ŁUKASZ ORBITOWSKI – moje duchy są w Polsce

Ponury żniwiarz literatury polskiej powrócił w wielkim stylu, zabierając nas ponownie w podróż z której wraca się zupełnie odmienionym. Od Rykusmyku, przez Warszawę i Kraków aż po Kopenhagę ciągnie się za nami widmo przeszłości, tajemnica, która dzieli przyjaciół ściągając ich ponownie do małej mieściny i zamk0wych podziemi. Jeśli lubicie „Tracę Ciepło”, koniecznie musicie sięgnąć po „Szczęśliwą Ziemię„, która bawiąc (a w zasadzie – niepokojąc…) pokazuje także kilka prawd – gorzkich – o nas samych. Nie mogło być zatem inaczej – po labiryntach nie-szczęśliwych, polskich ziem i kilku innych miejscach oprowadza nas mistrz ceremonii ucieczek – Łukasz Orbitowski.

Wróćmy na chwilę do przeszłości – odważna próba wywrócenia historii w „Widmach” spotkała się z szerokim odzewem; jak Ty dzisiaj, z perspektywy czasu oceniasz powieść? Nadal możesz użyć słów, które padły podczas naszej poprzedniej rozmowy, czyli „Powieść broni się sama”? Obroniła się?

Powieść to nie biedaczyna zaskoczony przez zbirów w zaułku. Literacki wpierdol zdarza się rzadko, niemniej należy współczuć tym, którzy go doświadczyli. Miło mi, że nie zaliczam się do tego nieszczęsnego grona. Z perspektywy czasu, mogę jednak powiedzieć, że oczekiwałem więcej i więcej powinienem dać z siebie. Teraz napisałbym inaczej tę książkę, co nie znaczy, że to zła książka, wręcz przeciwnie. To ze mną jest coś nie tak. Nie znoszę swoich książek, szybko tracę do nich serce. Otwieram, czytam i wszystko wydaje mi się głupie, choć czytelnik wie swoje i chwali. Popatrz na życzliwe przyjęcie „Szczęśliwej ziemi”. Mi ta powieść odebrała zmysły. Normalnie, waliło mi na dekiel.

I to walenie na dekiel daje się odczuć, bo udało Ci się osiągnąć coś, o czy marzy chyba każdy pisarz – wywołać u czytelnika silne wrażenia. Obojętnie jakie. Ale pytanie jest inne – rozumiem, że kiedy tworzysz stajesz się dla otoczenia nieznośny, coś jak kobieta w ciąży?

Przykład jest trafny, pod warunkiem, że do ciąży dołączmy jeszcze okres karmienia. Gdy przygotowywałem pierwszą wersję tej powieści, wiedziony nadzieją, że to prosty projekt, do trzaśnięcia w pół roku, miałem nieznośne wrażenie, że coś nie gra, coś się nie zgadza. W pewna sobotę obudziłem się na kacu i mnie pierdolnęło. Jakby Bozia sypnęła mi w oczy światłem. Język był nie ten, więc siadłem i przepisałem całość, mniej więcej w tej skrótowej, oszczędnej formie, którą znasz. Powieść była jednak do dupy. Chaotyczna, niezrozumiała. Ja to wiedziałem, potwierdzili beta czytelnicy. Ktoś inny cisnąłby ją w kosz, przepełniony już wyrzuconymi tekstami, ale ja zrobiłem coś innego. Przepisałem ją raz jeszcze. I jeszcze raz, kiedy to „Szczęśliwa ziemia” osiągnęła formę zbliżoną do tej, którą znasz. Przeczytałem ten tekst i wpadłem w przerażenie. Gówno, panie kochany, kompletne gówno. Pomyślałem o tych wszystkich wersjach, długich dniach spędzonych na pisaniu (no dobra, wcale nie były takie długie) i wydało mi się, że przez cały czas usiłowałem zrobić rzeźbę z gówna. Najpierw jedną, potem inną, rzeźba miała być piękna, ale jednak z gówna. Cuchnęła. Wyglądała jak gówno. Upaprałem sobie łapki. Dwa lata w chuj przejebane. I ja mam prawo iść z tym gównem do ludzi? Nie spałem przez „Szczęśliwą ziemię”. Zadręczyłem moją dziewczynę i najbliższych. Wydawało mi się, że jak wydam tę książkę, pani w sklepie nie sprzeda mi jedzenia, a ludzie będą pokazywali mnie palcami. uwierzysz w tego zajoba? To powiem ci coś lepszego. Dostałem na tę powieść mnóstwo pieniędzy i miałem moment, kiedy chciałem je wszystkie odesłać wraz z przepraszającym listem do wydawcy. A potem jak zdrajca, jak Edyp pragnąłem uciec, zwiać gdzieś do portowego miasta, gdzie żyłbym pod osranym kocem. Oczy bym sobie wydłubał. Więc tak, chyba trochę straciłem ogląd rzeczywistości. Wypada przeprosić wszystkie kobiety w ciąży, czyż nie?

moje duchy są w Polsce

moje duchy są w Polsce

Tak, przepraszamy je wszystkie! Ale to co mówisz brzmi jak scenariusz filmu sensacyjnego! Kiedy zatem doszedłeś do wniosku, że jednak nie jest tak źle i przestało śmierdzieć?

Jak pisał Nietzsche, w każdym szaleństwie tkwi odrobina rozsądku, ale i rozsądek kryje w sobie zajoba. Po prostu, nie jestem aż ta głupi. Twórca nie powinien sobie wierzyć, a ja już na pewno. Gdybym sobie uwierzył, pewno siedziałbym w tym pieprzonym porcie, albo leżał pijany w żywopłocie. Jeśli już musiałbym uwierzyć sobie, to tylko własnej niewierze. Gdy mój tekst wydaje mi się idiotyczny, najczęściej podoba się ludziom. I odwrotnie, te partie książki, właściwie wszystkich moich książek które miałem za genialne, poszły do wypierdolenia. Pierwsi czytelnicy, rekrutujący się z pisarzy, powiedzieli po prostu: Orbitowski, co to za bzdury! Innymi słowy, gdy wyło mi serce, gdy mój głupi łeb wrzeszczał, żeby skasować plik ze „Szczęśliwą ziemią”, coś we mnie wiedziało, że napisałem najlepszą książkę w moim życiu. Wiedziałem swoje, czułem coś innego. Wyobraź sobie, że napierdala cię ząb. Ale tak, że ledwo widzisz. Prochy nie działają. Czy perspektywa jutrzejszej wizyty u dentysty sprawi, że poczujesz się lepiej? Nie ma chuja. Chodzisz po ścianach. Więc chodziłem. A potem ludzie zaczęli pisać z gratulacjami. Znajomi i obcy. Nie ukrywali swoich wzruszeń. I tak, pomalutku, wracał mi rozsądek i wiem, mogę spokojnie powiedzieć: „Szczęśliwa ziemia” ma wszystkie moje książki pod sobą. cieszę się prawie tak bardzo, jak rozpaczałem kilka miesięcy wcześniej.

No dzieciak dorodny Ci się urodził. Zostawiamy zatem oddział położniczy za sobą i… cofamy się do momentu poczęcia. Każdego – malarza, muzykanta czy pisarza właśnie musi coś pierdolnąć, żeby ruszył do działania – jakie olśnienie na Ciebie spłynęło, czy może jakie wydarzenie z życia spowodowało, że zawędrowałeś aż do Rykusmyku?

Żadne olśnienie, tylko miłość, małżeństwo, narodziny dziecka i rozpad mojej rodziny. Moja żona pochodziła z Rykusmyku, które to miasteczko nazywa się zupełnie inaczej. Wujek Google pozwoli każdemu je zidentyfikować. No i jeździłem tam jako młody zakochany, mąż, ojciec, w końcu ojciec dochodzący, bez obrączki na palcu. Patrzyłem jak się zmienia. A olśnienie naszło jakieś dwa lata temu, przy piwku. Po rozpadzie małżeństwa, Julek z mamą wrócili do Rykusmyku i tam odwiedzałem syna. Spędzaliśmy razem dnie, natomiast wieczory miałem dla siebie. Przecież nie znałem tam nikogo, poza moją byłą rodziną. Nie spieszyło mi się do mojego małego hoteliku, więc po prostu włóczyłem się po mieście. Pewnego letniego wieczora usiadłem sobie w ogródku, w kawiarni Ratuszowa, zamówiłem piwko, trochę patrzyłem po ludziach, trochę próbowałem czytać książkę. Na około biegały dzieci i potwronie się darły. A ja nie znoszę dzieci. Nienawidzę bachorów, wyjąwszy mojego syna. Pomyślałem, kurwa mać, ale ryczą te smyki. Rykusmyku. I nagle uświadomiłem sobie, że mam w rękach gotowy materiał, Polskę prowincjonalną, miasteczko na dolnym Śląsku, gdzie mało który pisarz zajeżdża. Co najwyżej stamtąd wyjechał i wraca raz do roku. Dodajmy do tego pogardę dla prowincji, jaką zazwyczaj przejawiają tak zwani inteligenci, ludzie pióra. Chuj wam w dupę, pisarzyny. Chcę pisać uczciwie, jak jest. Chcę okazywać ludziom szacunek. A ja połapałem się, że mam wszystko: miejsce ze swoją historią, ludzi i ich zwykłe życia. Potrzebowałem czegoś jeszcze, jakieś metafory, która uniosłaby to wszystko. Tak przyszedł do mnie byk.

Fenomenem książki jest to, że wątki nadprzyrodzone i socjologiczne egzystują obok siebie na takiej zasadzie, że można czytać Szczęśliwą Ziemię jak horror albo powieść z pogranicza pracy socjologicznej. Pytanie – uważasz, że naszej polskiej naturze jest ciągłe poszukiwanie szczęścia, którego synonimem staje się – według Ciebie – ucieczka? Od wszystkiego…

Poszukiwanie szczęścia leży w naturze ludzkiej. Zapewne dlatego żyjemy tak krótko. Jest taka piękna powieść, „Czarodziejski ptak ułudy”. Ptak ma oczywiście dać szczęście grupie bohaterów. Koniec końców, okazuje się zrobiony z gówna, a ja mogę teraz dać wyraz swojemu zaniepokojeniu, że nieustannie, w tej rozmowie, skręcam w stronę kału. I tak, masz rację, nam szczęście w jakiś sposób złączyło się z ucieczką. Jeśli weźmiemy pod uwagę historię, mamy do czynienia z paradoksem. Emigranci po powstaniu listopadowym rwali sobie włosy z głowy. Albo weź, poczytaj „Pana Tadeusza”, pomyśl o ludziach wypchniętych z kraju po II wojnie światowej. Teraz jest dokładni odwrotnie. Młodzi z małych miast tęsknią do metropolii, dokładnie tak jak chłopaki z Rykusmyku. Warszawa, Wrocław dają większe możliwości. A Londyn jeszcze większe, w konsekwencji czego wektor marzenia zwraca się ku Zachodowi. I rzeczywiście, tam jest łatwiej. Żyje się lepiej, problemy, z którymi borykamy się w Polsce – żałosna płaca, brak opieki zdrowotnej, polityki prorodzinnej, a wszystko, kurwa, ćwierć wieku po upadku komuny, dekadę po wejściu do Unii – nie istnieją, lub są mniej dotkliwe. Nie dziwię się nikomu kto wyjeżdża. Sam wyjechałem, za moją dziewczyną, która zarabia teraz trzy razy tyle, robiąc mniej więcej to samo, co w Warszawie. Poza tym, wyjazd daje dobrą energię, łączy się z nadzieją i oferuje pretekst by uciec od ciężarów, od głupiego rodzeństwa, starzejących się rodziców i tak dalej. Ja to rozumiem. Może to śmieszne, ale jest taka piękna piosenka „Puch” zapomnianego zespołu Alkatraz, gdzie pohukiwał Romek z Kata. „Gwiazdy tam na wodzie, ale tu są duchy moje”. Moje duchy są w Polsce i to się nie zmieni.

jestem dość łagodnym człowiekiem

jestem dość łagodnym człowiekiem

Ok, i to jest bardzo fajne co mówisz, ale dlaczego każda ucieczka – idąc tropem książki – kończy się, delikatnie rzecz ujmując źle albo tragicznie? To mnie niepokoi, powoduje, że czuję właśnie ów nieprzyjemny element predestynacji – myślisz, że opisana przez Ciebie skaza (ok. – byk…), która powoduje, że cokolwiek by nie robili bohaterowie i tak wylądują w gównie (no, ja też…) ma jakieś uzasadnienie w rzeczywistości??

Dotarły do mnie pewne pogłoski, że napisałem smutną, pesymistyczną książkę i do niedawna miałem je za przesadzone. Losy moich bohaterów owszem, kończą się niezbyt wesoło, ale jakby na to nie spojrzeć, życia nas wszystkich zamknie nie lunapark, lecz grób. Niepowodzenie jest w nas wpisane i w konsekwencji powstaje pytanie: co robić? Skoro musimy przegrać, zróbmy to przynajmniej w ładny sposób. Czy klęski tych facetów z powieści są ładne? Otóż wątpię. Ładnie przegrywa tylko jeden z nich. Nie mam nic do ucieczek. Ucieczki są w porządku. Jeśli jesteś w miejscu, które ci nie odpowiada, na przykład w Rykusmyku, powinieneś się stamtąd zbierać. Najpierw jednak wypada pomyśleć. Ludzie uciekają od swoich żyć: nieudanych związków, męczących dzieci, frustrującej pracy, od biedy i skurwysyństwa też wieją i trudno im się dziwić. Problem w tym, że spierdalają na oślep, jakby potwór ich gonił, na przykład byk – leci taki przed siebie, nie patrzy gdzie, byle dalej. Niebezpieczeństwo mija. Taki miglanc zatrzymuje się gdzieś w nowym otoczeniu, nie wie co i jak, wszystko jest inne i niepokojące, innymi słowy znalazł się, po prostu na nieznanej ziemi, zamieszkanej przez inne potwory, najeżonej wilczymi dołami. Dlatego ucieczki się nie udają. Dlatego moja powieść jest, zapewne, smutna jak pogrzeb biedaka. Z aspiracjami jest bardzo podobnie. O tym też próbowałem napisać. Ludzie chcą miłości w sensie romantycznym, albo ruchania wszystkiego, co chodzi na dwóch nogach, pragną kasy, spokoju, stabilności, właściwie chuj wie czego jeszcze, gdyż pragnienia ludzi zawsze wprawiają mnie w zdumienie. Ale nie myślą o tym co będzie, gdy dopną swego. Pragniesz miłości? W porządku. A zdołasz o nią zadbać, gdy się wydarzy? Przeprowadzisz siebie i tę drugą osobę przez wszystkie stadia kochania? Zadbasz o tę babkę, o tego faceta? Ludziom najczęściej takie rzeczy nie przychodzą do głowy. Tak samo sprawy wyglądają z kasą, władzą, wszystkiego co chcemy. Gdy wybierasz się w rejs, warto zabrać sekstans, kapustę, beczkę wody. Tymczasem płyniemy w dłubankach, bez niczego i donikąd.

Jeśli ktoś zapytałby Cię o coś takiego jak morał płynący z tej powieści – co byś odpowiedział?

Wystawiłbym środkowy palec. Albo grzecznie przeprosił i zakończył rozmowę. Powiedziałbym: nie wiem, chłopie, co ci strzeliło do głowy, żeby pytać? Przecież nie jestem lepszy od swoich bohaterów, przypuszczalnie poradziłbym sobie gorzej i właściwie fakt, że żyję to jakiś jebany cud. Pisarz nie jest moralistą, nie powinien nauczać życia, ani czegokolwiek innego. Właściwie, nie wolno mu tego robić. Moją, jak i innych pisarzy, funkcją jest opowiadanie historii, stwarzanie światów, rzeźbienie w języku, opisywanie ludzi żyjących w około czy nawet, w wymiarze szerszym, społeczeństwa. W katalogu zadań mieści się też diagnozowanie siebie i innych, lecz, bardzo proszę, darujmy sobie wystawianie recept. Od tego są różnej maści autorytety moralne, osoby duchowne, mędrcy i lekarze od wrzodów na duszy. Fakt, że nie zaliczam się do te cudaków uważam za zaszczyt. Palnijcie mnie w łeb, jeśli zmienię zdanie.

Jak sam stwierdziłeś, jest trochę wątków opartych na Twoich przeżyciach – myślisz, że trudniej pisze się w oparciu o własne życie niż bazując jedynie na fikcji literackiej? Czy zatem można w jakimś przynajmniej sensie potraktować „‚Szczęśliwą Ziemię” jako takie rozliczenie z Twoją przeszłością, czy tu już lekka przesada z mojej strony?

Jeszcze nie czas aby się rozliczać, zresztą swoje sukcesy i klęski, jałmużny i skurwysyństwa próbuję bilansować na bieżąco. Nie przesadzałbym z wątkami autobiograficznymi. Nigdy nie dorastałem w małym miasteczku. Skrzek, jest, być może, kulawą metaforą mojego odklejenia od świata. co jeszcze? Niektóre młodzieżowe zwyczaje, jak granie w Quake do upadłego… Na pewno prawdziwy jest setting. Opisałem miasta, w których żyłem, które znam bardzo dobrze, gdyż inaczej nie umiem. Nie potrafię kłamać na poziomie scenografii. Wiesz co jest prawdziwe? Historia upadku Staszka, developera. Znajomemu zdarzyło się to co do joty, oczywiście bez nadnaturalnej otoczki, choć przypuszczam, że z nerwów stracił zmysły. Usiadłem z nim, gadał przez wiele godzin. Miałem gotowy wątek do powieści. Mogę jednak zdradzić pewne, bardzo zagmatwane źródło inspiracji. Na studiach i tuż po prowadziłem dom otwarty. Mieszkałem blisko Rynku w Krakowie i cały czas ktoś wpadał z flaszką. Drzwi się nie zamykały. Z tego tłumy wykrystalizowała się paczka ludzi, którzy zostali moimi przyjaciółmi i którym ośmieliłem się dedykować tę powieść. Potem życie pobiegło dalej, chłopaki poszły do pracy, jeden wyjechał z kraju, pozakładaliśmy rodziny i kontakt między nami, choć serdeczny, stracił na intensywności. Potem rozpadło się moje małżeństwo. Najpierw zamieszkałem sam, po dwóch latach z nową kobietą, ale już bez mojego dziecka. I ci sami kumple zaczęli nawiedzać mnie, nawiedzać nas częściej. Znów przynosili wódkę. Graliśmy już nie w Quake, ale na Playstation. Owładnęło mną poczucie deja vu, czy czegoś w tym stylu. Popatrzyłem sobie na tych facetów. Oto siedzieliśmy razem, jak piętnaście lat wcześniej, ale jednak nie do końca tak samo. Te same mordy, lecz jakieś inne. Oczy smutniejsze, siwy włos, podgardziołko. Zadałem sobie proste pytanie: co się zmieniło? I z tego zdziwienia, z zadumy wzięła się ta książka.

Czytając kniżkę widziałem oczyma wyobraźni gotowy scenariusz na film. Myślisz, że dałoby radę przełożyć te słowa na obrazek? A jeśli tak, kogo byś widział na krzesełku reżisera?

Tu mnie zaskoczyłeś. Jak, do kurwy nędzy chciałbyś to nakręcić? Cztery osobne wątki na rozpiętości ćwierćwiecza? W wielu lokacjach? Moim zdaniem „Szczęśliwa ziemia” jest powieścią nie do nakręcenia, oczywiście jeśli będziemy chcieli zachować główne wątki. Doskonale wyobrażam sobie film oparty na jednym z nich, albo małomiasteczkowy horror wykorzystujący sam motyw zamku, życzeń, byka w podziemiach. Zresztą, nie lubię wiernych ekranizacji, filmowcy powinni przerabiać książki po swojemu. Jeśli ktoś kiedyś zechce nakręcić „Szczęśliwą ziemię” to chciałbym, żeby wyruchał tę książkę. Niech porąbie ją siekierą. Weźmie motyw drugoplanowy i oprze na nim całość. Wszystko, poza niewolniczym oddaniem jest dozwolone. Powiem Ci, że właśnie pracujemy nad scenariuszem do „Morfiny” z Twardochem i Jackiem Borcuchem i przerabiamy tę powieść dokładnie w tym duchu. Kto mógłby nakręcić Ziemię? Może Majewski, ten od „Angelusa”? Młody Żuławski, Borcuch, tacy goście.

Czytuję sobie Twojego bloga i w jakimś tam sensie „Szczęśliwa Ziemia” jest jego rozwinięciem. Napisałem nawet w recenzji, że lektura tegoż jest dobrym wstępem do zrozumienia książki. Zgodzisz się z tym? Nawiasem – myślisz, że wydanie Twoich blogowych zapisków w formie książki (dziennika) miałaby sens, czy są one nierozerwalnie związane z kulturą „blogerską” i w takiej formie powinny zostać?

 Wyrządzasz mi przykrość za przykrością. Miałem nadzieję, że do zrozumienia mojej książki wystarczy sama książka. Ta książka nie jest trudną książką. Wydałem już jednego bloga. „Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat”, czyli moje bajeczki, najpierw ukazywały się na blogu. Takie bobki, kleksiki jak cotygodniowe wpisy blogowe nadają się, moim zdaniem, do sieci i byłoby dobrze, aby tam zostały. Nie podoba mi się wydawanie blogów. Ale, wstyd przyznać, odkąd wyjechałem do Kopenhagi prowadzę dziennik w sensie dosłownym, codzienne wpisy od poniedziałku do piątku. Znajomi, którzy to czytali, gorąco zachęcają mnie do wydania książkowego tych zapisków. Być może wówczas uzupełnię je paroma wpisami z bloga, celem zachowania ciągłości, jakiegoś urozmaicenia. Tylko to pieśń przyszłości. Dziennik zacząłem pisać w Kopenhadze i skończę, gdy wreszcie wyjedziemy z tego odpicowanego kurwidołka.

 Skoro pojawia się w naszej rozmowie wątek zaścianka, zapyziałych miejscowości i muzyki metalowej, przyznaj się – czytałeś „Kochanowo i okolice”?

Nie i nie wiem co to takiego. Mógłbym wygooglać. Tylko po cholerę?

Brałeś udział w targach książki – w kontekście pojawiających się ciągle narzekań, że mało czytamy, jakie nasuwają Ci się wnioski?

Na targach widziałem dzikie tłumy, co, biorąc pod uwagę warunki panujące w hali targów sugerują wręcz niezdrowy afekt względem słowa pisanego. Powstaje tylko pytanie: czym jest książka? Do mnie przyszło trochę ludzi, z tego co wiem, sporym zainteresowaniem cieszyli się pisarze tacy jak Krajewski albo Twardoch, dzieci lgnęły do Rafała Kosika, ale największe tłumy gromadzili ludzie w rodzaju Martyny Wojciechowskiej, Jerzego Sthura, Antoniego Macierewicza. Nie mam z tym problemu, niech im się wiedzie. Niech wiedzie się każdemu. Tylko, że żadne z nich nie zajmuje się literaturą. Oferują książki podróżnicze bogate w zdjęcia, wywiady, teorie związane z tragedią Smoleńską i tak dalej. Ludzie zwracają się ku takim rzeczom, także ku biografiom gwiazd i reportażom. Powieść cieszy się mniejszym zainteresowaniem, co nie znaczy, że zdechnie.OKŁADKA

Książka spotkała się na razie z samymi entuzjastycznymi recenzjami, co Cię pewnie cieszy, ale czy jest coś takiego, że kiedy wszyscy słodzą, to autor podświadomie zaczyna czekać aż ktoś go w końcu kopnie po jajach?

Widzisz, mimo pewnego doświadczenia życiowego, pozostaję zupełnie bezbronny wobec pieszczot. Odwracam się na plecy, wypinam brzuszek i mruczę. Dlatego ośmielam się prosić czytelników, krytyków, decydentów w kwestiach stypendiów i nagród literackich – pieśćcie mnie dalej.

Na nowych fotach (z siłowni) wyglądasz, jakbyś szykował się do promocji, czyli ruszał na wojnę z krytykami. W związku z tym kwestia – co sądzisz o krytykach, jak reagujesz, jak ktoś Ci dokopie? Miałeś już okazję komuś „fizycznie” podziękować za krytykanctwo?

W żadnym razie. Może cię to zdziwi, ale jestem dość łagodnym człowiekiem. Biję się tylko z Twardochem, leciutko i na ostrej lufie. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której miałbym obrazić się za recenzję mojej książki, a żeby ruszać z pięściami? W życiu. Co innego, gdy w grę wchodzą moi bliscy. Uspokajam wszystkich nieprzyjaciół mojej pracy twórczej. Możecie spać spokojnie

Na koniec coś milszego – tak myślę – skoro Violence to serwis muzyczny, zdradź zatem, co ostatnimi czasy z dźwięków Cię cieszy a co wkurwia?

Od miesiąca nie słucham muzyki. Przyjechałem do Polski, promuję powieść, spędzam czas z synem i piję z przyjaciółmi. Nie przesłuchałem ani jednej piosenki. Co było wcześniej? Chyba wciąż na topie mam grupę Portal. Bardzo, bardzo podoba mi się nowy Watain. Parę kawałków z ostatniego Satyricon jest świetnych, więcej niż parę – do dupy. Odkryłem też współczesnego kompozytora muzyki poważnej, Arvo Parta. Facet wyprowadza swoje utwory z jakichś matematycznych zasad, czegoś podobnego i jest niesamowity, niesłychanie emocjonalny, wbrew tej suchej metodzie, którą stosuje. Polecam płytę „Adam’s Lament”. A dziś, od rana, chodzi za mną piosenka Gossip „Moving into right Direction”. Nie mam pojęcia dlaczego.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Jarosław Urbaniuk