MARTIM MONITZ – religia hałaśliwych gitar

Czasami czuję nostalgię za czasami, kiedy jako wyrywny gówniarz, próbowałem wkurwić rodziców, puszczając im z kaset nagrania Sonic Youth, The Jesus Lizard czy innego Hammerhead. Posądzany przy tym byłem o dewiacje, kumoterstwo z diabłem i zaburzenia hormonalne. Rogaty miał przyjść później, podobnie jak inne, mniej lub bardziej istotne doświadczenia. Nie zmieniło się jedno – cień przesterowanej gitary obecny będzie pewnie do końca życia – mojego lub jej. Dzisiaj, za sprawą wywiadu z Martim Monitz, który promuje swój debiutancki album, powracam do tych fascynacji, zastanawiam się nad etosem muzykowania, ideałami, które choć często utopijne, nadają życiu jakiś tam sens. Nawet jeśli ktoś może pomyśleć, że to dziecinada i nikomu niepotrzebne bzdury. Jeśli tak twierdzi – niech omija poniższą konwersację szerokim łukiem. Pozostałych, jeśli tylko lubią nową falę, noise i tym podobne smakołyki, zapraszam na rozmowę z śpiewającym  gitarzystą zespołu – Piotrem Szczepańskim.

Jakkolwiek to pompatycznie brzmi – chodzi nam o przywrócenie wagi gitarze i słowu. Wyrywamy się ze strefy komfortu, ładnych dźwięków i nic nieznaczących słów. I jeśli kogoś też z tej strefy wyrwiemy, to jesteśmy szczęśliwi.

Startujemy kwestią banalną –  lata 90 – te i Poznań dla mnie równają się OUTside. Znasz ten magazyn?

Jasne! To były piękne muzycznie czasy. OUTside organizował koncerty ulubionych zespołów – Cows, Janitor Joe, Hammerhead i Today Is The Day, to ówczesna, noise’owa śmietanka. Wszyscy żyliśmy noise rockiem, Steve Albini był bogiem a reszta – kapłanami religii hałaśliwych gitar. Żyliśmy tą muzyką od początku. A tak w ogóle nie pochodzimy z Poznania, noise w naszych sercach zagościł wcześniej, zanim tu przyjechaliśmy, w latach osiemdziesiątych, kiedy byliśmy nastolatkami i mieszkaliśmy w małych miastach z doskonałym dostępem do muzyki. Tam, po, czy też obok punk rocka, pojawiła się miłość do gitar Albiniego. Dlatego jego wspomniałem, bo chyba był pierwszym, który nas wtedy inspirował.logo

Pamiętasz pierwszą płytę z muzyką noise, która u Ciebie zagościła?

„Atomizer” albo „Songs About Fucking” Big Back – która, już nie pamiętam. Ale winyl, który pojawił się w okolicy Pyrzyc, to była relikwia. Krążyła ta płyta jak monstrancja, od gramofonu po gramofon. Zdaje się, że jednak „Songs About Fucking”, a więc 1987 rok Ale to tak dawno, że mogę się mylić. W każdym razie był to Big Black. On przetarł szlak i wytyczył nowe.

Jak docieraliście do nagrań? Rodzina za granicą? O ile pamiętam, nie były to łatwe czasy jeśli chodzi o dostęp do płyt, szczególnie niszowych…

Zdaje się, że ktoś , kto był prekursorem, napisał do Touch & Go i dostał płyty. Takie rzeczy, albo raczej przypadki się zdarzały. Ja np. wymieniłem się z kolegą, który skądś miał pierwszy winyl Pixies – dałem mu za niego 2 czyste kasety BASF. Natomiast bardzo dobrze działała sieć przegrywania muzyki na kasety. Czasem myślę, że pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych miałem lepszy dostęp do ważnej muzyki niż obecnie. Słuchaliśmy nowinek zanim były znane albo zostawały megagwiazdami. Red Hot Chili Peppers, Marylin Manson, czy Nirvana – znałem je na długo przed tym, nim zagościły szerzej w Polsce. Wspomniałeś o magazynie OUTside; wcześniej zdaje się wszystkie sklepy z muzyką zostały zalane pirackimi kasetami z dokonaniami Jesus Lizard czy Fugazi. Firma nazywała się chyba Mr Dead. To już początek lat 90-tych. Niewątpliwie OUTside odegrał dużą rolę w propagowaniu gitarowego grania, o którym mówimy. Nadal mam te kasety i niezwykłe wspomnienia z poznańskich koncertów. Szkoda, że nie udało się The Jesus Lizard sprowadzić o czasie… pamiętam, jak wzruszały nas do łez dźwięki „Zachariah”, a „Monkey Trick” wprowadzał w trans. Wtedy liczyło się maniackie szukanie kontaktów. Pamiętam 92 rok, kiedy każda osoba, która mogła coś przegrać i miała dostęp do muzyki, była kimś bardzo ważnym.

W tym miejscu nie mogę sobie odmówić pytania, które zadaję osobom pamiętającym tamte czasy – co było takiego niesamowitego w złotej dekadzie, czyli latach 90 – tych? Jaką masz na to teorię?

Nie znam odpowiedzi. Bo chciałbym żeby to trwało, żeby ten nerw gitarowy, emocje w muzyce, oczyszczające kaskady dźwięku nadal były ważne. Więcej chyba jednak mogę powiedzieć o śmierci tej muzyki, zabitej przez elektronikę, która emocje zredukowała do minimum i dobrze skomponowała się z wybuchem konsumpcji i pożądania prostych rozrywek. A złota dekada chyba trochę wzięła się z wyczerpania, zmęczenia muzyką punk/hard core. Ktoś poszukiwał trochę innej ścieżki i te poszukiwania zgrały się z oczekiwaniami publiki. Ale później pojawiły się chłopaki we flanelach i przesadziły z udawanym smutkiem, więc elektronika miała łatwy cel; mówię o jakiejś tam kontynuacji noise’owych klimatów w grunge.

Ale nie zaprzeczysz, że dzisiaj noise znowu się odradza i pojawia się sporo fajnych zespołów, które taką muzykę odczytują na nowo – np. KENmode, HAWKS itp…

Dziś dosyć trudno wyłowić mi nowe, cenne rzeczy z zalewu internetowej muzyki. Cierpimy na brak skupienia i meczący przesyt, przerzucanie się z wątku na wątek, multitasking. Ja też się z tym zmagam. Ale tak – wydaje mi się, że gitary delikatnie się zaktywowały i hałasu trochę przybyło ostatnio. Również w naszym kraju. Bo pojawił się choćby zespół [peru], to chyba najważniejszy, gitarowy band w naszych rejonach muzycznego hałasu i energii. Więc coś powraca. Oby na długo i w dobrej formie…

Mamy noise, lata 90 – te i waszą aktywność, czyli Ciastko – opowiedz coś o tej grupie…

Ciastko powstało w Pyrzycach, chyba gdzieś w 1988 lub 89 roku. Co ciekawe, skład Martim Monitz spotkał się właśnie w Ciastku. Ciastko chyba można nazwać zespołem nieznanym, zapomnianym, ale lokalnie a może i nie tylko lokalnie, kultowym. Na pewno był oryginalnym składem z dużym szacunkiem słuchaczy. To była dosyć ciekawa muzyka; mieliśmy własną ścieżkę, chcieliśmy grac noise, ale wychodziło coś innego. Artystycznie wysoko, jak na tamte czasy. I tekstowo i koncepcyjnie był to fajny zespół. Może zaistniałby szerzej, ale pochodziliśmy z małego miasteczka i nie było lekko. Obecny perkusista Monitzów, to dawny wokalista Ciastka, z kolei basista, to były gitarzysta tego zespołu. Ja w Ciastku grałem na gitarze i na szczęście, przy niej zostałem. Ciastko wydało płytę chyba w 1992 lub 93 roku. Później zmienił się skład, ja dołączyłem, ale koledzy się rozjechali, bo nastał czas studiów. Mieliśmy jednak nowy, zabójczy materiał. Postanowiłem opuścić zespół i chyba w ten sposób go zabiłem. Oczywiście, niechcący. To było chyba po koncercie Hammerhead w Poznaniu. Wtedy powiedziałem, że już w Ciastku nie chcę grać. No i bach, raptem 20 lat później znów gramy razem. Do dziś czasem spotyka się ludzi, którzy Ciastko pamiętają. A to znaczy, że niszowo, ale jednak ważne rzeczy się w tym zespole działy.

Właśnie, matematyk ze mnie kiepski, ale Ciastko od Martim Monitz dzieli przepaść wiekowa. Co spowodowało, że tak długo nie graliście? A może graliście tylko o tym nie wiem…

Graliśmy, ale jeszcze bardziej podziemnie. Projektów było mnóstwo, może konsekwencji zabrakło. Mam dosyć duże wymagania wobec kolegów, z którymi gram, więc bywało, że kończyło się z hukiem. Ale zespołów trochę było – najwięcej zaliczył Klaudiusz, perkusista, od punkowych Ofiar Stomilu (tak, tak się nazywali…) po solowe projekty (wydał płytę jako Projekt Rebus). Zbigniew, basista, grał z Kaludiuszem najdłużej w zespole Żerafał. Zaczęli od noise, skończyli na muzyce improwizowanej. Grali kilka ładnych lat.

religia hałaśliwych gitar

religia hałaśliwych gitar

Co spowodowało, że postanowiliście ruszyć razem jako MM? Dzieci jeszcze nie są odchowane, więc to nie kryzys wieku średniego. Kasy z tego nie będzie, bo na weselach nie zagracie. Więc co?

Strach przed śmiercią. No i sztuka, co w sumie na jedno wychodzi. Wszyscy trzej przez te lata razem nie graliśmy. A ja po 20 latach doszedłem do wniosku, że jednak jak ma się udać, to z kolegami, których znam od dawna. No i tak wziąłem kolegów z free jazz noise’owego Żerafała i kazałem grać akordy, równo i bez improwizacji. Czy wspomniałem, że Żerafał się rozpadł? Chyba jednak nie przeze mnie, mam nadzieję. Na pewno nie jest to kryzys wieku średniego, tylko granie na poważnie. Żadna zabawa z cyklu starsi panowie w kanciapie przed żonami się kryją i grają bluesa. A poza tym – wspomniałeś dzieci. Tak, na pewno ta przerwa, czy może brak siły przebicia, wynikały przez wiele lat z braku energii, takie wyssanie przez rzeczywistość. Wpadliśmy w lata 90-te całkiem ślepi. Nie załapaliśmy gry rynkowej. Wpadliśmy w złe rejony, ale w końcu wyszliśmy na prostą. Czasem coś musi się długo rodzić, jeśli ma mieć odpowiednią wagę i sens. Ja nigdy nie chciałem też grać rokendrola, tylko dla zabawy, wyżycia się. Stąd trudno mi było znaleźć odpowiednich muzyków do grania.

To jeszcze trochę prywaty – co panowie po 40 – tce robią poza salą prób? Co trzyma was na burzliwej powierzchni życia w tym dziwnym kraju?

Pracowo trzymają nas finansowe zobowiązania. Basista pracuje jako sprzedawca, perkusista to tajemniczy gość, mało mówi, choć potrafi, mało pisze, choć robi to świetnie. Lubi oglądać dużo filmów. No i grać. Ja przez długi czas tworzyłem korporację, od małej firmy do molocha. Teraz mam własną firmę i zajmuję się projektowaniem user experience. A poza sprawami pracy – nadal kochamy muzykę, winyle, żyjemy nią jak dawniej. Wiesz, patrzę w lustro i widzę zmarszczki, ale czuję się jak dwudziestolatek – właśnie dzięki muzyce. Nie chodzi nawet o granie, tylko o to, że muzyka mnie wciąż pochłania, interesuje. Kocham ją, koledzy zresztą też. Muzyka jest wciąż tak samo ważna jak 20 lat temu. To ta więź, która nas napędza siłą przeszłości, ściśle związanej z zauroczeniem muzyką.

Jakie zatem nadzieje wiążecie z debiutem MM? Przyznasz, że dzisiaj jest dużo trudniej wybić się i w całym tym zgiełku zwrócić na siebie uwagę...

Tak, jest trudno. Właściwie to nawet beznadziejnie. Wydaje mi się, że Martim Monitz ma jeszcze trudniej, bo nie oferuje prostych rozwiązań. To nie noise, ani punk rock. Kolega powiedział – gracie autorską muzykę, co brzmiało fajnie. Ale w praktyce ciężko przebić się z tym hałasem, tekstami, których trzeba posłuchać a wcale nie niosą prostej uciechy i łatwego zbawienia słowem. Politycznie niezaangażowani. Poezja. Gitara niezbyt miła, ale i nie riffowa. Trudno o gorszy pomysł na zawojowanie świata… Ale nam chodzi o emocje. Na koncertach ludzie z kompletnie innych bajek muzycznych stoją zaciekawieni, czasem wbici w podłogę. To jest to, czego chcemy. Katharsis dla nas i słuchaczy przez zgrzyt i słowa. Jakkolwiek to pompatycznie brzmi – chodzi nam o przywrócenie wagi gitarze i słowu. Wyrywamy się ze strefy komfortu, ładnych dźwięków i nic nieznaczących słów. I jeśli kogoś też z tej strefy wyrwiemy, to jesteśmy szczęśliwi. Przez chwilę. Chcielibyśmy żeby nas wysłuchano, żeby ktoś się skupił a nie odrzucał, bo smutne, albo jakieś tam. I żeby nam się pieniądze wydane na studio zwróciły…

Świata nie zawojujecie, ale zaskoczenie jest. Wasza muzyka jesMM livet intrygującym połączeniem nowej fali z lat 80-tych z amerykańskim noise z lat 90-tych. Czyli żar i zimno na lekko transowych resorach. Kogo chcecie zatem wyrwać – neofitów hałasu czy starych dziadów, co pamiętają jeszcze tape trading?

Trafiłeś chyba w sedno, jeśli chodzi o to, co słychać w Martim Monitz. Marek Szwarc, który nas nagrywał, kiedy w końcu usłyszał muzykę tak, jak miała brzmieć, krzyknął: No wiem, w końcu wiem – to Siekiera z „Nowej Aleksandrii”! Oczywiście, tego nie słychać od razu, ale cieszę się, kiedy takie skojarzenia się pojawiają, bo takie odniesienia oznaczają jakiś typ emocji, który chcemy przywrócić, a który pamiętamy z młodości. Dodajemy do tego noise i mamy coś nowego, co wydaje się znane. A stare dziady nas lubią, bo też odnajdują się w tym klimacie. Młodzi natomiast chyba są zaskoczeni, bo karmiono ich lata pseudo-wywrotowymi zespołami albo tymi wszystkimi zniewieściałymi, alternatywami nudnymi do zarzygania plumkaniami z angielskim zawodzeniem. Myślę, że te emocje gdzieś są atrakcyjne nawet dla niesłuchających podobnej muzyki. Ale dotarcie do nich jest bardzo trudne. Szkoda, bo bardzo chętnie zagralibyśmy nie nie tylko na punkowej imprezie, ale i w teatrze albo na pikniku rodzinnym. W sztuce forma może odrzucać, ale kiedy spotyka się z ważką treścią, rośnie ładunek wybuchowy, który rozrywa i tych wstępnie niezainteresowanych. Dlatego, kiedy nie słuchasz muzyki tzw. poważnej, nagle jakaś scena w filmie połączona z motywem operowym wciska w fotel. Kiedy nie znasz noise i nowej fali, nagle na koncercie jakichś trzech gości wbija ci do głowy coś ciekawego. Ostatnio ktoś, kto kupił od nas płytę, napisał, że na koncercie było strasznie głośno co ledwo wytrzymał, ale został, bo słyszał, mimo kiepskiego nagłośnienia tego miejsca, że to coś ważnego.

Właśnie – wasza muzyka jest poważna. Surowa, w taki skupiony sposób. Brak luzu i raczej dość smutne przemyślenia. Takie pozdrowienia z chujowego kraju. Czy to klapa bezpieczeństwa psychicznego? Bo przecież de facto, powodzi się Wam w tej rzeczywistości nie najgorzej…

Nie wiem, jak nam się powodzi, bo nie znam skali, na której można to określić. Pociąga nas smutek w sztuce. Jest w tym rzeczywiście  zamysł oczyszczenia, symbolizowany przejściem przez ciężką wodę i chujowy kraj. Zero oddechu, 100% czerni. Jesteśmy też jak ten facet z okładki płyty: przeżyliśmy, co nasze i wiemy, że jednak nie jest lekko. Wchodzimy w brud, bo to przejście daje nam paradoksalnie siłę. Nie fitness klub, nie joga, ani inne rozrywki tego typu. Przypomniało mi się, że kiedyś Clapton powiedział (a jego sytuację chyba bardziej można określić jako „dobrze się powodzi„), że nie wie, jak to jest, ale kiedy siada w domu z gitarą, to tworzy smutne ballady. My mamy podobnie, tylko nie w zamku, nie w sali kominkowej, z portretami olejnymi wymyślonych przodków i obrazami Miro czy Picassa. I nie tworzymy bluesa…

Słowem, odcinacie się od blichtru współczesnego teledysku, pozostaje jednak pytanie, czy dzisiaj artysta ma jeszcze siłę przebicia i może dać słuchaczowi coś więcej, niż kilka chwil miłych wrażeń estetycznych. Sam wspomniałeś, że żyjemy w czasach przesytu, co powoduje, że trudno nam się zatrzymać przy jakimś wydarzeniu na dłużej…

Artysta nie ma siły przebicia, ale co można zrobić? W robieniu czegoś bez szans i przeciwko jest jakaś siła. Egzystencjalny spokój, choć bardzo limitowany i kruchy – wiesz, że nie wydarzy się cud, że za późno, że jesteś z kosmosu, albo żyjesz wśród kosmitów, jednak idziesz dalej, robisz swoją sztukę, by opowiedzieć jakąś historię. Nie mamy złudzeń, dokąd to zmierza, ale nadal mamy wiarę, że ktoś przystanie przy naszej muzyce i być może znajdzie w niej ten sam rodzaj emocji, jaki my odnajdujemy. Jeśli ktoś zachował gdzieś resztki ciekawości i refleksji, jest szansa na to, że odżyje i zacznie żyć swoim życiem. Na pewno to, co się dzieje wokół, nie sprzyja naszej muzyce. Ale gramy i chyba będziemy grać.

Uważasz, że coś takiego jak „etos muzyka„, kogoś wyjątkowego, mitycznego, już nie istnieje? Wszystko się strywializowało?

Muzykiem może być dziś każdy, to łatwe jak nigdy wcześniej. Muzycy, kiedyś mający szansę na sławę i uwielbienie, zyskali rywala w celebrytach internetowych, graczach, blogerach lub tych znanych z bycia znanym. Ale w małej skali nadal działa „urok” muzyka. Już nie będzie Rolling Stones nie mówiąc o nowej Nirvanie, ale lokalnie, w tej niszy nadal scena gwarantuje otoczkę niezwykłości. Np. taki nieznany byt jak Martim Monitz styka się z prośbami o autografy. Co jest dosyć zabawne, ale też chyba udaje nam się zrobić jakieś wrażenie, skoro tak się czasem zdarza. Nie wątpię, że samo bycie na scenie nadal wywołuje jakiś rodzaj władania słuchaczami i bycia „ponad” nimi. Ale może jeszcze nie trafiliśmy do klubu motocyklistów albo go go ze swoją muzyką. Może wtedy jest inaczej.

Myślisz, że nowej Nirvany już nie będzie? Choć przez chwilę? Chciałbyś, żeby coś takiego Wam się przytrafiło?

Będzie może jakieś nowe Prodigy albo Metallica, ale na Nirvanę nie mamy, jak sądzę, już szans. Wracając do Martim Monitz – gramy niezbyt przystępnie, szeleścimy językiem, jesteśmy starsi i tak dalej. Nie stoimy na czele czegokolwiek – młodzieńczej frustracji, anarchizmu, pacyfizmu, nie mamy oblicza medialnego, i nie chodzi tylko o nasz wygląd. To nie są składniki bycia popularnym. Ale podejrzewam, że pytasz po prostu, czy chcielibyśmy zaznać jakiejś sławy muzycznej. Jasne, najlepiej takiej, która umożliwiłaby nam tylko granie. Ale sam wiesz, że to raczej niemożliwe. Polska jest za biedna, by utrzymać MM jako muzyków. Mrzonki. Dlatego wystarczy nam, kiedy ktoś, kogo lubimy, szanujemy, posłucha naszej muzyki i powie „to jest sztuka” itp.grafika

Myślisz, że przyjdzie kiedyś taki moment, że powiesz sobie – ok, to jest bez sensu, pasuję…

On przychodzi właściwie co chwilę. No bo jak w Polsce skończyć 40-kę i takie bzdury robić?! Kiedy poważni ludzie grają co najwyżej dżez. Ale najlepiej, jak mają kredyty i na nie zarabiają – tym się zajmują. Poważne – siedzieć za biurkiem. Niepoważne – skakać jak małpa po scenie. To jest w głowie – imperatyw bycia średnią, ze skodą i własnym „M” na kredyt, w pogoni za utrzymaniem się na powierzchni. System dobrze działa – mało indywidualistów, przetarte ścieżki życia. Do tego trudności typowe dla muzyka – załatwienie koncertu, dylematy czy ktoś przyjdzie, a jak przyjdzie mało, to będzie źle. Jak nie uda się nagłośnić, to katastrofa. I żeby przynajmniej się koszty zwróciły. I co jakiś czas zwątpienie – po chuj to robimy? Dla kogo? Im się nawet nie chce kliknąć i posłuchać do końca jednego kawałka na bandcamp. Ale jest też w tym wszystkim coś ważnego – wszyscy umrzemy. A skoro tak, nie za bardzo nas interesują utarte ścieżki życia, bo mamy mało czasu. Wszystko inne wtedy jest mniej istotne. Taka prosta, egzystencjalna konstatacja. Gramy, bo lubimy, bo tym chcemy się zajmować. Paradoks: przez lata zarabiałem dużo w porównaniu do większości rodaków. A teraz wychodzę na scenę i gram za zwrot kosztów. Przecież to musi być miłość do muzyki. Choć średnia powie „to głupota, dziecinne, nieracjonalne„. Miłość nie jest racjonalna.

A jeśli się uda, to jak będzie wyglądać wymarzona trasa zespołu MM? Kluby Europy w towarzystwie reaktywowanych grup Fugazi i Hammerhead?

O, tak, Fugazi zdecydowanie! Hammerhead. Shellac. Ożywiony Hüsker Dü albo Wipers. Ale skoro już sięgamy po niemożliwe – to najbardziej niezwykłe zjawisko muzyczne dla mnie, ale i dla reszty zespołu chyba też, czyli trasa z Joy Division…

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia i grafiki: archiwum zespołu