MARTIM MONITZ – Co nie zostało zagrane…

Określenie „brzmi po polsku„, kiedyś nieco obraźliwe, dzisiaj nabiera nowego znaczenia. Bo kiedy powiem, że nowa płyta Martim Monitz jest esencjonalnie polska, zarówno w przekazywanych treściach jak i w brzmieniu czy klimacie muzyki, nie mam zamiaru chłopaków denerwować, ale raczej podkreślić, że mają swój własny styl i choć „Alba” ma silne (może nie tak jak na debiutanckiej płycie) koneksje z noise rockiem (czyli wynalazkiem zza wielkiej wody…), to znajdziemy tu dużo więcej wątków, które z rozmachem interpretują zimny, lokalny klimat lat 80. Niby trywialne, ale w wykonaniu Martim Monitz brzmi całkiem świeżo. Jest jednocześnie poniższa rozmowa próbą wyjaśnienia pewnych frustracji związanych – a jednak – z byciem tu i teraz. Czy ma to wszystko sens próbują dociec Piotr, Marcin i czasami Klaudiusz. 

Przeczytałem gdzieś recenzję, w której autor napisał, że lubi nową płytę MM, bo jest stary. Co powiecie na takie hasło: „muzyka dla starych ludzi”? Czujecie się obrażeni?

Piotr: Wiem, kto to napisał, ale nie wiem, jak się odnieść. Starzy ludzie… ja się nie czuję zbyt staro. To chyba trochę kokieteria ze strony autora i krygowanie się. Nie lubię takiej szufladki, choć wiem, skąd wynika. Zapewne z tego, że muzyka gitarowa ogólnie nie jest na topie – „tylko starzy pamiętają„. Podoba się, ale ta łatka jest czasem uciążliwa. Może gramy dla starych i staro, nie wiem… Dla mnie staro gra Rolling Stones, nie MM. Domyślam się, że tu chodzi chyba bardziej o zaznaczenie jakiejś luki czasowej, w jakiej znajduje się nasz zespół.

Marcin: To raczej żarty, nie jesteśmy w końcu znowu tacy starzy. Z wiekiem rośnie stopień poczucia humoru w odniesieniu do przemijania. Poza tym to bardzo sympatyczny tylko trochę „stary” człowiek.

Klaudiusz: Przecież napisał, że lubi, więc nie ma się na co obrażać…

Cóż, jak to odbieram jako kolejny kamyk do ogródka z napisem lata 80./lata 90. Tam są wasze dusze, w tej właśnie luce czasowej i choćbyście się zapierali, nie zmienicie tego.

Piotr: Trudno powiedzieć, że gramy dla młodych, bo ci poniżej dwudziestki chyba sięgają po inną muzykę, ale to, że sięgają, bo jest im łatwiej, nie znaczy, że my kierujemy muzykę do jakiejś grupy wiekowej. Już kiedyś napisałem zdanie, które mi się nadal podoba: gramy, żeby zagrać co nie zostało zagrane i powiedziane. Dla mnie MM jest zespołem, którego nie słyszałem kiedyś, a chciałbym. Osobiście wypełniam tę lukę, a jeśli jest to luka dla „starych ludzi” – nic na to nie poradzę. MM zapewne łatwiej trafi do starszych, pamiętających lata świetności gitarowej muzyki. Bo oni ją pamiętają, ale nie powiedziałbym, że to jest jakiś „target”. Łatka ta natomiast czasem mnie męczy, nie ukrywam. Gdybym czuł się stary, nie grałbym w ogóle. Ta starość chyba też się bierze z pełnej powagi jaką MM niesie i muzycznie i tekstowo. Tak się wydaje. Nawet pojawił się w jakiejś dyskusji na FB głos, chyba od Krzysztofa z Dezertera, że młodzież słuchając nas może czuć się jak na dywaniku u dyrektora w szkole. Może coś w tym jest?

Marcin: Czasy dla wartościowej muzyki są trudne, niestety. Większość młodych ludzi oczekuje od muzyki prostej rozrywki. Pewnie nawet nie traktuje muzyki jako sztuki. MM jest dla mnie przede wszystkim sztuką i też taką muzykę lubię. Ostatnio żartowaliśmy, że mamy główną konkurencję w festiwalach foodtracków i nie mamy z foodtrackami żadnych szans. Niestety, to prawda… Muzyka MM dla mnie zawsze była bardzo silna już od pierwszej płyty, na której mnie jeszcze nie było. Wymagała skupienia i waliła konkretnie słowem i dźwiękiem. Dywanik u dyrektora to całkiem trafne choć chyba wcale nie chcemy aby ludzie stali na baczność na koncertach. No przecież ta muzyka jednak transowa i pulsuje przy okazji…

Klaudiusz: Do wszystkiego trzeba dorosnąć. Franka Zappy zacząłem słuchać w wieku 22 latMartim-Monitz-foto-2

Dotknęliście całkiem ciekawej sprawy – muzyka MM jest poważna. Trudno nazywać ją czystą rozrywką, bo jednak do tej muzyki trzeba dorosnąć i raczej wrzeszczące małolaty tego nie skumają tak do końca. Nie powiecie mi, że na koncertach pod sceną są piętnastki…

Marcin: Piętnastek nie ma i dobrze, to jednak muzyka dla dorosłych.

Piotr: Nie wiem, czy to zmierza w dobrą stronę z tymi piętnastkami Zauważyłem już dawno na koncertach, że mimo wsobności MM, nieprzystawalności do trendów, mody – wydaje mi się, że MM jest mocno swój i trudny do wejścia czasem i dla „starych” – zauważyłem, że wiek nie ma znaczenia, czy preferencje, jeśli jest dobre nagłośnienie, raczej podoba się ludziom z różnych bajek wiekowych i muzycznych. To są fajne momenty z grania, kiedy niezależnie od preferencji, ludzie są zaciekawieni, bierze ich to, co gramy, wciąga. Fajne uczucie. Na nasz koncert nie przyjdą nastolatki, ale jeśli będą w pobliżu – jest duża szansa, że im się może spodobać. Tak myślę i widziałem to wiele razy.

Marcin: Tak, to faktycznie jest fajne, jak już ktoś dotrze na koncert to nie pamiętam sytuacji żeby wyszedł. W końcu z gabinetu dyrektora się wychodzi (śmiech)

Klaudiusz: MM jest „parental advisory”. Na koncerty zapraszamy niepełnoletnich „gratis”, ale w towarzystwie osoby dorosłej.

To co mówicie stoi jednak w dość dużej sprzeczności z ideą muzyki rozrywkowej. Bo powiedzcie jasno – jest MM rozrywką czy raczej nie?

Piotr: Jest, ja tam się rozrywam bardzo dobrze np. przy Joy Division, ale to chyba inne znaczenie słowa „rozrywka”. Nie, nie jesteśmy wesołkowatym zespołem, który zabawia ludzi przy kiełbasie i piwie, to trudne chyba, by spokojnie spożywać biesiadne dania w trakcie słuchania MM. Ale jeśli mówimy o rozrywce w znaczeniu – wchodzę w to, by poczuć coś fajnego, co mnie oczyści, da radość – jak najbardziej. Z tym, że to jest rozrywka bliższa serialowi „Czarnobyl” niż „Jaś Fasola”. Tak czy inaczej – to nadal rozrywka. Może dla rozróżnienia lepiej mówić o biesiadzie i rozrywce. Rozrywka nie musi być biesiadna, ale biesiada jest rozrywką. Idziesz na koncert, np. jak ostatnio w Lublinie miałem przyjemność być na Ministry – jest zło ze sceny, jest powaga – jest rozrywka. Utożsamiamy rozrywkę z czymś lekkim, a niekoniecznie tak jest.

Marcin: No pewnie, że jest, przecież ludzie dla rozrywki chodzą do teatru i na nasze koncerty.

Skoro trochę nakreśliliśmy sobie rozrywkową sytuację w jakiej operuje MM, powróćmy do momentu wydania płyty „MM” z 2015 roku. Czy zespół pokroju MM może mówić o czymś takim jak promocja? Jak działania marketingowe itp? A jeśli tak to czy coś z tego się udało zrealizować?

Piotr: Dlatego upieram się, że MM jak najbardziej „robi w rozrywce”. Tak jak w niej „robią” filmy poważne, mroczne, sięgające do naszych brudnych myśli i tak dalej. Sięgają tam, wyrywają je – a my czujemy przyjemność. Satysfakcję. To rozrywkowe katharsis. Zespół Martim Monitz jest najmniej marketingowym zespołem, przy którym wszystkie tuzy niezalu wypadają jak popowe gwiazdy ze stajni Sony Entertainment. Nie wiem, co odpowiedzieć na to pytanie. Jesteśmy w niszy i choć, jak uważam, gramy całkiem zgrabne i melodyjne piosenki, tyle że po swojemu, to kompletnie nie umiemy w marketing i promocję.

Marcin: W niezależnej muzie jest tak, że samemu trzeba wszystko ogarniać. Napierdalać koncerty jeden za drugim jeden z zyskiem 100 zł drugi ze stratą 50 zł. i może coś się uda, jakaś popularność przyjdzie albo i nie.  My robimy to bo lubimy po prostu. Marketing jest i tak niezły z mojego punktu widzenia.

Piotr: My nigdy nic nie tracimy Co do Anteny – myślę, że jak ktoś się utrzymuje z wydawania muzyki jak Arek, musiMartim-Monitz-3 brać pod uwagę słupki i liczyć. Martim Monitz prawdopodobnie nie był zbyt interesujący w tym kontekście. A może jednak były i inne względy? Nie mam pojęcia, to było dosyć odwleczone w czasie rozstanie. Ale relacje z Arkiem są ok. Jesteśmy już gdzie indziej. Dobrze jednak było wydać debiut w Antenie. To też domyka jakiś moment w moim życiu, bo ta wytwórnia była w nim muzycznie obecna od zawsze.

Gdzie zatem jesteście?

Piotr: Jesteśmy jak zawsze tam, gdzie zawsze byliśmy. W dosyć mrocznej, czarnej dupie merkantylnych wymagań rzeczywistości i promocyjnej niemocy. Ale muzycznie jesteśmy dalej, niż przy pierwszej płycie. Pomówmy o muzyce, o biedzie zespołów nie ma co już rozmawiać; niemal każdy, kto gra, zna ją doskonale, a kto nie gra, już się trochę dowiedział. Jeśli chodzi o muzykę i teksty, jesteśmy dalej, nagraliśmy lepszą, moim zdaniem, zdecydowanie lepszą płytę. Teraz natomiast jest moment prawdy i przełomu przed nami – czuję, że zdarzy się coś, co nas pchnie w inne strony. Chyba każdy z nas chciałby w tej chwili więcej. Muzycznie więcej. Nie wiem, jak Klaudiusz i Marcin, ale ja dużo myślę, głównie o muzyce nowszej, niż gram w zespole, szukam czegoś nowego, zastanawiam się, jak to uchwycić, jak pozostać MM i jak nim nie być – w kontekście przeszłości.

Marcin: No tak, jesteśmy w drugiej płycie a”Alba”, która jest tym co nie zostało zagrane i opowiedziane, bardzo ciekawie brzmiący album. Walczyliśmy trochę z nagraniami, mixami, masteringiem, ale efekt jest dla mnie piorunujący. To świetna płyta. Tak jak Piotr mówi, chyba jesteśmy w fajnym momencie zgrania, rozumienia się, czucia. Choć coś nowego, innego faktycznie wisi w powietrzu, też to czuję.

To nie jest rozmowa o biedzie, to nie jest narzekanie, że tak się obruszę. To jest rozmowa o tym co ważne w życiu zespołu. Gdybyście byli Weekendem, gadalibyśmy o kasie a tak rozmawiamy o nieco innej sytuacji… I ta sytuacja jest moim zdaniem ciekawa. Nawet jeśli trudna…

Piotr: Zmęczyłem się graniem pierwszej płyty, prawie w ogóle nie gramy tego materiału. Choć są tam świetne kawałki, znudziły mi się, nowa płyta „Alba” też już jest w fazie znudzenia lekkiego, więc kombinuję, co by tu zmienić, by poczuć emocje jak przy tych dwóch płytach, nie powtarzając się. Jeśli zespół się rozpada, to przyczyny są dwie – nie lubimy się albo nie zdobyliśmy popularności jaką zakładaliśmy. My się lubimy nadal, co do tej drugiej kwestii – niedosyt jest wielki, ale przy tym i niemoc; niełatwo „sprzedać” taki „swój” zespół jak MM. Swój w znaczeniu nierealizowania jakiejś jednej linii stylistycznej, gatunkowej, czy ideologicznej. Nie jest tajemnicą, że każdy chciałby być słuchany, my też. Warunki, jakie oferuje rzeczywistość – gdybyśmy nie kochali muzyki – określiłbym jako żenująco gówniane. I ci, którzy są po tej stronie, poza pozerami i mitomanami, wiedzą o czym mówię. Dlatego czujemy chyba wszyscy, że nagranie zajebistej płyty niczego nie załatwia. I to ta sfera „nie załatwiania” jest tym, co nas gniecie, wkurza, czasem wkurwia. Ale spróbujemy to przekuć, mam nadzieję, na kolejną płytę. I nie mamy złudzeń, co do sukcesu handlowego, ale nie będziemy się powtarzać i będzie to jeszcze lepsza płyta od ostatniej zajebistej. Taki jest plan.

A jednak alternatywna scena, która w Polsce jest ogromna, przeżywa rozkwit mimo tego całego syfu, o którym mówicie. Czyli jednak głodny artysta jest bardziej płodny?

Piotr: Każdy grać i śpiewać może, są setki ludzi marzących o graniu, ale biznesplan alternatywy jest zazwyczaj kompletnie bezsensowny. My – mówię o Polsce – nie mamy za bardzo we krwi, wyrośniętej na podłożu wieloletnich doświadczeń, kultury klubowej, kultury chodzenia bo coś gra. Chodzenia na koncerty, uczestniczenia w kulturze, czytania książek mądrzejszych niż kolejny kryminał, słuchania muzyki dla poznawania, a nie odbębniania sentymentalnych przygód z zespołem z młodości. I tak dalej. Podaży nie ma, a alternatywa produkuje jakby półki sklepów świeciły pustkami; napieprzamy w próżnię. Tak jest, ale miłość do muzyki, tworzenia, jest zawsze silna, więc powstają kolejne projekty bez przyszłości. U nas są dożynki, tam BBC „sponsoruje” Idles. O czym możemy mówić… Gramy pod koniec lipca w Berlinie. Klub chce dużo plakatów. Papierowych. U nas nikt już prawie nie wywiesza plakatów, bo nie ma sensu, szkoda kasy, kilka się powiesi w klubie i klubie znajomych. Takie mamy doświadczenia. To są różnice i naprawdę nie wiem, jak to się dzieje, że rzeczywiście zespołów grających w niszy jest dużo. Ale odpowiedź codzienności to zazwyczaj jednak środkowy palec skierowany w ich marzenia. Mimo to, jak sam wiesz, muzyka jest na tyle ważna, że ta beznadzieja nie zniechęca. Mimo wszystko, nie zniechęca.

Pięknie powiedziane – napieprzanie w próżnię. Czy Martin Monitz jest Siłaczką polskiego niezalu?

Piotr: Taką co w kącie sobie stoi i pracuje, choć chciałaby założyć baletki i potańczyć w jakimś Teatrze Wielkim. Choć chyba bardziej jesteśmy zapewne nierealnie myślącymi marzycielami. I znów będzie, że narzekamy. No i chuj. Wkurza mnie zamykanie ust „narzekaniem”. Nie ufam tym, którzy etosem niezależności posługują się jak cepem, mówiąc „przecież gramy dla hobby”. Nie, MM to nie hobby, to śmiertelnie poważna choroba, na która nie ma kuracji. Nie ma wyjścia, umieramy na raka niebycia, ale zanim przerzuty zeżrą nas całkiem, będziemy narzekać, ile nam się podoba.

Marcin: Głód tworzenia sztuki i miłość do muzyki w nas siedzi i sukces handlowy nie ma tu znaczenia, być może rozleniwia, nie wiem… Dla mnie twórczość i granie w MM jest trochę jak woda, bez której usycham.

No dobra, to chyba już tak się popłakaliśmy, że te łzy zaleją całą Polskę. I dobrze, nie można tego tłumić, dlatego dla odmiany o muzyce – co zresztą sugerowaliście. Wymyśliłem sobie odnośnie muzyki na nowej płycie taką teorię, że o ile sekcja rytmiczna pozostaje w latach 80., o tyle gitary uciekły do lat 90. Taki rozjazd, ale bardzo smakowity Co wy na to?

Piotr: Nie mam pojęcia, to są trudne rzeczy – taki rozbiór swojej muzyki. Nie myślimy: zróbmy to tak, żeby było jak z 90. Tak wyszło,widocznie mamy to w sobie. Wiem, o co ci chodzi, ale ja w latach 80. nie słyszałem basu jak w kawałku „Albo” czy „Wiatr”. Gitara brzmi tak jak lubię grać, jesteśmy chyba w ogóle zadowoleni z nagrań, bardziej niż przy pierwszej płycie. Tam było zbyt wiele pośpiechu, nie lubię jej słuchać, bo denerwuje mnie nagrywanie wokali w kilka godzin, niemal z marszu. „Alba” jest taka, jaka chyba miała być i lubimy ją. Jest może jeden kawałek „Nikt nie jest”, który był świadomie bardziej „pod” lata 80. zagrany. Robiąc go chciałem się spotkać z Klausem Mitfochem, Tiltem a na koniec wyszło, że z Ministry jakimś się spotykamy w ostatniej części. On odbiega chyba od reszty materiału, ale ta reszta nie była nagrana z myślą o konkretnym brzmieniu.

Marcin: MM to dla mnie dość dziwny muzycznie zespół. Jest tu zimna fala, ale nie ma innego tak brzmiącego, zimnofalowego zespołu. To jest mikstura bardzo różnych fascynacji i to jest fajne w muzyce. Mówi się, że wszystko już było a wystarczy trzech ludzi z różnych, muzycznych światów z różnymi fascynacjami i można stworzyć coś naprawdę oryginalnego.

Kwestia saksofonu – zawsze zastanawia mnie sytuacja, kiedy zespoły decydują się na znaczące, gościnne występy, które zmieniają muzykę a przecież na żywo nie będzie szans na taką współpracę. Czy może jest ktoś to zastąpi na koncertach pana Gadeckiego?

Piotr: Nikt nie zastąpi Tomka Gadeckiego, to zbyt wspaniały muzyk. W ogóle „Alba” miała w mojej głowie jeszcze większe zakusy na poszerzanie pola, chciałem mieć chór w co najmniej jednym kawałku. Niestety, logistycznie nie wyszło. Chciałem też mieć rapowaną wstawkę w „Spasiba”, napisałem tekst a nawet wykonałem w warunkach domowych, by rozesłać do hiphopowców. Znalazł się jeden, ale nie uciągnął tematu, poddał się, szkoda. Stąd jest w „Spasiba” dłuższy moment przed wejściem Tomka na saksofonie, gdzie niewiele się w sumie dzieje, w tle co prawda są ze trzy gitary, jak ktoś się wsłucha mocno, ale to był fragment zostawiony właśnie na rapowanie. Żałuję, że nie wyszło… Wracając do saksofonu Tomka, tu chyba żałujemy, że nie daliśmy mu jeszcze więcej swobody – wspaniała wyobraźnia, mógł bardziej poszaleć, może innym razem się uda. Myślę, że i saksofon Tomka i te pomysły, o których wspomniałem, wzięły się z chęci wyjścia z szufladki post punk/noise. Nie twierdzę, że następna płyta będzie nagrana z chórem i hiphopowcami, ale chciałbym zaskoczyć i sam siebie. Wyjść poza ramy, które sobie narzucamy, często nieświadomie. Możemy wszystko, nic nas nie wiąże – tym bardziej ciekawy jestem, co z tego wyniknie.

Marcin: Z Tomkiem Gadeckim trzeba będzie zagrać kiedyś. Oczywiście, zastępstwo nie wchodzi w grę, zresztą Tomek wchodzi i gra free jazz a ktoś inny zagrałby coś zupełnie innego.2018-07-21 11-25-01

Dojrzałość tej muzyki zasadza się w punkcie gdzie twarde, noise’owe rzężenie gitar miesza się z momentami, kiedy muzyka zaczyna swobodnie odlatywać. Nie mieliście zakusów, by jeszcze bardziej poluzować cugle?

Piotr: Płyta „Alba” to materiał z kilku lat, dlatego jest długa (w wersji CD prawie godzina chyba). Więc różne kawałki z różnych czasów, nastrojów, a nawet z różnych składów MM się tu zmieściły. Myślę, że to były pierwsze kroki ku większej swobodzie, jeszcze jedną nogą stawiane po „starej” stronie naszej historii. Ta swoboda może jednak oznaczać też zagranie np. bardziej metalowo. Choć popularność black metalu i okolic mnie zniechęca do udania się w tę stronę. W każdym razie chodzi mi o to, że swoboda może też oznaczać coś mocno zamkniętego i hermetycznego – ale w innym stylu/gatunku. Zobaczymy, co się wydarzy. To było trudne, bo nagrywamy zawsze na setkę, sa emocje, zmiany tempa zależne od nastroju i chwili, metronom nie ma prawa znajdować się w pobliżu. Marcin wskoczył do zespołu w momencie, kiedy partie basu były już nagrane, musiał nagrać je od nowa, zmieniając przy tym dużo.

Marcin: Tak, pamiętam niektóre numery z czasów gdy byłem po stronie publiki (śmiech), ja to w ogóle miałem ograniczone pole manewru bo dostałem gotowy materiał do dogrania basu. Ale i tak bardzo miło wspominam ten czas obcowania z nowym MM w słuchawkach z gitarą w kuchni np. (śmiech). Nie było łatwo, ale Bartek Frank był fantastyczny. Korzystałem z wszystkich niby trywialnych ale jakże pomocnych rad np. nagrywanie na stojaka + bujanie się.

Jest muzyka i są słowa. Przyznam, że tym razem wgryzłem się w teksty i muszę przyznać, że to dość mocna poezja. Jest w tym i coś z Dezertera, coś z [peru] Jest żarliwość i klimat. Dołujący, ale zostawiający też w głowie ślad. Czy przygotowując muzykę rozmawiacie o tekstach? Kłócicie się na ich temat? Gdzie są w tym przypadku emocje?

Piotr: Tak, nie mogę nic dodać chyba; nie rozmawiamy o tekstach, przynoszę je – i są. Teksty na „Albie” są dosyć zróżnicowane, jest publicystyczna poezja (nadal) w „Nowym hymnie polskim”, jest niedosłowna liryka w kawałku „Albo”. Pomiędzy tymi skrajnościami poruszają się inne teksty. Chyba na debiucie były bardziej jednolite. Emocje „tekstowe” są więc chyba tylko w mojej głowie, ale czy ja wiem, co reszcie w niej siedzi? W każdym razie raczej koledzy nie komentują tekstów. Może to być zresztą bardzo zdrowy odruch samoobrony, bo nie wiem, czy bym chciał o tekstach dyskutować, a tym bardziej słuchać uwag na ich temat W muzyce jestem bardziej otwarty, ale za tekst mógłbym zabić, przepraszam was.

Marcin: Pamiętam, że miałem wątpliwość w przypadku „podaj rękę pedałowi” z „Nowego hymnu polski”, ale zostałem spacyfikowany dość szybko, no i teraz faktycznie nie wiem jak inaczej mogło by to być. Teksty bardzo mocno wpływają na wyjątkowość MM i czarny strój i post… To wszystko jest spójne i po czasie rozumiem zdziwienie chłopaków jak na pierwszą próbę przyszedłem w zielonych spodniach…

Słucham was, i wyczuwam w tym co mówicie, taki, hmmm, bardzo krytyczny sposób podejścia do własnej twórczości. Jest w tym i gorycz i zdecydowanie. Jest jakaś złość, ale i radość grania. Czy te skrajności nie są zbyt schizofreniczne? To was napędza?

Piotr: Skrajności pojawiają się wtedy, kiedy frustracja konkuruje z chwilami radości,. Kłębowiska emocji z różnych stron, z przewagą negatywnych – pomiędzy nimi zawieszone są muzyka i teksty Martim Monitz. Dla mnie to dosyć banalny mechanizm – rytuał oczyszczenia. Spadanie w dół, by odbić się na chwilę. Nie umiem chyba inaczej pisać.

No to na koniec zejdźmy na ziemię. Co teraz. Płyta jest od jakiegoś czasu, i co dalej?

Piotr: Niech ktoś inny odpowie na to pytanie. Ja nie wiem, co dalej. Plan jakiś by się przydał. O, jacy jesteśmy niezborni, niezwarci i niepoukładani. To jest plan chyba jedyny, by tę niepoukładalnośc znów przełożyć na granie. Plany są wypadkową tego, o czym dziś mówiliśmy. Więc są mgliste, przypalone czernią, nierzeczywiste. Jeśli nagramy płytę, to na pewno będzie krótsza. Wiesz, musimy chwytać dzień, bo noc coraz dłuższa, jesteśmy przecież starzy. Chaos moją ścieżką.

Marcin: Zagramy parę koncertów, ekskluzywnych, bez zabijania się. W planach Berlin, Róbszum Festival, Last Minute Festiwal w Słupcy, no i może w wakacje jak znajdziemy chwilę nagramy coś nowego. To będzie krótkie, ep-ka albo coś po prostu wchodzącego na winyl bez wycinania kawałków. Chyba z gośćmi. Coś naszego w składzie obecnym z bagażem doświadczeń i zgrania. Jestem bardzo ciekawy tego co może powstać.

Klaudiusz: Płyta weryfikuje wszystkie założenia. Po pierwszej chcieliśmy, żeby druga była lepsza. Po drugiej jest plan nagrać jeszcze lepszą trzecią. Czas nas ciągle prześciga i musimy zagęścić publikacje, nie roztrząsać za bardzo, nie czekać zbyt długo. Nagrać 25 min. nowego materiału i pracować nad kolejnym. Chęci i atmosfera są, więc…

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu