LONKER SEE – Radykalne piosenki

Cóż mogę o Lonkerach napisać… Poza tym, że niemal od początku im kibicowałem i jarałem się kolejnymi wydawnictwami. Z satysfakcją obserwowałem, jak rosną w siłę, grają coraz więcej długich tras, wychodzą poza Polskę. Znaczy – można, ale jest potrzebne żelazne zdrowie, wytrwałość i konsekwencja w działaniu. A także unikatowa umiejętność poświęcania rzeczy mniej ważnych dla tych najważniejszych. Historia Lonker See jest też takim samouczkiem dla młodzieży, co trzeba robić i ile poświęcić, żeby z tego niezalowego grania wycisnąć jakiś konkret. Na pewno nie jest to łatwa droga, ale warto próbować. A przede wszystkim – nie przestawać się zmieniać. Taką zmianę zaliczają właśnie nasi bohaterowie, którzy na nowej płycie „Hamza” wykonują zwrot i w jakimś sensie znowu uciekając niezalowemu peletonowi. Być może do nowego oblicza trzeba dojrzeć, przykręcenie improwizacji i bardziej przystępne brzmienie zaskakują, może słowo „piosenka” to przesada, ale coś w tym jest. Lonker See nie spoczywa na laurach, ciągle podwyższając poprzeczkę, idzie do przodu. O tej sytuacji rozmawiamy z wokalistką i basistką zespołu – Joanną Kucharską. 

Macie satysfakcję z Lonker See, że robicie ludziom nową płytą psikusa?

Raczej nie myślimy o tym jako o robieniu psikusa, po prostu nastąpił chyba naturalny proces rozwoju. Jest to odejście od poprzednio przyjętej formuły w ten sposób, że mamy bardziej poukładany materiał, ale też nie jest jakoś bardzo radykalnie inaczej od tego co robiliśmy wcześniej, chociaż na pewno znajdzie się część odbiorców, która będzie zaskoczona.

Słucham płyty i zastanawiam się na ile jest to zmęczenie sceną improwizowaną i chęć ucieczki peletonowi a na ile zwyczajne wyczerpanie formuły. Bo w sumie bardziej improwizowanej formy niż na „Lonker Seessions” nie da się budować…

Może nie tyle chodziło o patrzenie na to przez pryzmat całej sceny co po prostu naszych dróg muzycznych. W graniu dynamiką, improwizacji i długich formach czuliśmy się pewnie, więc chcieliśmy popracować więcej nad „stałymi formami” i poszukać czegoś nowego.

Kiedy pierwszy raz posłuchałem „Hamza”, roześmiałem się: czy teraz część środowiska alt impro podąży takim kierunkiem? Czujecie się trochę liderami?

Środowisko alt impro jest bardzo długie, szerokie i rozwija się na raz w wiele różnych kierunków; myślę że improwizowane formy też jeszcze do końca się nie wyczerpały, nawet my nie wykluczamy, że na kolejnej płycie wrócimy do tych klimatów. Co do bycia liderami, ciężko powiedzieć jakie wyznaczniki miałby mieć taki lider, czy my je spełniamy… i czy w ogóle dobrze byłoby takim liderem być – w końcu najciekawsze rzeczy w muzyce zazwyczaj dzieją się na zupełnych obrzeżach.

foto Paweł Joźwiak Radykalne piosenki

Radykalne piosenki

Ciekawe, wy byliście właśnie na obrzeżach a teraz wysunęliście się do centrum i do przodu. Przez ostatnie dwa lata wykonaliście monstrualny krok jako zespół. Czujesz ze swojej perspektywy ten skok?

Rzeczywiście, wiele się w ciągu tych dwóch ostatnich lat zmieniło, to bardzo cieszy – granie dla pełnych sal, dla ludzi którzy są naprawdę zaangażowani w to co od ciebie dostają ze sceny, to chyba cel każdego muzyka. To, że „One Eye Sees Red” zostało docenione i dostrzeżone, i nie tylko w Polsce, też jest ważne. Chociaż chyba największy wpływ miało koncertowanie po Europie – cztery trasy, z czego dwie trwały powyżej miesiąca, to jednak zmienia człowieka.

Myślałem o waszym koncertowaniu i mam teorię, że często różnym zespołom nie wychodzi bo lider z grupą na trasie a w domu rodzina tęskni, żona stawia ultimatum itp itd. A wy de facto rodzinę zabieracie na trasy i to na pewno ułatwia częste podnoszenie kotwicy, nieprawdaż?

Tak, w naszym przypadku zabieramy się nawzajem 🙂 Ułatwieniem jest też to, że z naszej czwórki obecnie tylko Tomek ma stałą pracę, ale też na tyle elastyczną, że może to pogodzić z graniem, reszta z nas pracuje na zasadzie freelancerskiej. No i już na tyle się przyzwyczailiśmy do życia w trasie, że jednak tęskni się za tym, jakkolwiek ciężko by nie było.

Właśnie, „ciężko”. Przy takim trybie życia powroty z trasy to trochę jak wychodzenie z kaca. Powrot „na ziemię” boli?

Oj, boli, jednak te dawki adrenaliny przy poznawaniu każdego kolejnego miasta i nowych ludzi, graniu koncertu każdego dnia – ich nie da się łatwo zastąpić w domu, więc lądowania bywają ciężkie. Trzeba się nauczyć żyć w dwóch trybach – domowym i trasowym, dalej się tego uczymy.

Macie już duże zagęszczenie życia koncertowego, czy w takim układzie apetyty rosną? Chcecie jeszcze bardziej rozbudować trasy? Jak to wygląda z waszej perspektywy?

Chcemy jeździć i grać jak najwięcej. Oczywiście, chcielibyśmy wyjechać poza Europę, ale to bardzo dalekosiężne plany – póki co, na wiosnę jedziemy znowu, grafik jest napięty.foto Paweł Jóźwiak 4

Mam wrażenie, że na „Hamza” nastąpiło odwrócenie sytuacji. Dotychczas to Tomek Gadecki i Michał Gos byli z przodu, ich improwizacje ciągnęły niejako utwory, a teraz schowali się troszkę z tyłu, za to więcej jest gitary i twoich partii wokalnych. Czy to celowy zabieg, naturalny rozwój czy jeszcze coś innego?

To jest chyba właśnie ta konsekwencja odejścia od rozbudowanych, improwizowanych form i poszukiwania struktur. Jakoś tak jesteśmy podzieleni w zespole, że ja i Boro wywodzimy się ze sceny alternatywnej-gitarowej a Tomek i Michał ze sceny improwizowanej, więc przy dłuższych, mniej ułożonych formach to oni mieli miejsce na pokazanie tego co robią najlepiej, chociaż muzyka była tworzona przez całą czwórkę. Teraz też tak jest, pojawiło się po prostu więcej melodii i struktury, więc inne rzeczy niejako wyszły na wierzch.

Czy sformułowanie, że teraz na nowej płycie, „Lonker See gra piosenki” śmieszy was czy cieszy?

W zasadzie i jedno i drugie.  Z jednej strony wcale nie uznajemy za obraźliwe tego, że według kogoś możemy być „przebojowi” a nawet całkiem nas to cieszy, z drugiej… niektóre z tych numerów jak np. nieopublikowane jeszcze „3-4-8” czy „Earth is Flat”… cóż, to byłyby dosyć radykalne piosenki.

Ja ze swojej strony dorzucę, że niektóre fragmenty brzmią baaardzo shoegaze’owo. Co ty na to?

Shoegaze to jest jeden z gatunków, który w jakiś sposób wpłynął na mnie w latach formatywnych, na Bora zresztą też – może stąd te ściany gitar… ale nie było to jakimś celowym założeniem na płycie.

Tak sobie dywaguję – nie odbierz tego jako protekcjonalnego tekstu – czy nie było trochę tak, że tupnęłaś nóżką i powiedziałaś: „teraz ja!„. Coś w tym jest?

Może się tak wydawać, jeżeli dla kogoś wyznacznikiem obecności w muzyce czy na płycie jest ilość wokali, bo tegofoto Paweł Jóźwiak 5 rzeczywiście jest na „Hamzie” więcej  niż wcześniej, ale prawda jest taka, że komponujemy muzykę wszyscy razem i 1/4 jej to jestem ja od początku, pomimo tego, że nie byłam na pierwszym planie – to też wiąże się z byciem basistką. Nie musiałam i nie muszę „tupać nóżką” bo w zespole słuchamy się wzajemnie i współpracujemy.

Zapytam jako miłośnik szufladek: jak w zasadzie można sklasyfikować to co gra LS?

Ja bym powiedziała, że psychodelic-noiserock z elementami improwizacji, ale w zasadzie ciężko mi to ocenić, to jak opisywać z zewnątrz pudełko, w którym się siedzi…

Ok., na koniec pytania poza-lonkerowe. Pierwsze: tęsknisz już za Kiev Office ( śmiech)

Tęsknię, ale też wiem, że to było nieuniknione – przy naszej intensywności jeżdżenia z Lonkerami nie mogłam im dać tyle czasu ile potrzebowali. Przede wszystkim, to super ludzie i zawsze jest z nimi kupa śmiechu, na szczęście, dalej mieszkamy w tym samym mieście.

I ostatnie: podobno coś kombinujesz z pałkerem Królestwa. Brzmi intrygująco. Możesz zdradzić jakieś szczegóły ?

Tak, to kolejna odsłona mojego projektu Black Mynah. Gdzieś od roku gramy z Pawłem Ruckim, stworzyliśmy nowy materiał i właśnie w tym tygodniu wchodzimy do studia – zresztą właśnie do Gorana. Płyta wyjdzie prawdopodobnie w kwietniu i będzie inna od „Monster Stories” – dalej będą to piosenki, ale na pewno bardziej noisowe, garażowe – gramy teraz jako duo gitarowo-perkusyjne.

Rozmawiał Arek Lerch 

Zdjęcia: Paweł Jóźwiak