LOTTO – Wychodzenie z okopów

Co jest motorem zmian w muzyce? Umiejętność mierzenia się z własnymi możliwościami oraz odwaga w wychodzeniu ze strefy komfortu. W takim kontekście nowy materiał Lotto w modelowy wręcz sposób realizuje ideę poszukiwania nowego i staje się symbolem zerwania z tradycyjną formułą zespołu. Jest w tym też odpowiednia doza szaleństwa, bo Lotto nigdy nie byli muzycznymi konserwatystami. W efekcie działania grupy zawsze budzą opór, fascynują i uwierają jednocześnie – niezależnie czy mówimy o „Elite Feline” czy genialnym „VV”. „Pix” jest najlepszym przykładem burzenia własnej marki i tworzeniu na nowo artystycznej koncepcji i o owym wychodzeniu z dobrze zabezpieczonych okopów opowiada Łukasz Rychlicki. 

Pytanie może dziwne i tendencyjne, ale opisz, jeśli to możliwe, na jakim etapie kariery znajduje się Lotto w 2019 roku?

Nie da się na to pytanie odpowiedzieć jednoznacznie. Na pewno mamy poczucie poruszania się na przód, jeśli chodzi o samą muzykę i satysfakcję ze zmian i tego jak to brzmi, nawet jeśli nie zadowala to entuzjastów „Elite Feline”. Więcej ludzi przychodzi na koncerty, w porównaniu z początkami, to na pewno. Jesteśmy też w dobrej agencji koncertowej, która reprezentuje nas na zachodzie, regularnie zaczęliśmy jeździć za granicę, ale wiadomo, że są to początki i że wymaga to cierpliwości, konsekwencji, etc. Poza tym, to nie ma jakichś zasadniczych różnic w porównaniu z tym co powiedzmy trzy, cztery lata temu. Wygląda to dość podobnie.

Lotto od dość dawna jest gorącym tematem w świecie alternatywy, raczej nie możecie narzekać na brak przychylności prasy czy słuchaczy. Jest zatem coś, czego w tej całej bajce pt „Lotto” ci np. brakuje?

Zawsze można sobie wyobrażać, że coś mogło by wyglądać lepiej, tylko, że prędzej czy później to wszystko sprowadza się do narzekania, na to czy tamto, a to moim zdaniem niewiele wnosi. Staramy się jak najwięcej myśleć o muzyce i głównie tym zaprzątamy sobie głowy. W miarę możliwości chcemy grać jak najwięcej, to wszystko czego nam potrzeba.

Wychodzenie z okopów

Wychodzenie z okopów

Fenomen Lotto, co formułuję po latach obserwacji waszego zespołu, polega na tym, że udało się w niemal idealny sposób zatrzeć granice pomiędzy instrumentalistami. Zlikwidowaliście tradycyjny podział na basistę, gitarzystę i perkusistę – w jaki sposób dokonuje się takiej dekonstrukcji – czy chodzi tu o wysokie umiejętności instrumentalne czy raczej idealną symbiozę personalną?

Na pewno pomógł nam fakt, że w początkowym okresie działalności graliśmy muzykę całkowicie improwizowaną. Dzięki temu bardzo się zgraliśmy, zrozumieliśmy, to ułatwiło wiele rzeczy. Oczywiście, umiejętności mają tu znaczenie, Paweł czy Majk, mają je nieprzeciętne. Ale fakt tego improwizowanego początku ma moim zdaniem kluczowe znaczenie. Rozumienie zespołu jako jednego organizmu, bez podziału na instrumenty solowe też jest istotny. Często chcemy brzmieć jak jeden twór, nie zbiór trzech osobnych instrumentów. Staramy się nie brzmieć jak klasyczny, rockowy skład, mimo, że de facto na żywo używamy rockowego instrumentarium.

Kiedy miałem przyjemność obserwować was podczas „pracy”, moją uwagę przykuł fakt, że zatapiacie się w muzyce, w zasadzie przechodzicie do innego wymiaru, grając niesamowicie „poza”, wręcz intuicyjnie z telepatycznym porozumieniem. Czy to tylko banalne godziny spędzone np. na salach prób czy coś więcej, jakiś, hmmm, pierwiastek duchowy…

To jest tak, jak pisałem powyżej. Jeśli graliśmy trasy, grając koncerty całkowicie improwizowane, to musiało to na nas wpłynąć. Pamiętam, że działy się tam rzeczy dość niezwykłe, po koncercie często byliśmy sami zdumieni tym co się wydarzyło. Można to odbierać na różne sposoby, pewnie każdy z nas widzi to inaczej. Ne pewno znaczenie ma też fakt dobrego zrozumienia na poziomie ogólnoludzkim, ciężko mi sobie wyobrazić robienie podobnej muzyki przez ludzi, którzy siebie nie lubią. Jeśli chodzi o pierwiastek duchowy, to nie chcę tu wymyślać jakichś teorii.

„VV” wyczerpywała tradycyjny dla Lotto wątek archetypicznego, obdartego z niepotrzebnego blichtru aranżacyjnego transu – mieliście moment zawahania pt. „co dalej”?

Zawsze jest taki moment, ale nie popadamy w panikę, ponieważ muzyka zawsze nas jakoś tam prowadzi i rozwiązanie przychodzi dość naturalnie. Staramy się raczej nie rozważać tego na poziomie teorii, nie wymyślamy tego co będziemy dalej grać. Wszystko bierze się z muzyki, z próbowania nowych rzeczy. Dlatego też na koncertach gramy różne rzeczy, nie boimy się tego. Dzięki temu można też zobaczyć bardzo różne nasze koncerty. Myślę, że jest to ciekawe dla otwartych ludzi. Gorzej z tymi, którzy mają jakieś określone oczekiwania. Ale i tak, suma summarum, i oni wydają się być usatysfakcjonowani.

0

Lotto po raz kolejny zaskakuje. Co jest… zaskoczeniem, bo przecież przyzwyczaili nas do tego, że zawsze idą na przekór oczekiwaniom. Po „Elite Feline” byłem gotowy na wszystko, a jednak „VV” mnie w pierwszym kontakcie zaskoczył i zdenerwował. Dzisiaj płytę nadal trzymam na piedestale i wielbię jako ikonę transu, wzorzec takiej muzyki, przykład bezkompromisowej postawy i… drepczę wokół „Pix” szukając objawienia. Bo to na pewno przyjdzie. Na razie można powiedzieć, że Lotto nie tyle wychodzi ze swojej strefy komfortu, co burzy własny wizerunek. Wyjeżdża do Berlina gdzie ze strzępków sampli, gitarowego szumu, zgrzytów i szumów tworzy 20 minut własnego, minimalistycznego, nowego świata. Jasne, można pójść na łatwiznę i stwierdzić, że to atmosfera miasta, które nie śpi, że kraut itp. Bzdura. Lotto w każdym miejscu tworzy własną enklawę. Tym razem zwodzi nas, pokazując muzykę, której teoretycznie nie można sprzedać na żywo, ale przecież te dźwięki pokazują esencję współczesnej, improwizowanej alternatywy. Tyle, że wyprzedzają czas, wywracając wszystko do góry nogami. Owszem, brakuje mi bitu i hi hatów Pawła, brakuje jakiegoś zaczepienia i to, paradoksalnie, staje się trampoliną, która wyrzuca mnie na orbitę, gdzie Majkowski, Szpura i Rychlicki tworzą swój świat, w którym jeszcze bardziej niż dotąd nie oglądają się na publiczność. Odnoszę mocniejsze wrażenie, że to przekora, która każe im na wszechobecne zachwyty reagować jeszcze szybszą ucieczką do przodu. Nie jestem w stanie powiedzieć czym jest dzisiaj Lotto, tym bardziej, że Łukasz w wywiadzie wyraźnie podkreśla, że „Pix” nie jest żadnym drogowskazem. Wiem, że są niewiadomą. Czuję, że gdzieś zaczyna się moja fascynacja „Pix”, ale jeszcze nie doświadczam jej w pełni. Poczekam. 

W notce promocyjnej „Pix” wypowiadasz znamienne zdanie: „nie chcemy, żeby muzyka stała się dla nas zbyt bezpieczna i wygodna…”. Przyznam szczerze, że brzmi to niepokojąco, bo przecież człowiek naturalnie, podświadomie dąży do stwarzania sobie komfortowych nisz, w zasadzie tak działa mózg, intuicyjne powtarzając pewne, wyuczone już reakcje; to w pewnym sensie obrona przed niebezpieczeństwem. Czy wypracowanie takiej formuły „wyjścia z własnej strefy komfortu” jest, hmmm, bolesne?

Na pewno jest to w jakimś stopniu trudne, ale ja zawsze tak postrzegałem sztukę, żeby przełamywać własne bariery i przyzwyczajenia. Dla mnie to jest bardzo nudne, kiedy zespół powiela swoje schematy przez ileś tam lat. Zawsze szanowałem tych, którzy próbowali nowych rzeczy. Nawet wtedy gdy mi się to nie podobało, miałem do nich szacunek. Współczesna kultura często taka właśnie jest, nie podejmująca wyzwania, ryzyka, zadowalająca się tym co jest. Nie sądzę, żeby takie podejście sprawiało nam przyjemność czy poczucie satysfakcji. Mówiłem też o tym przy okazji „VV”, zaraz po „Elite Feline”. Kontynuacja obranego kursu, dyskontowanie rozgłosu Elite, byłoby łatwe i wygodne, ale świadomie nie weszliśmy w to. Obraliśmy inną drogę, wierzę, że słuszną.

Nie mieliście obaw, by „Pix” sygnować nazwą Lotto?

Żadnych. To nasza muzyka, przez nas zrobiona, nie widzę żadnego powodu, żebyśmy mieli używać innej nazwy. Instrumenty są inne, to jedyna różnica, ale muzyka nasza, z którą całkowicie się utożsamiamy.

Jak twierdzisz w notce – wybraliście nowe metody pracy nad muzyką, preparowanie sampli itp. I od razu nasuwa mi się pytanie – jak zamierzacie przełożyć to na warunki koncertowe?

Na razie nie graliśmy tych utworów na żywo, choć nie wykluczamy tego. Wydaje mi się, że nie byłoby to zbyt skomplikowane i potrafię to sobie wyobrazić i szczerze powiedziawszy mam chęć to zrobić. Także może niedługo będzie okazja to sprawdzić. Uwielbiam na żywo grać na gitarze, to jest uczucie trudne do opisania, ale ma to też pewne ograniczenia. Bez specjalnych sentymentów i z chęcią wszedłbym w brzmieniowy świat „Pix” na koncertach.

Słucham materiału i jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, w jaki sposób podzielicie się rolami w związkuLotto z „Pix” – czy tutaj też nas zaskoczycie?

Muzykę robiliśmy razem u Majka w Berlinie. Szukaliśmy brzmień, fragmentów nagrań i jak coś wydawało nam się ciekawe, to budowaliśmy z tego utwór. Źródła tego mogły być różne, czasami z jakichś nagrań Lotto czasami nie. Są sample gitary, reverbu Knas Ekhdal Moisturizer, syntezatorów, takie rzeczy. Także praca zupełnie inna jeśli chodzi o technikę, ale z drugiej strony była to znowu robota całkowicie zespołowa.

Pix jest w pewnym sensie naturalnym krokiem w waszej karierze, jednak zastanawiam się, czy ta ep-ka jest tylko takim eksperymentem, skokiem w bok, czy zapowiada to co usłyszymy na dużej płycie?

Ja tego nie nazwał bym skokiem w bok, bo to mogło by świadczyć, że materiał ten nie jest przez nas traktowany na równi z wcześniejszymi płytami, a tak nie jest. Sposób czy instrumenty, których używamy to jedynie środki do osiągnięcia określonego celu i nie ma dla mnie znaczenia czy używamy gitar i perkusji czy samplera i automatu perkusyjnego. Nie traktowałbym też tego jako zapowiedzi następnej płyty; znając nas, pewnie podejdziemy do tego znowu w inny sposób.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu