LONKER SEE – Nieustająca narracja

Po raz kolejny spotykamy się z Lonker See, tuż po wydaniu świetnego splitu z ARRM i po zagraniu serii udanych koncertów. Kariera nabiera rozpędu, dużo się dzieje, siadamy zatem z gitarzystą Borem i rozmawiamy: o scenie yassowej, improwizacji, wyrzucaniu telewizorów z pokoju hotelowego i o przyszłości. Jak na razie, ta ostatnia rysuje się całkiem ciekawie.

Jak myślisz – kiedy skończy się ten cały „hajp” na muzykę improwizowaną i transową?

Ciężko powiedzieć, trwa już jakiś czas, miejmy nadzieję, że jeszcze chwilę potrwa bo będzie to znaczyło, że muza, którą robię i jaram się od zawsze, dociera do większej grupy ludzi.

Wymyśliłem sobie taką teorię, że to co teraz dzieje się na scenie alternatywnej, jest w pewnym sensie taką bombastyczną kontynuacją i wielkim powrotem sceny yassowej, która w swoim czasie nie zrobiła aż takiej furory. Co o tym myślisz?

Myślę, że coś w tym jest, ale bardziej to chyba jest mutacja yassowej sceny. W tej chwili masa zespołów grających mroczne, ciężkie rzeczy sięga po np. saksofon, są też zespoły takie jak Lotto, które teoretycznie grają jazz, ale mi osobiście trudno podciągnąć te wszystkie twory pod kategorię „yass”. Co do drugiego punktu czyli tego, że tamta scena nie zrobiła furory to się nie zgodzę. Pewnie głównie dlatego, że jestem z Trójmiasta i w tamtym czasie byłem szczeniakiem w epicentrum super okresu polskiej muzyki improwizowanej, takiego, który mnie ukształtował, więc jeśli mnie spytasz czy zrobiła furorę to mogę powiedzieć, że dla mnie zmieniła wszystko.

Wiesz, mówiąc o sukcesie, myślę o tym, że w swoim czasie yass owszem, był uznawany za zjawisko, ale nie udało mu się tak bardzo zaistnieć w mediach. Tymczasem te współczesne zespoły, częściowo odwołujące się do takiego grania, mają dzisiaj zdecydowanie większe pole do popisu i lepszą prasę. Może właśnie dlatego, że wychodzą daleko poza jakiekolwiek sceny?

Z jednej strony tak bo oczywiście teraz mamy do czynienia z dużo bardziej poszukującą sceną i bardziej otwartą na mieszanki stylowe. Co do prasy to fakt, jest tego pełno i wszędzie, ale wynika to też z czasów, w których żyjemy. Teraz jak nagrasz coś dobrego to leci po necie jak viral, wtedy były może dwie, trzy gazety drukowane i tyle. Jakiś czas temu przeglądałem z kumplem stare Machiny i ich dział recenzji. Wtedy również pisano recki alternatywnych płyt (znaleźliśmy np. Ściankę i dobrą ocenę ich debiutu) tylko wtedy trzeba było gazetę kupić. Teraz wystarczy odpalić fejsa i wszystko wiesz.

Nieustająca narracja

Nieustająca narracja

Czyli niby jest prościej… ale nie do końca. Bo teraz mamy natłok wszystkiego i szanse na przebicie się w dużej mierze zależą od tego jak zespół jest w stanie zwrócić na siebie uwagę. Co, paradoksalnie, może kierować uwagę na niekoniecznie muzyczne aspekty.

Tak, dlatego jak już gdzieś mówiłem, jestem wyznawcą zespołu, który kolokwialnie rzecz ujmując zapierdala. Dziś jest 20 marca, czyli dzień, w którym dokładnie rok temu nagraliśmy nasz pierwszy album. Od tamtej pory zagraliśmy parędziesiąt koncertów, w tym trasę sami, trasę jako suport Blindead. W grudniu nasze nowe nagranie pojawiło się na składance MITW Attack, w lutym zagraliśmy trasę z Arrm, wydaliśmy splita i wypuściliśmy pierwszy teledysk. Do końca maja gramy kolejną, długą samodzielną trasę a na koniec roku szykujemy podwójny album. To jest jedyna droga na to żeby zaistnieć w świadomości ludzi na dłużej. Praca zespołu musi być jak prowadzenie bloga, nieustająca narracja.

Dobrze powiedziane, ale coś takiego wiąże się z wyrzeczeniami. A słowo wyrzeczenie w kontekście krajowej bidy nie zawsze jest przez zespoły akceptowane. Zatem, może trochę akademicko – jakie masz rady i przemyślenia dla zespołów, które chcą, ale np. się wahają?

Rada jest jedna, trzeba chcieć i niestety pogodzić się z wyrzeczeniami. Mi oczywiście łatwo bo przez to że zarabiam jako dj, mam sporo jednak wolnego czasu, Asia grająca na basie w Lonker See jest grafikiem, robi klipy, więc też ma nienormowany czas pracy, ale już np. Tomek saksofonista ma pracę i często robimy zrywkę po koncercie wracając całą noc żeby mógł iść rano do roboty. Cóż, nie jest lekko, ale taka rzeczywistość.

Może to pytanie dziwne, ale czy np. zakładasz opcję tzw. utrzymywania się z grania takiej muzyki? Czy jest to pytanie z gatunku absurdalnych?

Im dłużej teraz gram, tym wydaje mi się to bardziej możliwe, może nie opływanie w luksusach, ale spokojna egzystencja. Podam Ci przykład. Robię teraz trasę szwajcarskiego duetu Closet Disco Queen. Chłopaki w ciągu 18 miesięcy zagrali 200 koncertów na całym świecie, to jest średnio gig co trzy dni. Bardzo często wracają do domu na parę godzin, tylko po to by zaraz jechać dalej. Myślę, że przy takim trybie można sobie radzić, tyle, że to już kompletne poświęcenie się muzyce i to jest najtrudniejszy krok bo wiemy jak ulotne bywają fascynacje danym zespołem i jak szybko gusta się zmieniają. Niemniej, ja powoli myślę o takim graniu, o wiecznej trasie…

Tak naprawdę, jest to wybór drogi jako muzyka „po prostu” a nie muzyka związanego z konkretnym zespołem. Dlatego, że współczesny świat chyba nie jest już zainteresowany tzw. wiecznymi gwiazdami. Z drugiej strony, Lonker See to twór, który chyba zakłada ciągłe zmiany, przekształcanie się. Myślisz, że te przekształcenia mogą być delikatnie stymulowane przez tzw. zapotrzebowanie rynku, czy coś takiego nie jest możliwe?

Możliwe pewnie jest, natomiast nas nie dotyczy na pewno. Od samego początku Lonker powstawał jako żywy organizm, który ewoluuje. Jestem przekonany, że za dwie płyty skład może być większy, album może być akustyczny, dużo się może zmieniać. Teraz gramy w czwórkę i ten trzon jest raczej nietykalny, ale już następny album będzie inny. Szykujemy dwie płyty, pierwsza część to my jako kwartet, drugi to masa gości i jeszcze luźniejsza forma.

Czyli tak po prawdzie plany są tyleż ambitne co nieprzewidywalne. Czy kawałek, jaki znalazł się na splicie z ARRM jest w jakiś sposób reprezentatywny? Pokazuje kierunek czy raczej nie?

Absolutnie nie. Taki akurat numer nam się ułożył i taka nasza filozofia tworzenia, więc trafiłeś w sedno: ambitnie i nieprzewidywalnie. Zobaczymy dokąd nas to zaprowadzi.

Dużo mówimy o tzw. filozoficznych aspektach muzykowania. Zapytam zatem tak po ludzku – nie czujesz się zmęczony takim marynarskim życiem? Ciągle w drodze, na walizkach itp?

Szczerze mówiąc, przywykłem. Jasne, że są chwile gdzie padam na ryj i mam ochotę wszystko pieprznąć, ale kto tak nie ma w innych robotach? Najgorsze są chwile, kiedy wracasz całkowicie zmęczony do domu, a tu 50 maili i 30 wiadomości na fb, a połowa z nich to przypomnienia czegoś co miałem ogarnąć, ale mi wypadło z głowy, np. w wytwórni czy przy organizacji jakiegoś koncertu znajomym. To są jedyne momenty, kiedy jestem zły, nie na to co robię a na siebie, że daję ciała.

Takie życie uzależnia – byłbyś w stanie wykonywać inną pracę? Siedzieć 10 godzin za biurkiem?

Kiedyś pracowałem w dużej firmie handlowej i to była harówa po 12 godzin dziennie z reguły z jednym dniem wolnym na 2-3 tygodnie. Całkiem nieźle zarabiałem, ale to było około 12 lat tamu, wtedy podjąłem decyzję, że nigdy więcej nie polecę na kasę kosztem życia prywatnego. Od tamtej pory nie wyobrażam sobie innego trybu.

Co najbardziej pociąga cię w muzyce? Nieprzewidywalność, energia? Poczucie czegoś wyjątkowego? Uznanie audytorium? Kiedy czujesz największe stężenie adrenaliny?

Teraz jest dla mnie życiową drogą. Wiadomo, że największy kop jest na scenie, kiedy grasz dla pełnej sali i czujesz w powietrzu, że ludzie płyną razem z tobą, ale to wisienka na torcie. Wspólne tworzenie jest czymś wyjątkowym. Moment, w którym śledzisz jak prosty riff, który wymyśliłaś zalegając na kacu i oglądając jakiś serial, przechodzi transformację w dwudziestominutowy numer grany przez cały zespół. Uwielbiam też moment, w którym przesłuchujesz nadesłane płyty do wytwórni i trafiasz perełkę. Pamiętam, jak dostałem w zeszłym roku płytę od Jesieni to przy trzecim numerze pisałem już do Michała, że w to wchodzę. Na koniec moje uwielbienie. Latasz sobie po fejsie i nagle bum, recenzja nowego The Necks i mówisz: o super nie wiedziałem, że wyszło! Odpalasz lola, odkręcasz volumy i po prostu leżysz. Piękne…LS

Wyobrażasz sobie czasami, że masz 60 lat i jak Waglewski cały czas grasz, jeździsz w trasy i nagrywasz? Kiedy powiesz sobie dość, że tak tekstem piosenki pojadę?

Wyobrażam sobie bez problemu, w zasadzie to byłaby to najlepsza nagroda. Dożyć 60-ki i dalej być na scenie – brzmi jak spełnienie.

Zagraliście sporo koncertów, w różnych konfiguracjach – możesz sklecić taką wiązankę wspomnień z ostatnich wojaży? Co było najbardziej zajebiste, które kluby polecasz i jak przyjmowana jest taka w sumie trudna muzyka na żywo?

Przelot był super, np. trasa z Blindead to dla mnie trochę jak wyjście na piwo bo prywatnie jesteśmy bliskimi kumplami. Mieliśmy oczywiście obawy jak nas przyjmie metalowa publika, ale w zasadzie wszędzie było sporo ludzi i sporo komplementów. Trasa z ARRM była dużą niewidomą bo nie znaliśmy się z chłopakami prywatnie, ale okazało się, że nadajemy totalnie na tych samych falach więc było mega wesoło. Jeżeli chodzi o publikę to kilka koncertów zaskoczyło nas bardzo pozytywnie i frekwencyjnie i jeżeli chodzi o odbiór. Zresztą, split nie jest przypadkiem. Gramy niby inaczej natomiast wciąż jest wspólny mianownik atmosfery i przestrzeni. Na dodatek nasi odbiorcy to raczej jedna grupa. Z Arrm na sto procent coś jeszcze zmontujemy. Może trasa, może wspólna płyta… czas pokaże.

Jesteście jeszcze przed wyrzucaniem telewizorów z pokoi hotelowych czy już po?

Ujmę to dyplomatycznie: w naszych noclegowniach nie ma telewizorów. A tak na serio, to zabawa jest zawsze na trasie, bo być musi i kropka, natomiast jesteśmy już w takim wieku, że aby móc zagrać na drugi dzień, z reguły jadąc pół Polski z busem pełnym sprzętu, który trzeba rozkładać i składać to jakiś tam hamulec w głowie jest. Reasumując: balet tak, ale bez ofiar.

…ale liczycie na to, że kiedyś będą hotele z telewizorami i ekipa wożąca sprzęt? W podtekście jest pytanie o ten odwieczny, rock’n’rollowy mit.

Przy tej muzie może dorobimy się jednej osoby na mercz, dwóch do sprzętu i jakiegoś 14 calowego Rubina. Jesteśmy realistami i w sumie chyba nikt z nas nie Livezawraca tym sobie gitary. Jesteśmy zadowoleni z miejsca, w którym jesteśmy po tak krótkim okresie od startu i jesteśmy nakręceni na więcej. Tak to zostawmy.

Zostaliście laureatami nagrody DOKI. Jak się czujecie – była gala? Szampan? Czujecie odpowiedzialność? Co to w ogóle za nagroda?

Była gala, były napoje wyskokowe, absolutnie nie czujemy odpowiedzialności, bo nie takie jest założenie tej nagrody. To jest tak naprawdę takie spotkanie branży żeby sobie podziękować za miniony rok i troszkę poplotkować. Oczywiście, otrzymanie nagrody jest wyróżnieniem, ale myślę, że Doki w założeniu mają konsolidować środowisko. Samą nagrodą jest statuetka, pospawany palnik.

Mamy koncerty, splita, jesteście nakręceni, trzeba kuć żelazo póki gorące – co planujecie na najbliższe czasy? Czym nas zaskoczycie i sponiewieracie?

Jak już mówiłem, teraz na wiosnę ciśniemy całą Polskę, gdzie tylko nas chcą, wspominałem płytę, która będzie gotowa koniec-początek następnego roku, no i październik-listopad znów objazd po Polsce i mamy nadzieję, że Europa bo już czas najwyższy.

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Marcin Pawłowski/Paweł Jóźwiak