś czas muszę walnąć jakąś dysonansową harmonię. Wyzwaniem byłoby dla mnie granie muzyki pozbawionej takich elementów. To wszystko nie jest efektem długiego namysłu czy wydumanej koncepcji. Myślę, że podczas grania każdy z nas więcej robi, niż myśli. Też trudno odbierać Melisę w kategoriach piosenkowych, bo trudno upchnąć refren-zwrotkę-bridge-solo-zwrotkę i refren w czymś, co najczęściej nie trwa nawet dwóch minut. Ale „popsute konstrukcje” to by jakoś pasowało.  Marcel: Ja lubię, zdecydowanie. Chciałem, żeby było to mocno przegięte i niesmaczne. Lubię grać trytonami, których jest sporo. Dodanie drugiego przesteru w basie spowodowało jakby rozpuszczenie granicy między dźwiękami. Duża w tym zasługa Michałów: Ścibiora który miksował i Stawarza, który uparcie przepychał swoje pomysły, skądinąd dobre.

Czy dobrze odbieram – całe to muzykowanie na „Kwiatach” jest dla mnie bardzo intuicyjne w gruncie rzeczy. Mimo pogięcia i celowych dysonansów nie słyszę premedytacji a raczej to co w danym momencie wami targało. Przewaga fizyczności nad intelektem. Przynajmniej w warstwie sonicznej….

Mateusz: Tak. Takie podejście też znowu łączy się z tym, że wszystko nagrywaliśmy na setkę. Było dużo miejsca na spontaniczność. To nie zmieniło się od naszej poprzedniej płyty.  Marcel: Lubimy numery, które wyskakują na odpowiednią zębatkę same. Najlepsze numery to moim zdaniem te, które Mateusz nazywa „samograjami”. Nie lubię siedzieć nad kompozycją dłużej niż godzinę.  Mateusz: Też lubię samograje, ale to akurat chyba określenie Michała.

No to może wsadzę kij w mrowisko – nie myśleliście, żeby spróbować z innym pałkerem? Na zasadzie nowego otwarcia? Żeby te zepsute piosenki jeszcze pożyły?

Marcel: Ja bym bardzo chciał. Ale bardzo potrzebujemy odpoczynku, dlatego dajemy sobie jakiś czas na powrót do tematu. Nie ma żadnych konkretów, raczej luźne propozycje co do przyszłości Melisy. Mamy co robić poza tym zespołem.  To bardziej zawieszenie niż rozpad zespołu.  Mateusz: Nie wykluczamy, że kiedyś wrócimy z Marcelem do tematu Melisy, ale nie wyobrażam sobie po jakimś tam czasie włożonym w ogrywanie tych numerów, poświęcać następnych godzin, żeby uczyć ich nowego perkusistę. Scenariusz bardziej prawdopodobny to robienie nowych rzeczy z nowym bębniarzem. Tutaj też wracamy do punktu wyjścia. Czasami piękne rzeczy, jak nasze wspólne granie, rozbijają się o prozę życia i przy codziennej pracy i innych zajawkach nie zawsze starcza siły, na wszystko, co by się chciało. Myślę, że emocjonalnie każdego z nas ta sytuacja dużo kosztowała. Kiedy pracownik źle się  czuje powinien mieć prawo wzięcia L4. Jako, że Marcel toMelisa 2 mój dobry ziomek, zrozumiał, że teraz jest mój moment na L4 na czas bliżej nieokreślony od tego składu. Wrócimy, kiedy razem będziemy na to gotowi.

Płyta miała na razie premierę na bancampie, ale mam nadzieję, że tak dobry materiał nie pozostanie jedynie w wirtualnej przestrzeni…

Mateusz: Music Is The Weapon wyda płytę w fizycznej formie pod koniec maja. Bardzo jaramy się tą współpracą i cieszymy się, że mimo braku gigów, gdzie najczęściej schodzą płyty, Borek i Asia zdecydowali się nas wydać. Tu jest miejsce na wielkie podziękowania złożone na ich ręce!

No to są doskonałe wieści. Myślę, że na koniec, żeby trochę rozjaśnić klimat, opowiedzcie, gdzie można was będzie zobaczyć, poza Melisą oczywiście…

Mateusz: Za kilka dni kończymy nagrywki wokali z The Spouds i zajebiście cieszy mnie nasz nowy materiał. Mam nadzieję, że ukaże się szybciej, niż później i będzie okazja do pogrania trochę fajnych gigów wyjazdowych. Poza tym, jutro gram koncert z Hanako, gdzie jesteśmy w trakcie zmiany sekcji rytmicznej, ale jeszcze w obecnym składzie nagramy materiał na split i drugą ep-kę. Mam jeszcze zespół Brooks Was Here, który z nowym perkusistą nabiera ciekawych kształtów. Jest jeszcze jeden skład, który dobrze rokuje, ale na ten moment nie mogę zdradzić kto się za nim kryje.  Marcel: Moim głównym obecnie zespołem są Ugory. Większość rzeczy robiłem sam, ale forma kolektywu podoba mi się bardziej niż forma solowego projektu. W tym roku po trzech latach działalności zebrałem skład i pogramy trochę koncertów, najbliższy z nich odbędzie się w Eufemii 24 maja. Poza Ugorami gram na basie w nowym zespole o nazwie Pensjonat, mam nadzieję, że w tym roku pojawi się płyta. W planach jest też zbiórka Bambonga, ale nikt nie wie jaką formę przybierze.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu/Magda Patocka/Karolina Karpowicz/Joanna „Frota” Kurkowska